Z Rosji do Francji

O Andrieju Zwiagincewie zrobiło się szczególnie głośno trzy lata temu, gdy jego Lewiatan po wygraniu Złotego Globu w kategorii najlepszy film zagraniczny, stanął w szranki z Idą, próbując zdobyć najpopularniejszą filmową nagrodę, Oscara. Przegrał wtedy pojedynek właśnie z polskim kandydatem, pozostał jednak w pamięci widzów i krytyków jako film-sprzeciw przedstawiający człowieka samotnie walczącego z systemem, który od początku skazany jest na porażkę.

Wojna w wielkich produkcjach filmowych prezentuje się na ekranie w sposób monumentalny i przerażający. Lecąca strumieniami krew, poodcinane kończyny, setki rannych i zabitych – wszystko to napawa grozą i zmusza do refleksji na temat bezsensowności tego rodzaju przemocy. Czy da się jednak przedstawić okrucieństwo wojny bez tych wszystkich elementów, a jedynie przy pomocy ukazania codziennych zmagań zwykłych ludzi, czekających w bombardowanych miastach na powrót bliskich? Przy pomocy upływającego czasu, oczekiwania, błędnych decyzji i zniecierpliwienia? Film Michaiła Kałatazowa, Lecą żurawie, udowadnia, że tak.

Mróz, surowość, dzika przyroda, samotność, głusza – Syberia kojarzy się z wieloma różnymi określeniami. Dla dziadka i jego wnuka Loszki – głównych bohaterów filmu napisanego i wyreżyserowanego przez Wiaczesława Rossa – jest jednak czymś jeszcze, domem. Pomimo niesprzyjających warunków, radzą sobie jak mogą, wiodąc ascetyczny żywot pośrodku tajgi, otoczeni przez szumiące lasy, głodne wilki i rwące potoki. Jednak mimo tego, że starają się oni żyć w zgodzie z przyrodą, ta pozostaje okrutna i nieprzejednana; chciałoby się powiedzieć, że to ona jest główną bohaterką rosyjskiego obrazu, niewzruszonym obserwatorem wydarzeń, które serwuje widzowi reżyser, a które napawają przygnębieniem i melancholią. Filmowa Syberia pozostaje miejscem czystym – surowym i nie poddającym się ludzkim zasadom, a stado wilków przemierzające ją co jakiś czas wydaje się symbolem nieokiełznanej natury, która wciąż istnieje w świecie, coraz szybciej pożeranym przez kolejne metropolie.

Czy można zrobić film prawie pozbawiony bohaterów, bez klasycznej fabuły i montażu, a mimo to wyjątkowy w swej prostocie, naturalności i co najważniejsze z przesłaniem? Aleksander Sokurow udowadnia, że tak. Burząc typowe wyobrażenia na temat kina, jeden z najwybitniejszych przedstawicieli rosyjskiego postmodernizmu przedstawia historię Państwowego Muzeum Ermitażu: od położenia fundamentu pod Petersburg, aż po czasy współczesne. Poprzez dramatyczną historię jednego z najsłynniejszych muzeów-symboli reżyser próbuje poznać odpowiedź na pytanie o prawdziwą tożsamość Rosji, przez setki lat pozostającej na rozdrożu Wschodu i Zachodu.

Kiriłł Sieriebriannikow nie patyczkuje się z widzem: główny bohater filmu Uczeń ukazuje swoje prawdziwe oblicze już w pierwszych scenach. Reżyser nie skupia się na historii, która doprowadziła go do stanu, w jakim się znajduje – ukazuje gotowy produkt, który powstał w niedopowiedzianych okolicznościach. Co spowodowało, że chłopak na pierwszy rzut oka nie różniący się od rówieśników, stał się religijnym fanatykiem i popełnił mrożącą krew w żyłach zbrodnię? Twórca nie odpowiada na to pytanie; ukazuje on drogę, którą chłopak przechodzi – od niezdrowej obsesji do kompletnego fanatyzmu, graniczącego z szaleństwem, a także wskazuje jak niebezpieczne może być niereagowanie i bagatelizowanie zachowań ostrzegawczych, które główny bohater wykazuje od początku filmu.

W gazetach czy w Internecie co jakiś czas można natknąć się na osobną kategorię dowcipów: „o Stirliztu”. Zazwyczaj nie są one zbyt długie, a przykładowy może wyglądać tak:

Stirlitz, idąc zamyślony, spojrzał w niebo.
Kaczki… – pomyślał Stirlitz.
Stirlitz… – pomyślały kaczki.

Na pierwszy rzut oka żart nie ma większego sensu ani nie jest zabawny. Wystarczy jednak obejrzeć jeden odcinek serialu nakręconego przez Tatianę Lioznową na początku lat 70., Siedemnastu mgnień wiosny, aby zrozumieć, o co chodzi.

Inline
Inline