Kanapkowe Repertorium cz. 1

Czym jest kino kanapkowe? Odpowiedzi jest wiele i nie są do końca pewne, a już na pewno niejasne. Książkowa definicja brzmi następująco: „kino kanapkowe (zjawisko, fenomen): obrazy filmowe odpowiednie do oglądania podczas jedzenia kanapek, z ewentualnym kontynuowaniem seansu po skończeniu jedzenia, lub też oglądaniem partiami, podczas wielu posiłków.” Od razu rozszerzyłbym tę skostniałą już skądinąd definicję o jedzenie wszelakie: sałatki, przekąski, torty, ciasta, a nawet większe posiłki o bardziej obiadowym charakterze, wliczając w to nawet zupy. Definicja ta nadal jednak pozostaje niepełna i zdecydowanie nie oddaje w pełni znaczenia omawianego tutaj zjawiska. Jaka jest kwintesencja kanapkowego kina? Jakie są jego cechy? Co sprawia, że film staje się kanapkowym arcydziełem, będąc tak naprawdę przeciętnym, a film wybitny okazuje się być kiepską kanapkową przygodą nie do przełknięcia? Postaram się na te ważne pytania odpowiedzieć, przynajmniej na tyle, na ile współczesne badania są w stanie pewne rzeczy potwierdzić. Nie ukrywam, że sam się do tych badań przyczyniam, prowadząc je od około dziesięciu lat, z małymi przerwami (nie na jedzenie rzecz jasna). Będę poruszał też dosyć drażliwą kwestię samej filozofii kina kanapkowego – na ile godzi ona w same kino, a przede wszystkim w kulturę jego odbioru. Czy takie traktowanie filmów jest dla kinomana akceptowalne? Niektórzy pewnie prędzej udławiliby się kanapką niż obejrzeliby podczas takiego dławienia się film. No właśnie, pojawia się też kwestia zdrowia i bezpieczeństwa podczas takiego wielozadaniowego seansu. Jakie szanse ma kino kanapkowe, stając w szranki z potężnym audio wizualnym dorobkiem YouTube oraz – co gorsza – seriali? Wszystkie te kwestie mam zamiar przybliżyć w formie minirecenzji konkretnych filmów, które tworzyć będą powoli powiększające się repertorium kina kanapkowego.

W pierwszym wydaniu Kanapkowego Repertorium mam zamiar wymienić parę przykładów skrajnych, dosyć prostych, mających na uwadze przybliżenie samej koncepcji, w celu poszerzenia percepcji i zrozumienia na przyszłość. Wybrałem filmy o bardzo różnych smakach oraz o różnym stopniu strawności, pozwoli to zrozumieć nam ogrom i szerokie horyzonty kanapkowego zjawiska. Powiedzmy, że spróbuję przygotować wasze żołądki na dania główne z pomocą paru przystawek.

Nie wykluczam w przyszłości pojawiania się wydań specjalnych, tematycznych czy świątecznych.

Uspokajam też co niektórych – lista poniższych tytułów może zacząć się trywialnie i nieciekawie, ale proszę o cierpliwość i wyrozumiałość. W tym szaleństwie jest oczywiście metoda, jak w każdej dobrej kuchni.

Zacznijmy od podstaw, nie będę na razie wrzucał was na głęboki olej (no, chyba że silnikowy).

Nie da się ukryć, że we wczesnych latach badań nad kanapkowym fenomenem, repertuar szeroko rozumianych filmów akcji poszedł na pierwszy ogień moich poszukiwań. Na atrakcyjność takich filmów wpływa przede wszystkim dynamika akcji oraz przystępność fabularna. Filmy akcji korzystają zazwyczaj z łatwo dostępnych kulturowych smakołyków i słodkości, po których można mieć potem mdłości, ale od jednego Snickersa nic złego nie powinno się stać. No, chyba, że ktoś z was jest uczulony np. na orzeszki. W tej sytuacji będzie mu trudniej, ale proszę się nie poddawać – dla uczulonych też znajdzie się coś do przełknięcia.

