„Nie będziemy ginąć za Gdańsk” – te słowa, różnie przytaczane i tłumaczone (ale z tym samym sensem) weszły do przysłowia i nabrały nośności znacznie przekraczającej sytuację, w której zostały wypowiedziane. Ważną ścieżką kina wojennego jest kino antywojenne (trochę jest to przewrotne językowo) i Dunkierka wpisuje się w ten nurt. O ile w przypadku I wojny światowej sprawa była uprawiana dość otwarcie i bez szczególnych zahamowań, o tyle w przypadku kolejnego światowego konfliktu podkreślano już raczej waleczność i sens zmagań. Być może dlatego, że pierwsza „wielka wojna” zakończyła się absolutnym niedomknięciem sytuacji i to niedomknięcie, brak rozstrzygnięcia, prowadziły z jednej strony do kolejnego konfliktu na jeszcze większą skalę, z drugiej – do poczucia absolutnego bezsensu tej masowej zagłady. W roku 1945 sens rozstrzygnięcia był znacznie bardziej czytelny.

Dźwięk w kinie był doświadczeniem potwornym. Okazał się kataklizmem nie tylko dla wielu kiniarzy, niedysponujących środkami i wyposażeniem, okazał się też zagładą dla wielu aktorów niedysponujących właściwym głosem i warsztatem. Dotąd wyrażali swoje postacie przez nadekspresyjne gesty i wytrzeszczanie oczu. Teraz należało poskromić ten operowy rozmach i odezwać się tonem miłym dla ucha. Byli też tacy, którzy wytrzymali tę zmianę. Trudno o lepszy przykład niż Gary Cooper.

Zmarł aktor – nie bójmy się tego powiedzieć – wybitny. Oficjalny życiorys Rogera Moore’a łatwo znaleźć w ogólnodostępnych źródłach – zobiektywizowany, uzupełniony o filmografię, poniekąd kompletny. Poniekąd, gdyż rzadko która postać Hollywood wzbudzała tyle kontrowersji, będąc jednocześnie uważaną za wyjątkowo sympatyczną i bezkonfliktową. Tak bowiem mówią na temat Moor’a jego bliżsi i dalsi znajomi, a ja, jako zupełnie nieznajomy, napiszę przy tej smutnej okazji coś subiektywnego.

Staroć. John Wayne jeszcze nie najgorzej wygląda. W komentarzach podkreśla się dość nietypową fabułę i jest to prawda. Gdyby nie ciążenie w kierunku naiwnie obrazowanej religii byłoby znośnie, chociaż dłużyzny dłużą się makabrycznie. Ech, żeby tak faktycznie wystarczyło otworzyć Biblię w ciemno i dostać gotową wskazówkę co dalej robić, kiedy już nie wiadomo co robić. Kiedyś tak nawet próbowałem, dopóki nie trafiłem na opis śmierci Saula i wyszło mi, że w danej sytuacji powinienem się zadźgać.

Avatar widzieli wszyscy, a jeśli ktoś nie widział, to i tak wie, co to jest i o co tam chodzi. Tańczącego z wilkami poznało już mniej widzów, ale wciąż bardzo wielu. Podobnie jak Ostatniego samuraja. Co łączy te filmy? Najprostsza analiza strukturalna może je sprowadzić do schematu, który okaże się… niemal identyczny dla wszystkich trzech. Wymieniłem znane tytuły, chociaż można sięgnąć do wielu nieznanych (także mi) podobnych i zbliżonych. Wypada teraz zapytać, czy istnieje dla nich wszystkich jakiś pierwowzór i, owszem – istnieje. Ten pierwowzrór jest głównym bohaterem artykułu.

Wyjątkowo trudny do zrecenzowania film. Już przy Karbali miałem problem z postawieniem się w pozycji widza, który nie jest obciążony osobistymi sentymentami, widza, który patrzy na film jako na dzieło kinematografii, a nie na opowieść o swoim kraju i swoich krajanach. Przy Azylu rzecz jest jeszcze trudniejsza. Historia ta jest bowiem chyba pierwszym tak donośnym głosem z zagranicy oddającym szacunek Polakom za ich postawę podczas II wojny światowej. Mało tego. Pomimo istnienia takich obrazów jak Niepokonani (2010, reż. Peter Weir) nigdy nie dotknięto tematów najbardziej nośnych, mianowicie Holokaustu w sposób choć odrobinę przychylny dla tego pechowego kawałka świata, jakim jest Polska. O temat zahaczył co prawda Roman Polański w Pianiście, ale z zupełnie innej strony. Trzeba też pamiętać o filmach w istocie antypolskich, jak np. Lista Schindlera.

Inline
Inline