Jedenaście lat minęło od premiery filmu Terminal, czyli ostatniej produkcji sygnowanej nazwiskami Stevena Spielberga i Toma Hanksa. Teraz obaj panowie wracają w Moście szpiegów, na dodatek łączą siły z braćmi Cohen, współtwórcami scenariusza. Jeśli dodamy do tego zdjęcia Janusza Kamińskiego, czy w istocie otrzymamy przepis na rewelacyjny film? Niestety nie do końca.

Wczoraj w kinach mogliśmy zobaczyć premierę debiutu reżyserskiego Marcina Koszałki, znanego operatora (m.in. Rewers, Pręgi) – Czerwonego pająka. Jest to film fabularny, reklamowany jako thriller rzucający wyzwanie skostniałemu gatunkowi. Przerażający, mocny i mroczny. Jednak nietrudno dojść do wniosku, że kampania promocyjna tego filmu znacznie zawyżyła oczekiwania wobec dzieła. Historia inspirowana dwoma zabójcami z epoki PRL-u – Karolem Kotem (Wampirem z Krakowa) i Lucjanem Staniakiem (Czerwonym Pająkiem) – owszem, jest pod wieloma względami godna uwagi, ale można jej postawić kilka zarzutów.

Steve Jobs stał się symbolem rewolucji komputerowej. Nic więc dziwnego, że jego biografia gościła na srebrnym ekranie już dwukrotnie, a pomimo to powstał kolejny film – po prostu Steve Jobs. Danny Boyle nie opowiada po raz kolejny tej samej historii, skupia się na motywacjach bohatera – dzięki temu możemy zrozumieć masową fascynację produktami z nadgryzionym jabłkiem. Firma Apple nie jest przecież tylko koncernem elektronicznym, ale symbolem pewnej wizji świata.

Nie spodziewałam się po filmie Nad morzem niczego dobrego i mój instynkt mnie nie zawiódł. Sama reżyserka i autorka scenariusza twierdzi, że przy realizacji filmu odwołała się do klasyki europejskiego kina lat 60. i 70. Nurtuje mnie pytanie, co Angelina Jolie miała na myśli? W Nad morzem nie znajduję żadnych konotacji z kinem europejskim. To raczej tragiczny w skutkach artystowski bełkot w pięknej scenerii, kostiumach i charakteryzacji.

Na przestrzeni kilku ostatnich lat zauważyć można ponowne zainteresowanie tematyką Dzikiego Zachodu. Dość wspomnieć takie produkcje jak: Propozycja (2005), Zabójstwo Jesse’ego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda (2007) czy Prawdziwe męstwo (2010) – przy którym notabene można doszukać się duchowego pokrewieństwa dzieła Macleana. Współcześnie western porusza się na zupełnie innej orbicie: klasycznie, nastawiony był na ukazanie walki dobra ze złem, dominowały w nim pościgi konne, widowiskowe strzelaniny, napady na dyliżanse, konflikty wojenne z Indianami (mocno upraszczając) – obecnie eksploruje płaszczyznę psychologiczną; narracja z tego względu jest często spowolniona na rzecz głębszego sportretowania poszczególnych postaci, estetyka zaś skupia się na wizualnych detalach, wzbogacając dzieło o wymiar metaforyczny, symboliczny, czy poetycki.

Czteroletnia podróż z Igrzyskami Śmierci kończy się w tym roku wraz z wejściem do kin ostatniej już części przygód Katniss Everdeen – rebeliantki z Dwunastego Dystryktu, która swoją miłością do siostry, niezłomnością i gotowością do poświęceń, zwróciła na siebie spojrzenia całego Panem. Trylogia Suzanne Collins, na podstawie której zostały zrealizowane filmy, przez wiele miesięcy cieszyła się zaszczytną pozycją na listach najpopularniejszych książek The New York Timesa. Czy ekranizacja trzeciej, a zarazem ostatniej części fenomenalnej powieści o futurystycznym państwie Panem okaże się równie wielkim sukcesem?

Nick Cave rozpoczyna narrację od wygłoszenia stwierdzenia „Pod koniec XX wieku przestałem być istotą ludzką. To niekoniecznie źle, tak po prostu jest”. To zdanie oddaje w pełni charakter obrazu i pokazuje, że nie mamy do czynienia z typowym filmem dokumentalnym, jak na przykład Pearl Jam Twenty z 2011 roku, którego twórcy bez problemu zmieścili się w ramach konwencji. Różni się też zasadniczo od głośnego w 2012 roku filmu dokumentalnego Sugar Man

Czytając zapowiedzi filmu Earl i ja, i umierająca dziewczyna, byłem przekonany, że będzie to opowieść podobna do filmu Gwiazd naszych wina. Ot, kolejna adaptacja książki o nastolatkach, których życie zmienia się przez straszliwą chorobę i którzy w obliczu śmierci zaczynają darzyć się uczuciem. Szczęśliwie, nie do końca miałem rację.

Problem ze współczesnymi horrorami polega na godnej pożałowania wyobraźni i powielaniu schematów przez twórców. Zaczyna się od absurdów scenariuszowych, a kończy na intelektualnej impotencji reżysera. A przecież tak niewiele trzeba, żeby przestraszyć widza. Steven Spielberg w Szczękach (1975) przyprawiał widzów o ciarki przy użyciu prostego rekwizytu, efektownego montażu i kapitalnej muzyki Johna Williamsa. John McTiernan w Predatorze (1987) długo utrzymywał napięcie, stosując technikę zdjęć w podczerwieni i z użyciem kamery termowizyjnej, zanim ostatecznie pokazał kosmicznego drapieżcę polującego na komandosów w południowoamerykańskiej dżungli. Można mnożyć przykłady i podawać tytuły wpisujące się w klasykę suspensu. Dziś twórcy tak mocno skupiają się na zaskakiwaniu widza, że zapominają, czemu gatunkowo ma służyć horror.

Inline
Inline