Jedną z podstawowych cech, które przybliżają film do kanapkowego ideału, jest wrzucenie widza w sam środek akcji niemalże od samego początku. Jest to jednak stosunkowo rzadkie zjawisko, spotykane w znacznej mierze właśnie w hollywoodzkich filmach akcji. To, co jednak jest najbardziej wyjątkowe w nowym Mad Maxie, to nikły spadek tępa przez stosunkowo długi czas. Pierwszy prawdziwy postój (do tego dosyć krótki) film osiąga dopiero w 30 minucie, co sytuuje ten film w ścisłej czołówce w kategorii „fast food”. Przychylna kanapkowym doznaniom jest też na pewno linia narracyjna – jest prosta jak australijska szosa, nie ma szans na zbłądzenie czy niedopatrzenie z naszej strony.

Tutaj pojawia się kolejny aspekt – jedząc posiłek, często zmuszeni jesteśmy oderwać wzrok od ekranu, film musi więc dawać nam szansę na odkupienie braku uwagi. Może to robić oczywiście w różnoraki sposób, o czym się jeszcze przekonacie w przyszłych wydaniach serii (muszę jakoś budować napięcie). W Mad Max: Fury Road jest to fabuła, stosunkowo wolna od zawiłych meandrów. Nie trzeba specjalnie zapamiętywać postaci, dialogów czy scen – możecie spokojnie dać się ponieść konsumpcji bez większych konsekwencji.

Jak już wspomniałem, film zwalnia nieco w okolicach 30 minuty, która jest magiczną granicą, bardzo ważną w kanapkowej myśli filozoficznej. Otóż w tym czasie przeciętny człowiek jest w stanie zjeść niemalże każdy posiłek. Pojawia się więc fundamentalne pytanie – co dalej? Oglądać film? Zatrzymać go na później? Jeśli tak, to czy kontynuować oglądanie przy następnym posiłku, czy na czczo kiedykolwiek? A może wyłączyć film i o nim zapomnieć?

Otóż według teorii, najbliższym do kanapkowego ideału jest film odpalany wyłącznie do posiłku, oglądany partiami, nigdy na czczo. Nie zamierzam jednak być aż tak radykalny. Uważam, że sporo tutaj zależy od nastroju i apetytu oglądającego, oraz czasu jaki posiada. Kontynuacja filmu zależna jest więc mocno od czynników zewnętrznych, na które sam film nie ma absolutnie wpływu. Umyślnie nie wspominam tutaj o twórcach, ponieważ filozofia kanapkowego kina nie jest im jeszcze znana (chociaż – czy aby na pewno?), zważcie więc na to, że odkrywamy tutaj wspólnie nowe rejony myśli filmowej.

Mad Max: Fury Road zdecydowanie zasługuje na wysoką punktację, jest to kino kanapkowe niemalże w najczystszej postaci, przynajmniej w kategorii filmów akcji. Dzieło George’a Millera, oprócz tych wymienionych wyżej, posiada wiele innych cech kanapkowego dzieła, o których za chwilę.

        

Seria filmów Michela Baya nie jest nikomu obca, przynajmniej z nazwy. Jednak dla niejednego miłośnika kina obca, a właściwie niesmaczna może być sama estetyka reżysera, czego nie mnie oceniać. Niektórzy twierdzą, że jest nawet kompletnie niestrawna. Moje doświadczenie pokazało mi, iż jest to kwestia wyłącznie wytrzymałości posiadanego żołądka.

Tendencyjnie umieszczam filmy o robotach z kosmosu w repertorium, by przytoczyć tu kolejną ważną cechę, a właściwie argument przemawiający za pozytywnym, a nawet praktycznym wydźwiękiem kina kanapkowego. Otóż może się nie raz okazać, że do kanapek wybierać będziecie filmy, których w normalnym trybie w życiu byście nie obejrzeli. Albo nie obejrzeli wcale, albo nie za jednym gryzem. Mogą to być filmy których nie szanujecie, co do których macie poważne wątpliwości. Filmy, które są dla Was obojętne, są jak ozdobny kawałek cytryny leżący przy devolay’u. Macie pełne prawo do tego aby bojkotować dzieła na podstawie popularnej franczyzy zabawek dla dzieci, jednak każdy z was powinien zadać sobie pytanie – czy nie będę trochę bogatszy jeśli przynajmniej liznę odrobinę tej pulpowej masy? Czy nie poszerzy to moich horyzontów, pozwoli nabrać perspektyw, jak wyprawa na mecz z wujkiem gdy nie zna się zasad gry, czy pójście na strzelnicę jedząc na co dzień sałatki? Czy warto walczyć ze swoją dziecięcą intuicją, która każe nam wszystkiego posmakować przynajmniej po trochu?

