Żeby dowiedzieć się, kim jest Deadpool, koniecznie należy zacząć od tego, kim nie jest. Choć pochodzi z rodziny Marvela, zdecydowanie nie jest superbohaterem. Owszem, można go określić jako super – był obiektem eksperymentów, w wyniku których: 1) zyskał zdolność do niezwykle szybkiej regeneracji, 2) zdecydował się wcisnąć w czerwony lateksowy kostium, 3) oraz przemianować się z Wade’a Wilsona na Deadpoola. Nie nadstawia jednak karku w imię ideałów, nie wierzy w dobro wspólne, ważne jest tylko dobro własne bądź najbliższych. Nie wygłasza wzniosłych frazesów, tylko swoją, przeważnie niecenzuralną, prawdę – bolesną jak cios w splot słoneczny. Nie uznaje żadnych zasad, prócz tych przez niego ustalonych, które z rozpędu też zdarza mu się łamać. Żeby nie było więc żadnych wątpliwości – w lateksie czy nie, Wade Wilson, aka Deadpool, NIE jest bohaterem.

Dobrze, gdy to już jest jasne, możemy przejść dalej.

Kino akcji od lat cieszy się niezwykłą popularnością. Jest to jeden z ulubionych gatunków filmowych publiczności. Demonstrowanie niezwykłych umiejętności w walce wręcz, strzelanki, efekty specjalne… Kino niewymagające, którego celem jest dostarczanie widzowi wrażeń wizualnych, a nie poruszanie jego szarych komórek. Dlatego można stwierdzić, że scenariusz nie odgrywa tu większej roli – ważne, by „się działo”. Czy jednak na pewno?

Debiut reżyserski Veroniki Franz oraz Severina Fiala spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem krytyków filmowych i nie ma się czemu dziwić. Widzę, widzę to dobrze skrojony horror, który nie musi posługiwać się tanimi środkami wyrazu, by wywołać poczucie niepokoju. Chodzi o coś więcej, o zaskoczenie widza i dyskretne podsuwanie mu wskazówek do rozwiązania zagadki, subtelną grę, która pomoże mu określić po której stronie barykady stanie – matki czy synów. To ciekawie zrealizowana opowieść, która swoim surowym stylem i wieloznacznością przypomina styl Michaela Haneke.

Kultura starożytnego Egiptu to prawdziwa kopalnia fascynujących pomysłów. Spektakularne wojny, niezwykle bogata mitologia i zachwycająca architektura. Prawdziwie wymarzony materiał na pełne rozmachu widowisko o świecie podzielonym między bogów i śmiertelników. Dodajmy do tego imponującą obsadę i możliwości techniczne drugiej dekady XXI wieku. Co może nie wyjść? Cóż, najwidoczniej wszystko.

Zjawa rozpalała moją wyobraźnię od miesięcy. Połączenie Iñárritu-Lubezki-DiCaprio-Hardy po prostu musiało wstrząsnąć moim światem jako że jestem wielbicielem każdego z nich. Przez długie miesiące o filmie mówili głównie zainteresowani kinem i twórczością wspomnianych panów. To się jednak zmieniło – od pewnego czasu Zjawa jest na ustach wszystkich. Oscary, Leo to, Leo tamto, niedźwiedź, znowu Oscary i jeszcze raz Leo. Setki newsów, artykułów, memów i ogólnopojęta pompa. Moim zdaniem film na tym cierpi. Bo, choć to dzieło niezwykle imponujące od strony produkcyjnej , to warto pamiętać, że to także prosta i intymna historia o podstawowych ludzkich wartościach. To nie napompowane widowisko w stylu Titanica, to nie skrojony pod Oscary dramat jak Dziewczyna z portretu. Gorąco polecam odcięcie się od tego medialnego jazgotu i podejście do filmu z czystym umysłem. Dzięki temu, zamiast rozważać komu Oscar i dlaczego Oscar, będziecie mogli dać porwać się surowemu pięknu Zjawy.

Powraca w filmie Transcendencja nieustannie uwielbienie dla archaicznych technologii i kultu komputera, który zajmuje hektary powierzchni w laboratoriach tylko po to, żeby był zdolny rozpoznać fotkę i skojarzyć ją z twarzą. Może by zadziałało na zasadzie zabawy stereotypem, gdyby było to zrobnione świadomie, ale to ma… zszokować widza. A widz ma takie zabawki w telefonie.

Ten film nie zapowiadał się szczególnie obiecująco. Legenda kina, Robert De Niro, jako świntuszący staruszek o mentalności gimnazjalisty. Gwiazda High School Musical, Zac Efron, w roli młodego prawnika na życiowym rozdrożu. Umiarkowanie zabawny zwiastun – a te zazwyczaj zawierają najlepsze żarty. Dan Mazer na reżyserskim stołku również nie napawał wielkim optymizmem – w moim odczuciu jeden z trzech jego żartów okazuje się zabawny. Nasuwa się więc pytanie: czy film przerósł mizerne oczekiwania? Miejscami.

W jednej z początkowych scen filmu „Być jak John Malkovich”główny bohater, z zawodu lalkarz, prezentuje na ulicy swoje przedstawienie kukiełkowe. Przy jego stanowisku zatrzymuje się zainteresowana widowiskiem dziewczynka ze swoim tatą. Szybko okazuje się, że sztuka nie jest przeznaczona dla najmłodszego odbiorcy – dotyczy historii romansu Abelarda i Heloizy, filozofa i zakonnicy, którzy wymieniali się płomiennymi listami. W momencie, kiedy rozdzielone ścianą kukiełki zaczynają wykonywać ruchy jednoznacznie sugerujące stosunek płciowy, oburzony ojciec dziewczynki rozbija pięścią cały lalkowy teatrzyk. Szesnaście lat po napisaniu scenariusza do Być jak John Malkovich, Charlie Kaufman wyreżyserował wspólnie z Duke’m Johnsonem Anomalisę, animację, którą można uznać za pełnometrażową, współczesną wariację na temat tej jednej sceny.

Inline
Inline