Brazylijski fotograf Sebastiao Salgado poświęcił swoje życie tworzeniu traktatu o doli człowieka: językiem światła i cienia spisuje dzieje ludzkości od ponad czterdziestu lat. Jego działalnością zainteresował się między innymi niemiecki reżyser Wim Wenders – do tego stopnia, że uczynił ją tematem swojego najnowszego dokumentalnego filmu. Sól Ziemi jest próbą stworzenia portretu uczestnika najważniejszych wydarzeń XX wieku.

Jakiś czas temu Quentin Tarantino powiedział, że gdyby w dzisiejszym Hollywood Robert Aldrich kręcił Parszywą dwunastkę, miałby problem ze skompletowaniem obsady. Cierpimy na deficyt kinowych twardzieli. Co prawda wyżyłowani weterani, jak Stallone czy Schwarzenegger, dalej nie składają broni, jednak współczesny widz potrzebuje nowego bohatera. W ostatnim roku został nim Tom Hardy – stał za ladą w Brudnym Szmalu, był Szalonym Maxem, a nawet agentem KGB w Systemie.

Bycie fanem Ridleya Scotta to nie bajka. Z jednej strony darzymy go dozgonną wdzięcznością za arcydzieła pokroju Obcego czy Łowcy Androidów – filmy, które zrewolucjonizowały kino i to nie tylko w obrębie swojego gatunku. Trzeba jednak też pamiętać o licznych wpadkach, których w ostatnich latach widzieliśmy niepokojąco dużo. Choć objechane przez krytyków przeciętniaki pokroju Exodusu czy Adwokata są mimo wszystko dość sprawnie zrealizowanymi filmami, to od Scotta wymagamy dużo więcej. Nawet jego od dawna najambitniejszy projekt, Prometeusz, przez wielu został uznany za dowód na to, iż reżyser Gladiatora w końcu się wypalił. Osobiście nie zgadzałem się z podobnymi obwieszczeniami, podobnie zresztą z krytyką Prometeusza, który, poza kulejącym miejscami scenariuszem, robił duże wrażenie i dawał nadzieję na lepszą przyszłość. Mając te wszystkie myśli w głowie udałem się na przedpremierowy pokaz Marsjanina. Nie miałem wielkich oczekiwań, ale byłem zaintrygowany tematyką, obsadą oraz pierwszymi opiniami, które pojawiły się na świecie. Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy zrozumiałem, że to zarówno najbardziej udany obraz Scotta od wielu lat jak i jeden z najlepszych filmów tego roku!

Publikowaliśmy już jedną recenzję Demona (2015, Marcin Wrona), mamy jednak dwie, więc teraz ta druga:

Tak, jak można było się spodziewać, jednym z wątków dyskusji o tym filmie jest pytanie do jakiego gatunku należy. Samo takie pytanie jest świadectwem, że realizując fim Demon Wrona próbuje utrzymać się w światowych trendach, zacierających granice lub modyfikujących gatunki. Tym razem mamy do czynienia z opowieścią na prawach horroru, co nie oznacza naturalnie, że nie złamano żadnych zasad. To złamanie doprowadza komentatorów do zupełnej bezradności, co z kolei dowodzi, jak słabo słychać u nas głosy ze świata.

Na przykład – spór o „polski antysemityzm” tak silnie zdominował dyskurs medialny, że trudno jest przełknąć film, w którym „zabicie Żyda” nie wiąże się ani z holokaustem, ani z owym „polskim antysemityzmem”. Trudno będzie się od tych wątków oderwać także z tego powodu, że film Wrony inspirowany jest dramatem Przylgnięcie Piotra Rowickiego. Znajdziemy jednak wystarczająco dużo różnic, żeby pokusić się o odmienne interpretacje i posądzić o różną wymowę. W filmie nie ma żadnego gangu, główny bohater nie ma z Polską nic wspólnego, pojawia się też bardzo istotny wątek opętania na weselu, co pozwala utożsamić Demona z zupełnie innym pierwowzorem niż Przylgnięcie (o tym za chwilę). Nie poznajemy historii Hany. W końcu – film żyje własnym życiem i do zinterpretowania go nie da się używać klucza z dramatu o charakterze lokalnym, być może efemerycznym, klucza, o którym większość widzów kinowych nigdy nie słyszała i nie usłyszy, zwłaszcza jeśli film przekroczy granice Polski. Spektakl wydaje mi się zaledwie impulsem do skomponowania nowej opowieści, rekwizytornią postaci oraz wątków.

Tytułowa noc Walpurgii u dawnych Germanów była czasem zmarłych i duchów nieżyczliwych żyjącym. Wypełniały ją pogańskie obrzędy i próby odstraszenia nikczemnych zjaw. Podobne wyzwanie czeka bohaterów reżyserskiego debiutu Marcina Bortkowicza – ich osobista noc Walpurgii poświęcona będzie walce z demonami przeszłości. I choć nie wszystko

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy to niezwykła komedia Janusz Majewskiego pokazująca powojenne losy polskich muzyków jazzowych. Główny bohater Fabian (Maciej Stuhr), brat szanowanej dentystki (Sonia Bohosiewicz), wraca na stałe do rodzinnego miasta z Anglii. Z jego inicjatywy powstaje Big Band, który dzięki zapałowi muzyków i niecodziennej akceptacji ze strony władz, zaczyna rozwijać swoją działalność.

Żanna (Olga Kavalay-Aksenova) prowadzi spokojne życie. Pracuje, studiuje, wychowuje córkę, spotyka się z Jankiem, chce założyć z nim rodzinę. Wszystko wskazuje na to, że jest dobrze zaaklimatyzowaną imigrantką zza wschodniej granicy. Jednak sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana – na Białorusi zostawiła swojego byłego męża, ojca jej córki, który zostaje aresztowany przez tamtejszą bezpiekę. Powracają do niej demony przeszłości.

Świetny pomysł, który położono – a szkoda. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, że bardzo ambitny zamiar rozbił się o coś – może o budżet, może o brak doświadczenia. I rozbił się kompletnie. Wyszedłem z seansu nieco zgorzkniały. Bo z jednej strony lubię kino nostalgiczne. Z drugiej – było sporo niezłego humoru. Z trzeciej – pomysł na scenariusz jak najbardziej w porządku. Co nie zagrało?

Inline
Inline