Kanapkowe kino może być użyte zgodnie z waszym sumieniem i oczekiwaniami. Może posłużyć jako wypełnienie luki poznawczej, na co może nie być czasu kiedy indziej. Zazwyczaj pod kołdrę kina kanapkowego trafiają filmy mainstreamowe, rozrywkowe i głupawe, co do których nie mamy litości, wyrozumiałości ani nadziei. Z jednej strony może to być krzywdzące, z drugiej jednak może być źródłem nieoczekiwanych zaskoczeń i zwrotów akcji, co nieraz miałem okazję doznawać na własnej wątrobie przez te lata (przypominam – dziesięć) badań.

Kolejną rzeczą obecną w kanapkowej estetyce jest szeroko rozumiane efekciarstwo. Tak jak wspomniałem wcześniej, zacząłem go szukać początkowo z wierzchu, wśród filmów akcji, głównie wśród amerykańskich blockbusterów. O tego typu efekciarstwie będę rozpisywał się przy innej okazji. Jednak zaznaczę tutaj tylko, że efekciarstwo może przybierać przeróżne formy i jest przede wszystkim dodatkiem do różnych gatunków oraz koncepcji filmowych. Jest jak śmietana, która nadaje się przecież zarówno do pierogów ruskich, jak i do zupy, czy naleśników z twarogiem na słodko.

Co do samych Transformersów, uważam, że filmy te reprezentują – trochę niechcący – nowe wcielenie kina atrakcji, które potencjalnie byłoby kanapkowym świętym graalem, ale pisać o tym szerzej będę w następnych artykułach (na razie cały czas podstawy – przystawki).

      

No tak, co te trzy długie filmy, które właściwie są jednym jeszcze dłuższym, mają wspólnego z opisywanym zagadnieniem? Intensywny początek filmu? Co prawda Drużyna Pierścienia zaczyna się z przytupem, jednak szybko nawiązuje dosyć spokojną i nieśpieszną narrację – jak na Tolkienowskie dzieło przystało. Umieszczam Władcę właściwie tylko jako pretekst, aby przedstawić jeden z kolejnych aspektów kanapkowego kina. Otóż do kanapek świetnie nadają się filmy widziane przez nas już wcześniej. Może widzieliśmy dany film w kinie, może powtórzyliśmy seans już kilka razy. Zazwyczaj są to dosyć znane franczyzy, ale mogą to być po prostu nasze ulubione filmy. Znamy już wszystkie dialogi na pamięć, ukryte easter eggi, wpadki i niedociągnięcia filmu. Oddaliśmy już im odpowiedni hołd i cześć, teraz możemy z ręką na sercu zabrać się do bezmyślnej konsumpcji i dekonstrukcji. Nie boli nas żołądek przy rozstaniu w jednej czwartej widowiska. Ba, możemy zacząć oglądać film od innego niż początek momentu! Im jestem starszy, tym mniej mam czasu i zdrowia na organizowanie 10 godzinnych maratonów, a zawsze miło jest wrócić do ukochanego Śródziemia.

Kanapkowa ocena może wydawać się surowa, jednak nie da się ukryć, że trylogia Władcy nie spełnia wielu wymogów kanapkowej koncepcji. Może się ona zmienić w zależności od upodobań i fascynacji konsumującego film. Kanapkowe Repertorium musi jednak pozostać bezstronne i obiektywne na ile się tylko da, odnosząc się do wszelakich typów podniebienia.

    

Pewnie co niektórzy czytelnicy zaczęli już sobie główkować, jakie to filmy nadałyby się do skonsumowania w trybie kanapkowym. Zgaduję, że przeszły wam przez myśl filmy klasy B, czy też klasy Z. Macie oczywiście rację – filmy te łatwo potraktować niepoważnie, nikt nam nie będzie zarzucał brak dotrwania do końca filmu Samurai Cop, a zawsze możemy się pochwalić kolegom hipsterom, że widzieliście niestrawny film i następnego dnia czuliście się dobrze. Jesteśmy kryci, nikt nas nie sprawdzi ani nie oceni. Trzeba jednak pamiętać, że sporo z tych filmów jest w rzeczywistości okropnie nudnych i oglądanie ich w samotności z kanapką w ręku może prowadzić do poważnych egzystencjalnych pytań dotyczących wyborów, które doprowadziły was do tej sytuacji. Sporo jednak zmienia właśnie kwestia samotności – kto powiedział, że kanapkowe kino nie może być konsumowane wspólnie? W takim wypadku tego typu kino zyskuje dodatkowe punkty, może nawet prowadzić do zainicjowania wspólnej kolacji w akompaniamencie Martwego Zła.

Mordercza opona jednak sprawia tylko wrażenie bycia kolejnym tworem kina klasy Z i próbuje nas zrobić w maliny od samego początku. Dosyć kiczowaty plakat może sugerować nam, popularne ostatnimi czasy, produkcje pseudo-amatorskie, będące złe z założenia, szyte na złą miarę (jak np. Sharknado, Maczeta). Film o oponie okazuje się być jednak dużo bardziej ambitny i gra na naszych oczekiwaniach, które autor w świadomy sposób wykreował poprzez plakat, czy samą w ogóle koncepcję (np. tytuł) filmu. Reżyser opony, francuski muzyk elektro Mr. Oizo, ukryty pod pseudonimem Quentin Dupieux, tworzy wręcz meta obraz o filmowym konsumowaniu, beztroskim i bezmyślnym przyjmowaniu filmowych kalorii, oraz szukaniu kolejnych szokujących atrakcji. Nie zdradzając zbyt wiele aby nie psuć zabawy, podpowiem, że główna bohaterka filmu – mordercza opona – z chęcią dobrałaby się do skóry twórców i badaczy kultury kanapkowej…

Film ten jest też również w pewien sposób zapowiedzią przyszłego formatu działu kanapkowego. Otóż będę nie tylko polecał i omawiał kanapkowe filmy, ale też ostrzegał przed potencjalnymi kandydatami na kanapkowe perełki. Mordercza opona wydaję się, lecz nie jest takim najlepszym kandydatem. Przede wszystkim dlatego, że sporo traci na oglądaniu jej w jakikolwiek sposób partiami. Jest to film powolny, cichy i na swój sposób spokojny, może nie dostarczyć wyjątkowych wrażeń przez pierwsze pół godziny. Mimo, iż sam reżyser produkuje dosyć głośną i dynamiczną muzykę na co dzień, absolutnie nie uświadczymy tej energii w filmie. Nie jest to też specjalnie film na wiele powtórnych seansów. Jest dziwny, robi sporo by go odtrącić, więc tym bardziej wymaga zaangażowania i trzymania się go mocno do samego końca, inaczej cały eksperyment nie wypali. Mordercza opona jest godna polecenia, jednak nie radzę jej porzucać jak zużytej. Jest jak herbata z cukrem – po dokładnym wymieszaniu łyżeczką nie da się już cukru wygrzebać, trzeba więc albo wypić słodką herbatę, albo ją wylać.

Pojawia się więc tutaj kolejna, arcyważna kwestia dotycząca tych artykułów – ocena kanapkowa, absolutnie nie ma nic wspólnego z tradycyjną, konwencjonalną oceną filmu. Oczywiście jakieś konotacje następują, jednak pamiętajcie o przewrotnej naturze opisywanej tutaj przeze mnie sprawy.

Powoli wkraczamy w rejony odpowiedniej już formy artykułów, które będą się tu pojawiać.

Crank 2 jest elektryzującym popisem montażowo-operatorskim reżyserów Marka Neveldine i Brian’a Taylor’a, którzy są maniakalnymi pasjonatami kamer wideo i operatorstwa. Doznania audiowizualne są tutaj na pierwszym miejscu, cały film przypomina najdłuższy i najbardziej intensywny teledysk na świecie. Piszę teledysk, ponieważ muzyka gra tutaj niebagatelną rolę – wykonana przez samego Mike’a Pattona, który daje upust niemalże wszystkim swoim muzycznym fascynacjom. Soundtrack do tego filmu gorąco polecam – jeśli mogę sobie pozwolić na taką małą dygresję.

Mimo, iż film bezpośrednio kontynuuje fabułę z pierwszej części to absolutnie nie jest nam ona do niczego potrzebna. Pierwszą częścią nie zawracajcie sobie głowy – druga odsłona jest szybsza, bardziej „pojechana”, z lepszą muzyką, wspomnianym montażem i zdjęciami – ogólnie zdecydowanie bardziej autorska i wyjątkowa w szerszym kontekście. Crank 2 to czyste szaleństwo, zarówno pod względem fabularnym, jak i formalnym.

