KREW, SPERMA I ŁZY – RECENZJA „DEVILMAN CRYBABY”

Choć kinematografię aktualnej dekady stanowią w znaczącej mierze nowe odsłony starych hitów, decyzja Netflixa o wydaniu odświeżonej wersji Devilmana wydawała się pomysłem co najmniej tak samo dziwnym, jak wspomniana franczyza. Historia demonicznego superbohatera sięga jeszcze początku lat 70., kiedy to powstała manga autorstwa Go Nagaia. Przez kolejne dwie dekady japoński człowiek-diabeł pojawiał się niejednokrotnie jako bohater seriali animowanych – zarówno dla dzieci, jak i dorosłych – zaś jego przygody charakteryzowały głównie niewiarygodny poziom brutalności i niemniej szokujące projekty demonicznych postaci. Nie inaczej prezentuje się aktualny remake wyprodukowany na potrzeby największej z internetowych platform dystrybucyjnych – Devilman Crybaby stanowi brawurową próbę streszczenia najważniejszych aspektów komiksowego oryginału w zaledwie 10 odcinkach, łącząc przy tym starą japońską szkołę animacji z nowoczesnymi rozwiązaniami scenopisarstwa i niemniej nową oprawą graficzną.

Protagonistą miniserialu jest Akira Fudo – niepozorny licealista o przesadnie rozwiniętej wrażliwości. Mimo pozytywnego nastawienia do życia praktycznie zawsze opłakuje cudze krzywdy (nawet zupełnie nieznajomych ludzi), przez co niejednokrotnie stanowi obiekt drwin wśród rówieśników jako tytułowy beksa. Sytuacja ulega zmianie, gdy ten niespodziewanie zostaje poproszony o pomoc przez Ryo – przyjaciela z dzieciństwa, stanowiącego zarazem totalne przeciwieństwo Akiry jako osobnik agresywny, wyrachowany i nieczuły. Ten zdradza wrażliwemu druhowi, że wraz z postępującym upadkiem moralnym ludzkości na świat powraca prehistoryczna rasa demonów, która niczym wirus infekuje kolejnych ludzi i dosłownie zmienia ich w dzikie, krwiożercze bestie. Aby nagrać i ujawnić nikczemny proceder obaj udają się na jeden z sabatów – skrajnie dekadenckich imprez organizowanych w ukryciu przez spragnioną wrażeń i nieświadomą zagrożenia młodzież – w trakcie którego dochodzi do potwornych transformacji i brutalnej masakry uczestników. Opętaniu ulega również sam Akira, lecz dzięki dotychczas skrywanej sile swego ducha zachowuje świadomość i tym samym staje się Devilmanem – zmiennokształtną hybrydą o mocy demona i sercu człowieka, która nawet w ludzkiej postaci zadziwia nieludzką sprawnością i demonicznym urokiem. Odmieniony Akira za namową Ryo postanawia wykorzystać swoje zdolności w bardziej bezpośredniej walce z potworami. Nie będzie to łatwe, gdyż nieludzki wróg może pojawić się i zaatakować dosłownie wszędzie, zaś mroczna strona osobowości z coraz większą siłą oddziałuje na zachowanie bohatera, usiłującego połączyć heroiczną działalność z normalnym, ludzkim życiem. Sprawa dodatkowo komplikuje się wraz z rozwojem akcji – wychodzi na jaw, że niektóre demony potrafią okazywać bardziej złożone uczucia, ludzie niejednokrotnie bywają gorsi od diabłów, a plan i motywacje Ryo stwarzają coraz więcej wątpliwości…

Przyznam, że seanse pierwszych odcinków tego miniserialu wzbudzały we mnie mieszane odczucia. Sam będąc przyzwyczajony do animacji o bardziej szczegółowej grafice i wolniejszej narracji początkowo czułem się zdezorientowany tak szybkim tempem akcji i zagęszczeniem mniej lub bardziej rozbudowanych wątków – a mimo dosyć schematycznego wstępu takowych nieustannie przybywa. Chociaż nie miałem jeszcze styczności z anime uznawanymi za prawdziwe „tasiemce” (liczące setki odcinków i znane z przedłużania niektórych scen walk nawet na kilkadziesiąt epizodów), śmiało mogę stwierdzić, że fabułę Devilman Crybaby dałoby się rozciągnąć na co najmniej dwadzieścia odcinków po 20-kilka minut każdy. Sprawę dodatkowo komplikuje niejednokrotne zaburzenie chronologii i ciągów przyczynowo-skutkowych w formie onirycznych retrospekcji i subiektywnych wizji poszczególnych postaci, oddających ich stan wewnętrzny niejednokrotnie w dość surrealistyczny sposób (przykładowo, jedna z bardziej zakompleksionych bohaterek w trakcie seksualnego uniesienia zaczyna rżeć jak osioł). Niemniej jednak mogę zapewnić, że początkowe wrażenie chaosu stopniowo zanika wraz z rozwinięciem wspomnianych wątków – wszelkie dziwactwa okazują się mieć sens, a stosunkowo krótki czas trwania i brak dłużyzn stają się niepodważalnymi atutami.

