Mamy na uwadze przede wszystkim dobro dziecka”. Powyższa fraza w Obcym niebie Dariusza Gajewskiego pojawia się wielokrotnie. Za pierwszym razem kiwamy głową ze zrozumieniem. Za piątym zdajemy sobie sprawę, że wypowiadający te słowa kompletnie nie mają pojęcia, co one oznaczają. Wspomniane dziecko tkwi osamotnione w samym centrum konfliktu między dorosłymi, konfliktu, którego nie rozumie. Historia zapowiadająca się na zwyczajny dramat rodzinny, a następnie krytykę systemu opieki społecznej w Szwecji, koniec końców dotyczy dziecka pogrążonego przez decyzje nieodpowiedzialnych dorosłych.

Z jednej strony to cenny pokaz sztuki performance’u, z pozoru jednej z nowszych (oczywiście ta „nowość” jest dyskusyjna, raczej chodzi o to, że te aktywności istnieją wciąż poza kanonem, bo generacyjnie to dość stara sztuka). Podobnie jak w filmie Jesteś bogiem „skanonizowano” fragment kultury popularnej, awansując ją do kultury wysokiej gestem zaproszenia, błogosławieństwa i wyposażenia w artystowską aurę. Film jako mistrz ceremonii chrzczący „dzikiego” adepta. To cenne, choć nie wiadomo na ile trwałe, bo i sam performance, choćby go nie wiadomo jak nobilitować, jest nietrwały. Wynika to z jego natury, co zresztą podkreślono w dialogach.

Ten film otworzył mi oczy. Dzięki niemu zrozumiałem jak wielka stagnacja i zachowawczość ogarnęła kino akcji i szeroko rozumiane blockbustery. Czy ktoś dziś pomyślałby, że możliwe jest nakręcenie wysokobudżetowej produkcji z miłości do tematyki, a nie działając jedynie z pobudek finansowych? Że komputer nie musi być jedynym narzędziem wykorzystywanym przy tworzeniu spektakularnych scen pościgów? Że, zamiast metodycznie dawkować ugrzecznione atrakcje, można po prostu rzucić widza w sam środek szalonej orgii chaosu i zniszczenia? Na każde z tych pytań George Miller odpowie jednakowo: jak najbardziej. Tu nie ma taryfy ulgowej, ten film to niemal w całości wypełniona po brzegi eksplozjami, brudem i obłędem jatka. To widowisko, tak angażujące, że czujemy się bardziej jego uczestnikami niż zwyczajnymi obserwatorami. Piach zgrzytający między zębami, ryk silników rozdzierający bębenki słuchowe, krew bryzgająca na twarz – nie powiecie chyba, że to nie brzmi interesująco.

Ostatnie kilka lat w kinematografii można określić złotą erą ekranizacji komiksów. Świat pokochał superbohaterów i ich perypetie jak nigdy dotąd. To zjawisko jest w głównej mierze zasługą Marvela, który, pod skrzydłami Disneya, regularnie karmi nas kolejnymi obrazami składającymi się na rozbudowane uniwersum. Można ubolewać nad tym, że artyzm zastąpiła prosta rozrywka i finansowa kalkulacja, ale byłoby to niesprawiedliwe wobec tych komiksowych blockbusterów. Nie sposób zaprzeczyć, że są skierowane do każdego i polegają na czystej akcji oraz nieskomplikowanych motywach fabularnych. Są jednak przy tym kapitalnie obsadzone i zagrane, wzorowo zrealizowane technicznie i bezpretensjonalnie zabawne. W moich oczach to ostatnie jest najważniejszą częścią sukcesu – zamiast nadęcia i nadmiaru patosu mamy poczucie humoru i luz, które ratują te filmy przed popadaniem w śmieszność. Nie inaczej jest z najnowszym hitem Jossa Whedona, czyli kontynuacją Avengers i oficjalnym zamknięciem drugiej fazy filmowego uniwersum Marvela.

Z rodziną Liama Neesona się nie zadziera. W większości przypadków kończy się to brutalną śmiercią, więc naprawdę nie warto. Wydaje się, że do tej pory ludzie powinni przyswoić tę prawdę. Nocny pościg pokazuje jednak, że niektórzy wciąż naiwnie przeceniają swoje siły w starciu z niemłodym już przecież Irlandczykiem. Jeśli wierzyć słowom aktora, to jedna z ostatnich lekcji, której udzieli bandziorom przed powrotem do spokojniejszego kina. Jego udział w filmie również nie jest przypadkowy, z reżyserem (Jaurne Collet-Serra) miał okazję pracować już dwukrotnie. Czy warto obejrzeć ich najnowszą produkcję? Tak. Fanów Neesona zachęcać nie muszę, a i reszta powinna dać jej szansę. Jeśli nie reagujecie alergią na (niegłupie) kino akcji, to powinniście być zadowoleni.

Inline
Inline