 

Film zaczyna się sekwencją przedstawiającą operację wymiany serca głównego bohatera (John Statham) na sztuczne, prymitywnie zasilane przez mały akumulator. Bohater wybudza się podczas finalizowania operacji i spuszcza pierwszy łomot w filmie. Generalnie cała fabuła skupia się na próbie odzyskania własnego biologicznego serca przez głównego bohatera. Można by się tutaj pokusić o jakiś głębszy sens, ale darujcie sobie – film jest tak szybki, że wciąż ślizga się po powierzchni znaczeń, czasami odrywając się wręcz od ziemi. Cała zabawa polega na tym, że akumulator zasilający sztuczne serce ciągle pada i trzeba go czymś ładować. Sposobów na to bohater znajdzie multum, wykorzystując przy tym całą wiedzę wyciągniętą z lekcji fizyki i nie tylko.

Pojawia się tutaj przy okazji kolejne kanapkowe zagadnienie. Omawiany tutaj film nie należy bowiem do najbardziej eleganckich. Wiele scen jest dosyć brutalnych, obrzydliwych, a czasem też erotycznych. Nie wszystkie filmy są na każdy żołądek. Nie wszyscy jesteśmy w stanie przetrawić niektóre obrazy, jesteśmy różnie odporni i wyczuleni na pewne rzeczy w normalnym trybie, co tu dopiero mówić o sytuacji z pełną buzią i kanapkami na talerzu, które patrzą na nas ze zgrozą.

Crank 2 jest wciągającym popisem montażowo-operatorskim. Reżyserzy żonglują operatorskimi technikami, a muzyk Mike Patton serwuje nam masę muzycznych przystawek ze wszystkich stron świata. Film jest jak wielki stół pełen różnorodnych tapas, które wciągamy jeden po drugim, nie mogąc zdecydować się, które smakowało najlepiej, zapamiętując jedynie wrażenia z udanej sjesty. Jedną kanapkę pozostawiam nadgryzioną ze względu na odpychający charakter niektórych scen, aby ci bardziej wrażliwi pośród Was poczuli się ostrzeżeni.

        

Tak jak brutalność i sadyzm w konwencjonalnej filmowej iluzoryczności może być dla co niektórych spokojnie do przełknięcia, to już prawdziwe, udokumentowane bestialstwo może być poważnym wyzwaniem dla dolnego zwieracza przełyku.

Africa Addio jest fascynującym dokumentem o Afryce lat 60., czyli okresu wielkich przemian na czarnym kontynencie. Nakręcony został przez grupę włoskich filmowców, odpowiedzialnych za serię dokumentów Mondo Cane, zrealizowanych w podobnej konwencji. W konwencji, której nie powstydziłby się żaden współczesny reżyser fabularny, lubujący się w formach montażowych. Africa Addio zrealizowana jest bowiem w niesamowicie kinematograficznym stylu, zacierając miejscami granicę pomiędzy inscenizacją a obiektywną obserwacją. Kadrowanie i montaż jest tutaj bardzo wymowny i to jest w filmie najbardziej kontrowersyjne. Włosi twierdzą, że chcieli tylko uatrakcyjnić obraz, pozostając jednak obiektywnymi co do samego tematu obserwacji. Nie da się jednak oprzeć wrażeniu, że podawane są nam momentami specjalnie przygotowane dania, pieczołowicie stworzone według bardzo konkretnego menu. Film jest bowiem niekończącą się kolejką górską emocji i ambiwalentnych uczuć.

Co sprawia, że pojawia się na liście? Otóż spełnia sporo wcześniej opisanych warunków na kanapkowego kandydata. Wrzuca nas w sam środek akcji, ma układ świetnie nadający się na oglądanie partiami, film jest bowiem zlepkiem odrębnych mniejszych sekwencji z rozmaitych miejsc i różnej tematyce, nie ma linearnej narracji. Przypomina trochę PRL-owskie kroniki filmowe ukazujące wieści z kraju. Struktura jest w Africa Addio podobna – jest trochę polityki, socjologii, programu przyrodniczego, a nawet korespondencji z wojennego frontu. Obrazki nie pozostawiają suchej nitki, jeżeli chodzi o niedopowiedzenia w kwestii samych aktów przemocy – widzimy tu cały proces polowania na słonie za pomocą prymitywnych dzid, strzelanie z karabinów do hipopotamów, obdzieranie ze skóry antylop. W innym momencie przedstawiane są masowe ludobójstwa, egzekucje, przemoc w najczystszej postaci. Autorzy jednak nie wrzucają nas w te okropieństwa bez przygotowania i umiejętnie je dawkują. Czasami miałem wrażenie, że robią to wręcz z premedytacją, tworząc ekwiwalent pewnego rodzaju sadomasochizmu, gdzie oprócz samego bólu ważne są odstępy pomiędzy nim samym.

Oprócz przemocy samej w sobie zobaczyć możemy w filmie bardzo ciekawy obraz Afryki na rozstaju dróg historii. Moment, który jest brutalnym pokłosiem kolonializmu, który swoją brutalnością zapewne zbytnio nie odstawał od tej przedstawionej w filmie, nie mówiąc już o jego wątpliwej kwestii moralnej. Film, jednak nie do końca oddaje sprawiedliwość sprawie (jeśli w ogóle taka istnieje), ponieważ wspomina przeszłość tylko w formie narracji – przez cały film towarzyszy nam charyzmatyczny narrator, który wprowadza dosyć groteskową dramaturgię, co wiedzie nas na kolejny poziom surrealizmu oglądanej rzeczywistości (w wersji angielskiej, nie jestem pewien jak wygląda oryginał włoski w tej kwestii). Niektóre sekwencje przedstawiają fragmentaryczne pozostałości po starym porządku, np. sceny polowania na lisa przez brytyjską arystokrację. Jako, iż na danym terenie lisy nie występowały, sprowadzano je martwe z wysp, a polowanie polegało na gonieniu czarnego chłopaka (jednego ze służby), uciekającego z lisem pod pachą. Wydaje mi się jednak, że tego typu obrazki pozostają w mniejszości i mają słaby wydźwięk. Co więcej, czasami odnosiłem wrażenie, że twórcy z nostalgią patrzą na odchodzące czasy (nostalgiczne sceny ukazujące „garażową” aukcję przedmiotów należących do wielopokoleniowej bogatej białej rodziny, która przygląda się całemu procesowi).

W kontraście do całej tej przemocy pojawia się jednak masa pięknych i interesujących obrazków. Filmowcy nie są w stanie ukryć zachwytu nad przyrodą Afryki, ale też i czarną kulturą – zarówno tą tradycyjną, jak i ówczesną. Sielskie obrazki usypiają naszą czujność, by zaraz zostać potraktowanym kubłem zimnej wody. Tak, jakby specjalnie ktoś wrzucił za dużo pełnych ziaren pieprzu do bigosu.

 

No właśnie, efektem ubocznym wszystkich twórczych zabiegów reżyserskich jest odczuwany momentami, wspomniany już surrealistyczny wydźwięk całości. Nie wiemy już, z której strony filtrować taką rzeczywistość, co jest kreacją, a co „znalezionym wątkiem” w myśli Kracauera. Jeszcze trudniej jest ocenić jakkolwiek włoskich twórców – czy mają niewinne intencje, ale infantylny ciąg do filmowej formy? Czy wpuszczają nas świadomie w maliny? Może wyszło im to niechcący? W to ostatnie do końca nie wierzę, ponieważ tego typu praca montażowa wymaga bardzo intencjonalnego działania. Jaka nie byłaby odpowiedź, myślę, że będziecie mieli po tym filmie niezły orzech do zgryzienia.

Kończąc – jeszcze parę słów. Postaram się przytaczać alternatywne propozycje (jak np. Africa Addio) na tyle, na ile tylko będę w stanie. Jestem przekonany, że bardziej oczywiste przykłady kanapkowych filmów będziecie mogli znajdować sami, mając narzędzia i wiedzę, którą przytoczyłem w niniejszym artykule i pewnie w kilku następnych. Oczywiście będę nadal pisał między innymi o blockbusterach, częściowo wykonując brudną robotę, wyszukując np. najlepszą do kanapek część serii Transformers… Już trudno, niech będzie, zejdę sam do piwnicy, znajdę pstryczek na światło, przebiję się przez pajęczyny, ominę trutki na szczury i przyjrzę się tym słoikom z kiszonymi ogórkami, które babcia zrobiła 5 lat temu, jakby się szykowała na wojnę. Wybiorę najlepszy i spróbuję wrócić na górę, pamiętając o pstryczku. Abyście mieli co do kotleta i ziemniaków dołożyć. Nie mówię tu z przekąsem oczywiście.

Życzę udanych seansowych posiłków!

Maciej Krawczyński

Korekta: Zuzanna Perkowska

Share With:
Inline
Inline