O ile tempo i strukturę narracji uznaję raczej za błahy problem, tak potrafiłbym zrozumieć widzów zniesmaczonych stylem wizualnym najnowszej wersji przygód człowieka-diabła. Pomimo nowoczesnych rozwiązań w scenariuszu miniserial Netflixa zachowuje zadziwiająco dużo pomysłów i motywów charakterystycznych dla anime z XX wieku – szczególnie w kwestiach brutalności i erotyzmu, które dawniej przedstawiano w znacznie bardziej szokujący sposób niż współcześnie. Obu rzeczy jest tu naprawdę sporo – nawet zaryzykuję stwierdzenie, że te 10 odcinków zawiera więcej perwersji niż wszystkie dotychczasowe sezony Gry o tron razem wzięte. Wszechobecna golizna i krew tryskająca z rozerwanych strzępów mięsa, niczym nie ocenzurowane sceny orgii „każdy z każdym” oraz aż nazbyt obrazowe przemiany ludzkich ciał w potworne (np. kobiecych piersi i genitaliów w śliniące się, zębate paszcze) to tylko niektóre z obrzydliwości, które mogły się pojawić tylko w produkcji z Kraju Kwitnącej Wiśni. Odbioru tak pokręconego spektaklu dodatkowo nie ułatwia specyficzny styl graficzny Masaakiego Yuasy – o kresce minimalistycznej, bardziej przypominającej amerykańskie kreskówki niż japońskie anime – przez który zarówno sceny makabryczne, jak i erotyczne wyglądają co najmniej groteskowo.

Nie mogę jednak ukrywać swojego narastającego z każdym kolejnym odcinkiem zachwytu. Niemały wpływ na to miała z pewnością imponująca, skomponowana przez Kensuke Ushio ścieżka dźwiękowa, której nadzwyczajna różnorodność nakłada się na szeroką gamę odczuwanych emocji. Epickie brzmienia orkiestry symfonicznej i chóru w utworze D.V.M.N. nadają kolejnym starciom Devilmana niebywałego rozmachu i klimatu, elektroniczne nuty w Jugdement potęgują napięcie w poważniejszych momentach, zaś występujące w ostatnich dwóch epizodach Crybaby potrafi swym melancholijnym brzmieniem zrobić z niejednego widza beksę, a już na pewno wywołać poczucie wewnętrznej pustki (kto widział „te” sceny, ten wie, co mam na myśli). Nie zabrakło też remiksu klasycznej serialowej piosenki Devilman no Uta ani lżejszych kawałków w postaci japońskiego rapu okazjonalnie nuconego przez grupę dzieciaków z ulicy – takie momenty nie tylko dodawały odrobinę humoru, co przede wszystkim stanowiły całkiem pomysłową metodę opowiadania o ponurej rzeczywistości świata przedstawionego.

Ponadto wspomniane przedtem epatowanie przemocą i seksualnością – choć bez wątpienia szokujące i obsceniczne – stanowi jedynie środek w opowiadaniu zaskakująco dojrzałej historii o stanie ducha współczesnej ludzkości. Pomimo prędkiej i z lekka chaotycznej narracji fabuła z czasem rozwija się nie tyle w emocjonujący konflikt ludzkiej i demonicznej natury, co przede wszystkim w rozbudowany i nie stroniący od humanistycznych rozważań dramat. Co dokładnie czyni nas ludźmi, a co potworami? Jak zachować człowieczeństwo w czasach narastającej degrengolady, nienawiści i zobojętnienia na cudze cierpienie? Czy faktycznie jedyną regułą jest prawo silniejszego, słabi muszą wymrzeć, a ludzkość nie zasługuje na zbawienie? A może jednak współczucie i zaufanie mają sens, zaś dobro i zło to tylko kwestia osobistego wyboru każdego z nas? Trudno mi wypowiedzieć się bardziej szczegółowo na te tematy bez zdradzania istotnych dla fabuły niespodzianek – a takowych jest sporo, szczególnie w ostatnich czterech odcinkach, których mrocznej powagi nie sposób porównać z groteskowością poprzednich epizodów. Ograniczę się tylko do stwierdzenia, że mógłbym się długo rozpisywać na temat samego finału, który mogę bez wątpliwości określić jako jedno z najbardziej przygnębiających i refleksyjnych zakończeń, jakie dotąd widziałem w serialach. Odnoszę wrażenie, że tylko Japończycy potrafią kończyć opowiadane historie w taki sposób, by odbiorca dosłownie oniemiał z jednoczesnego zachwytu, zadumy i smutku.

Podsumowując, Devilman Crybaby to miniserial wyjątkowy, na swój sposób wybitny i zarazem tak specyficzny, że zdecydowanie nie mógłbym go polecić każdemu. Co wrażliwszych widzów z pewnością odrzuci już sam pierwszy odcinek, w którym twórcy nie boją się epatować widokiem rzezi i seksu, a niejeden fan współczesnego anime zostanie zniechęcony przez nieraz prymitywną grafikę. Jeśli jednak z nostalgią wspominacie starą, japońską szkołę animacji z oryginalnymi Devilmanami, Akirą, Neon Genesis Evangelion i Ghost in the Shell na czele albo chociaż poszukujecie niebanalnych historii, silnych emocji i trudnych tematów do głębokich refleksji, to netflixowa wersja przygód człowieka-diabła jest właśnie dla Was. Przekonajcie się, czy i Wasz wewnętrzny diabeł może płakać.

Marcin Stasiak

Share With:
Inline
Inline