W opisie dystrybutora możemy przeczytać, iż najnowszy film Kingi Dębskiej opowiada o dwóch siostrach, które w obliczu choroby rodziców będą naprawiać swoje relacje. Pierwsza myśl – to już przecież było! Rynek filmowy przesycony jest dramatami o ciężkiej chorobie, która skutkuje wielkim rodzinnym pojednaniem. Już same zwiastuny mają na celu wycisnąć z widza ostatnią łzę. Lecz, ku memu zdziwieniu, Moje córki krowy znacznie różnią się od innych filmów o podobnej tematyce.

Jest to, być może mimowolna, polemika z filmem Wolny strzelec, pojawia się bowiem wątek – pytanie: za ile można sprzedać prawdę i co można poświęcić. To jednak nie meta, a dopiero punkt wyjścia dla wspaniałego dramatu społecznego. Niewiele więc da się opowiedzieć o fabule. Kilka zdań poniżej to tylko wprowadzenie, dalsza część skupi się na interpretacji. Jeśli więc mogę zachęcić do obejrzenia, to nie poprzez streszczanie fabuły, a przez zwykłą rekomendację. Jestem przekonany, że to jeden z najlepszych filmów 2015 roku.

Sylwester Stallone był już zarówno obiektem uwielbienia jak i kpin. Po latach nareszcie staje się obiektem szacunku.

Nie zraził go schyłek kariery zapoczątkowany Rockym V, deszcz Złotych Malin ani żarty z jego prób tworzenia filmów na modłę lat 80. o kilka dekad za późno. Creed pokazuje, że przy odpowiedniej pomocy Sly wciąż potrafi magnetyzować widzów. Udowodniło to tegoroczne rozdanie Złotych Globów, gdzie Stallone zdobył nagrodę za swoją drugoplanową rolę w Creedzie i otrzymał owacje na stojąco. Okazuje się, że można zrobić kontynuację Rocky’ego z taką samą pasją i zaangażowaniem jak kiedyś, ale w poważniejszy, nowoczesny sposób.


W dobie współczesnej animacji, gdzie większość filmów powstaje z myślą o widzu dorosłym, najnowsze dzieło Blue Sky Studios (twórców Epoki Lodowcowej) stanowi wyjątek od reguły i udowadnia, że możliwe jest nakręcenie dobrej bajki dla dzieci, przy której miło czas spędzą także starsi oglądający (i to bez upiększania scen licznymi sucharami oraz aluzjami seksualnymi).

Przyznaję się bez bicia: moja znajomość serii Rocky kończy się na pierwszej części. Nie jestem też wielkim fanem filmów sportowych i oglądam je raczej sporadycznie. Na Creed wybrałem się więc bez legendy kinowego boksu w sercu i bez szczególnych oczekiwań. I wiecie co? Po seansie momentalnie nabrałem ochoty na nadrobienie zaległości. Emocjonalnie obraz Ryana Cooglera porwał mnie całkowicie. Przepełniający serce podziw i ściskające gardło wzruszenie – już po kilku minutach kibicowałem bohaterom jakbym był jednym z nich.

Hollywoodzkie wytwórnie filmowe rzadko odnoszą sukcesy podczas produkcji remake’ów, szczególnie gdy są to produkcje zagraniczne. Tak też się stało w wypadku tego filmu, choć daleko mu do klęski. Sekret w ich oczach odwołuje się do zdobywcy Oscara z 2009 roku – obrazu w reżyserii Juana José Campanelli, pt. Sekret jej oczu (El secreto de sus ojos). Podczas gdy argentyński oryginał rzeczywiście może być nazwany przekonującym i zajmującym thrillerem, amerykański następca stanowi tylko jego o wiele bardziej uproszczoną wersję, która nie wnosi żadnej wartości dodanej.

Zacznę, proszę wybaczyć, od prywatnej dygresji, która jednak poprowadzi do sedna. Otóż w połowie lat 80. cała dzielnica, na której się wychowywałem, była owładnięta mitem roweru BMX. W pewnym wieku kupowało się dżinsy w Pewexie, kasety Maxell (najlepiej chromowe), przesiadywało u znajomych posiadaczy odtwarzaczy video, oglądało Commando, a poza tym wszystkim – jeździło się na rowerach. Był to czasem Pelikan, innym razem Zenit, ale najczęściej Wigry (miały numery od 1 do 5, i nikt nie wiedział, czym właściwie się różnią). Ot – siermiężna rzeczywistość późnej PRL, gdzie wszyscy wiedzieli, czym są spodnie Levis 501 i czym jest rower BMX, ale nosili „texasy” i jeździli na serii „wigry”. I marzyli o BMX, ale tego nie posiadał nikt, kto nie miał zaawansowanych znajomości na Zachodzie.

Myślę, że mogę bezpiecznie założyć, iż spora część z Was nieszczególnie rozumie mechanizmy funkcjonowania światowej giełdy, nie mówiąc już o uważaniu tego tematu za interesujący. Tak to wygląda w moim przypadku i mniej więcej tymi słowami wita widza Ryan Gosling w The Big Short. Poziom skomplikowania ekonomii, mnogość onieśmielających terminów i natłok danych mogły uczynić nawet tak nośny temat, jakim są kulisy ostatniego kryzysu gospodarczego, kompletnie nieprzyswajalnym. Kojarzony przede wszystkim z komediami, Adam McKay wykorzystał jednak swoje wieloletnie doświadczenie, by przedstawić złożony proces w sposób lekki i zabawny.

Dla polskiego widza kino gruzińskie jest w jakimś stopniu niszowe, można nawet powiedzieć, że egzotyczne. Jednak ze względu na coraz większe zainteresowanie Gruzją, jako wakacyjną destynacją oraz ze względu na dynamiczny rozwój tej kinematografii, gości ono coraz częściej na polskich ekranach. Nie są to filmy trafiające do wielkich multipleksów, ogranicza się raczej do festiwali czy projekcji w kinach studyjnych. Gdyby przyjrzeć się bliżej temu zjawisku, nasuwa się mocne skojarzenie z nową falą kina rumuńskiego, które już od kilku lat bije rekordy popularności na szanowanych festiwalach filmowych.

Inline
Inline