Kino Islandzkie – o krytykach i koniach

Współczesne kino islandzkie często reinterpretuje zutopizowane przez przemysł turystyczny wizerunki rodzimej wyspy. Jedną z wykorzystywanych do tego celu strategii fabularnych jest podkreślanie straszno-komicznego wizerunku prowincji oraz związane z tym zabiegiem przejaskrawianie ekscentrycznych zachowań jej mieszkańców, odgrywające tutaj rolę metafory odizolowania wyspy od reszty „cywilizowanego świata”. Przerysowaną wizję życia na wsi wykorzystuje także nakręcony w 2013 roku obraz „O koniach i ludziach” („Hross í oss”), który będzie można obejrzeć w czasie przeglądu kina islandzkiego na 15 Festiwalu Filmów Fabularnych w Darłowie.

Złożony z sześciu nowel filmowy debiut aktora kinowego i telewizyjnego Benedikta Erlingssona nie bez powodu na początku każdej z opowieści odwołuje się do percepcji tytułowych zwierząt. Koń islandzki jest bowiem ważną figurą w tamtejszej kulturze i tradycji. Te piękne zwierzęta (z wyglądu przypominające bardziej kuce) po sprowadzeniu przez wikingów na wyspę przez dziesiątki pokoleń dostosowały się genetycznie do srogich warunków nowej ojczyzny. Ich wyjątkowość (a także turystyczny urok) zauważyli już związani z polską kulturą podróżnicy z czasów, kiedy o sztuce ruchomych obrazów można było tylko śnić. Sympatyzujący z ruchem Braci Czeskich Daniel Vetter w czasie swojej podróży do Islandii w roku 1613 tak oto opiewał urok obdarzonych długą sierścią stworzeń: „Wtóry sposób żywienia się ich jest bydło, którego […] barzo pięknego mają, jako koni, którym owsa nie dawają, ale je lecie na trawie, a zimie zaś na sienie chowają”. Z kolei zwiedzający w XIX wieku wyspę Edmund Chojecki w swojej relacji wykorzystał stylistykę związaną z opisami orientu, próbując wyrazić swój zachwyt dla hartu ducha tych walecznych istot: „Koń islandzki! To dromader lodowej pustyni. Podobnie jak jego odpowiednik z pustyni gorącej, jest opanowany i wytrzymały […] Chłop islandzki podobnie jak Arab odbywa konno długie wędrówki. Latem […] ładuje na nie len i ryby […]”. Nic zatem dziwnego, że już w pierwszym pełnometrażowym dokumencie islandzkim pt. „Islandia w ruchomych obrazach” (1925) Loftur Guðmundsson poświęcił koniom (nota bene stanowiącym do dzisiaj na wyspie jedno z cenionych źródeł mięsa) sporo uwagi, a kręcący prawie dziewięćdziesiąt lat później swoją pierwszą fabułę Benedikt Erlingsson wykorzystał te zwierzęta jako transnarodową figurę.

Co ciekawe, oprócz nietypowej perspektywy postrzegania zdarzeń oczyma tytułowych czworonogów (oraz intrygującego pomysłu złączenia ich losów z ludzkimi decyzjami), w filmie odnajdziemy także nowelkę wykorzystującą postać turysty. Bohaterem jednej historii z obrazu Erlingssona jest bowiem przybysz z Hiszpanii, który z równym zapałem chciałby nauczyć się jazdy konnej, co bliżej zapoznać atrakcyjną instruktorkę tej sztuki. Obie pasje doprowadzą zaś do dramatycznej sytuacji, którą nieszczęsny południowiec z pewnością zapamięta na całe życie. I o ile zagraniczni odbiorcy bez problemu zdołają utożsamić się z sytuacją wesołego Juana Camillo, pragnącego choć przez chwilę poczuć turystyczną namiastkę Icelandic way of life, to nieoczekiwane decyzje i zachowania innych outsiderów z filmu mogą wywoływać konsternację. Na ten fakt utyskuje zresztą nasza rodzima recenzentka obrazu, pisząc o nim w tekście do miesięcznika „Kino”:

Bez wątpienia to jedna z najbardziej oryginalnych propozycji kina europejskiego ostatniego sezonu, dla mnie jednak niestrawna i nieprzyswajalna niczym… barani łeb – islandzki specjał kulinarny. Dlaczego? Bohaterowie filmu z końskiego punktu widzenia wydają się odstręczający, a ich zachowanie niezrozumiałe i nielogiczne. (…) Te postacie pojawiają się na ekranie na chwilę, by w rytm stukotu końskich kopyt zniknąć i zostawić widza w poczuciu zawieszenia i chaosu”.

Hross---A-sandwich-(1)

Pomijając stereotypowe przywołanie „islandzkiego specjału kulinarnego” (równie chętnie jadanego przez wyspiarzy, co tradycyjna kaszanka przez Polaków), część wyrażonych w tekście z „Kina” konstatacji jest nie tylko dowodem niezrozumienia poetyki filmu, lecz przede wszystkim okazuje się wyrazem nieobeznania autorki ze specyficznym poczuciem humoru Islandczyków oraz historią tamtejszej kultury i kinematografii. Tragikomiczne zachowania części pojawiających się w filmie protagonistów przypominają bowiem postępowanie szeregu postaci z wcześniejszych obrazów z „wyspy ognia i lodu”.

Losy człowiecze bywają wszak w kinematografii północnej wyspy często obiektami niezrozumiałych zabaw cynicznych demiurgów, równie bezrefleksyjnie traktujących ludzi, co filmowi protagoniści konie. Czarny humor z absurdalnych pożegnań z życiem reinterpretuje bowiem szereg wcześniejszych scen z takich islandzkich obrazów jak wspominany już „Nói albinói (2003) Dagura Kári, a także „Kaldaljós” (2004) Hilmara Oddssona czy „Málmhaus” (2013) Ragnara Bragasona. O ile jednak w tamtych filmach spotkania z Ponurym Żniwiarzem były wyrazem absurdalności ludzkiego losu, lub oskarżeniem okrucieństwa milczącego demiurga, to nagłe (prawie slapstickowe) odejścia z „ziemskiego padołu łez” są tym razem po prostu logiczną konsekwencją ludzkiej głupoty. Z kolei zarzucany przez krytyczkę brak elementu spajającego narrację Erlingssona można odczytać jako zabieg mający przypieczętować ukazywane w całym filmie ponowoczesne zagubienie gatunku homo sapiens w rządzącym się najprostszymi prawami porządku przyrody.

Oczywiście bardziej uduchowiony widz odnajdzie w tym twórczym nieładzie (który wypada nazwać polifonią) także dość oczywiste konotacje religijne. Oto niedbający o życie własnego konia alkoholik zapłaci za grzech nieumiarkowania w jedzeniu i piciu srogą karę. Podobnie ucierpi nieszanujący bliźniego, zapalczywy w swym gniewie miłośnik „mechanicznych koni” z kolejnej nowelki. Z kolei pyszny właściciel najpiękniejszej w okolicy kobyłki utraci to, co najbardziej kochał, choć zyska w scenie zamykającej fabułę również coś bardziej cennego. Znamienne, że polska krytyka w swoich analizach filmu odrzuca właśnie ową najprostszą post-chrześcijańską wykładnię. Zarówno bowiem wspominana już tutaj Jaga Kolawa, jak i pisząca dla serwisu Stopklatka Magdalena Felis w swoich tekstach przywołują bardziej oddalone od europejskiej religijności interpretacje. Autorka pierwszej recenzji przyjmuje optykę bliższą niezbyt popularnemu w Islandii buddyzmowi, pisząc: „koło istnienia nigdy się nie zatrzymuje – to, jak się wydaje przesłanie filmu. Natomiast bardziej przenikliwa w swej interpretacji Felis słusznie porusza bliski północnym sercom panteizm, akcentując dostojne niewzruszenie przyrody wobec ludzkich losów: „Ta niewzruszoność paradoksalnie uspakaja. Z zazdrością patrzy się na konie pogodzone z rytmem świata. Leniwie pasące się między życiem a śmiercią. Wielkie piękno – wielka harmonia”. Ową harmonią jest zaś prawdopodobnie właśnie równość wszystkich wobec praw życia i śmierci, wygrywana zresztą wdzięcznie w rytm ostatnich koitalnych podrygów ze sceny „polowania na samca”, którą przytacza w swoim tekście także autorka ze Stopklatki.

Of_Horses_and_Men_still5

Warto też podkreślić, że przesycona fatalizmem poetyka czarnego humoru z zaprezentowanych w obrazie opowieści ma być także odtrutką na skonwencjonalizowane sposoby ukazywania tytułowych koni w sztuce kinowej, o których tak oto wspomina reżyser filmu w przeprowadzonym przez Łukasz Knapa wywiadzie dla miesięcznika „Kino”: „To najczęściej infantylne produkcje dla dziewczynek i ich rodziców. Mam alergię na wszystkie filmy familijne, w których konie są nieskazitelnymi stworzeniami bez popędu seksualnego, stworzonymi tylko po to, żeby słuchać człowieka”. Gdy zaś wspominamy o konstrukcji scenariusza, to w dużym stopniu chodzi w nim także o sam akt opowiadania historii – tak ważny w kulturze Islandii, bazującej na ustnej i pisemnej spuściźnie przodków. W tamtejszych sagach goszczą przecież, wykorzystywane w równym stopniu, patos i śmiech oraz absurd, a także prawda historyczna i zmyślenie. Fakt ten podkreśla zresztą sam reżyser, deklarując, że punktem wyjścia przy tworzeniu scenariusza były dla niego zasłyszane historie: „podłoże wyboru takiej formuły jest głębsze, bo łączy się z islandzką kulturą oralną. […] Gdy się spotykamy, zwykle opowiadamy sobie różne dłuższe lub krótsze historie, których pozornie nic nie łączy, ale w danym miejscu i czasie tworzą spójną całość. Gdy pisałem scenariusz filmu, chciałem mu nadać formę, która przybliży go do najbardziej naturalnej ludzkiej aktywności, czyli opowiadania historii”. A są tu historie godne bajań najlepszego skalda. Któż z nas poza kinem uwierzyłby w historię o bohaterze, który zagubił rozsądek w desperackiej pogoni za szmuglującym wysokoprocentowy alkohol rosyjskim statkiem? Na granicy plotki i zmyślenia należy także ulokować mniej oczywiste zwyczaje godowe filmowych wyspiarzy oraz jakże znajomo brzmiący „spór o miedzę” – historie swym absurdalnym charakterem zdradzające właśnie oralną genezę.

Tragiczne skutki drapieżnie wyeksponowanych wad ludzkich (w tym pijaństwa, zawiści i gniewu) warto więc potraktować jako rodzaj pastiszu poetyki filmowej przypowieści. „Koń w człowieku” (tak bowiem brzmi dosłowne tłumaczenie tytułu) będzie wówczas symbolizować nie tylko żywotne nieokiełznanie tych sympatycznych istot, lecz przede wszystkim zacznie odsyłać widzów do nie do końca przetransformowanych przez ponowoczesność stereotypów na temat niepokornych dusz Islandczyków, wciąż jeszcze niekiedy nazywanych przez turystów „Słowianami północy”.  

Sebastian Jakub Konefał

Share With: