Krzysztof Kieślowski – ile z człowieka może być w geniuszu?

Tytułowy człowiek to raczej ten przez małe „c”, oczywiście w celu wywołania określonych domniemań przy zestawieniu tego słowa ze słowem geniusz, które jest powszechnie pojmowane jako coś nadludzkiego, nadczłowieczego. Nie więc w celu umniejszenia, dosłownego i metaforycznego.

Bohaterowie filmów Kieślowskiego bywali tym człowiekiem przez małe „c”, jak i przez wielkie. Podobnie zresztą jak sam reżyser. I właśnie to połączenie w dużej mierze decydowało o geniuszu jego twórczości oraz niewątpliwie jego człowieczeństwa.

Krzysztof Kieślowski

Przewrotna prostota

Na pytanie postawione w tytule sam Kieślowski najprawdopodobniej odpowiedziałby – „nie wiem”. Zwykł odpowiadać tak na wiele pytań zadawanych przez dziennikarzy. Świadczyło to o wielkiej pokorze wobec świata. Twórcę bardzo wyraźnie irytowała wszechobecna presja bycia patetycznym moralizatorem, nauczycielem życia, który rzuca na prawo i lewo górnolotnymi sformułowaniami. Za każdym razem podkreślał, że on zupełnie nic nie chce, po prostu, że nie ma żadnego celu, właściwie żadnych oczekiwań. Film traktował w kategoriach rozmowy. W jednym z wywiadów powiedział, że film jest dobry wtedy, gdy wywołuje w widzu emocje, których się potem nie wstydzi. Jego postawę błędnie uznawano za kokieterię. Niejednokrotnie mówił o tym, że jego samego przerasta to, co dzieje się wokół jego filmów, chodzi oczywiście o nagminną nadinterpretację. To, co robił nazywał zwykłym opowiadaniem historyjek, do których często zupełnie niepotrzebnie dorabia się masę teorii, doszukuje się drugiego, a nawet trzeciego dna. To bagatelizowanie wydawało się niezwykle przewrotne. Taki też był charakter twórczości Kieślowskiego w odczuciu wielu odbiorców. Sam twórca zaś notorycznie zaprzeczał temu, że chciał nieść poprzez swoje filmy jakieś przesłanie. Twierdził, że filmem nie można nic osiągnąć, nic zmienić. Ta surowość, pozorny pragmatyzm szokowały, co było bardzo uzasadnione. Przecież zestawienie tej właśnie postawy i kina Kieślowskiego jest paradoksem. Ale tak mogło się tylko wydawać, z naciskiem na słowo tylko.

Pełen kontrastów

W przypadku tej wybitnej osobowości kina mamy do czynienia z wieloma paradoksami. Zapewne nie raz, nie dwa ktoś, a tym kimś prawdopodobnie był dziennikarz, pokusił się o stwierdzenie, że Kieślowski był człowiekiem pełnym sprzeczności. Biorąc pod uwagę wypowiedzi osób, które miały przyjemność z nim pracować, reżyser jawi się jako ktoś niezwykle ciepły, wyrozumiały, cierpliwy, dowcipny, a przy tym konkretny i zawsze wiedzący, czego chce. Słowem – idealna kombinacja. Jednak oglądając i słuchając twórcę podczas wywiadów, można odnosić wrażenie, że jest wręcz na odwrót. Zniecierpliwienie, wymijające odpowiedzi, chłód, pesymizm, pragmatyzm – tym z reguły charakteryzowały się publiczne wystąpienia Kieślowskiego. Jednakże, czy właśnie między innymi to paradoksalnie nie świadczyło o tej niezwykłej przystępności osoby geniusza? Reżyser zwyczajnie nie lubił tego świata, nie czuł z nim więzi. Uczestniczenie w życiu publicznym traktował jako zło konieczne, podobnie jak promocję swoich filmów. Notorycznie był tym zmęczony, rozczarowany. Spróbujmy postawić się w jego sytuacji – wystarczy zadać proste pytanie: „ile można?”. Ciągła presja, udzielanie odpowiedzi na te same pytania… Podczas gdy sam reżyser bardzo cenił sobie spokój, prostotę życia. Można powiedzieć, że to poprzez swoje filmy zapuszczał się on w rejony kwestii głębszych, nieoczywistych, niejednoznacznych. Być może własna twórczość dawała mu pole do popisu, swego rodzaju upust, jeśli chodzi o emocje, które wewnątrz przeżywał, tłumił. Można odnosić wrażenie, że kino Kieślowskiego było odzwierciedleniem jego umysłu, percepcji, kamera zaś była tylko i aż okiem, które siłą rzeczy dostrzega zarówno to, co oczywiste, wszelkie okoliczności, ale też zdradza głębię, ujawnia metafizyczną perspektywę.

U aktorów szukał nie tylko talentu i profesjonalizmu, szczególną uwagę zwracał na to, by znaleźć kogoś, kto podobnie do niego czuje i patrzy na świat. Cechowała go przy tym niezwykła intuicja. Z pewnością między innymi to decydowało o geniuszu jego dzieł.

Krzysztof Kieślowski

Kino moralnego niepokoju

Nieoczywiste, poetyckie, metafizyczne, naturalistyczne – takie właśnie było kino moralnego niepokoju w wykonaniu Krzysztofa Kieślowskiego, przynajmniej zdaniem wielu. Niestety – ta charakterystyka bardzo często odstraszała odbiorcę, była zbyt wymagająca. Jednak – czy słusznie? Nie. To kino zawsze opowiadało przede wszystkim o człowieku. Wbrew pozorom miało więc silnie egalitarny charakter. Jego bezpośredniość, a zarazem niejednoznaczność, zaś przede wszystkim – ponadczasowość i uniwersalizm zawsze onieśmielały i już chyba będą onieśmielać. Sam Kieślowski powiedział kiedyś, że on nie tyle nie chce robić kina przyciągającego tłumy, co tego po prostu nie potrafi.

Kieślowski permanentnie określał siebie jako pesymistę. Nie akceptował statusu quo. Rodziło w nim to pewien cynizm, czego wyrazem może być na przykład sposób, w jaki wypowiadał się o cenzurze. Nie lubił jej – to oczywiste, ale równocześnie doceniał. Twierdził, że jest ona jedyną rzeczą w Polsce, która jako-tako funkcjonuje; przy czym „jako-tako” było sporym komplementem.

Był wymagający wobec świata, jak i siebie samego. Mawiał, że wstydzi się wielu swoich filmów. Kino porównał do wagonu pociągu Kultura. Pociąg ten określał jako opóźniony, zatłoczony. Opóźniony względem cywilizacji, zatłoczony – przepełniony ludźmi, którzy są po prostu niekompetentni, czego nie znosił. Pojazd zbaczał z właściwej drogi, cofał się, był źle prowadzony. On – zdecydował się wysiąść z wagonu. Taką metaforą posłużył się w kontekście swojej rezygnacji z robienia filmów. Idąc dalej, mawiał, że gdyby mógł cofnąć czas, to najpewniej nie byłby teraz tym, kim jest. Uważał, że film rzadko ociera się o sztukę, siebie określał jako rzemieślnika, nie artystę. To kolejny paradoks. Ta wielka skromność szła w parze ze złością, zniecierpliwieniem, znudzeniem, zmęczeniem, fatalizowaniem, przede wszystkim jednak – ze strachem. Kieślowski bał się, że w swoich filmach będzie posługiwał się językiem, który nie zostanie zrozumiany. Właściwie już na początku swojej kariery zrezygnował z kręcenia filmów dokumentalnych właśnie ze strachu. Strachu przed tym, że opowiadając prawdziwe historie ludzi, zrobi im krzywdę. Nie chciał ponosić za to odpowiedzialności. Coraz bardziej pogłębiało się jego wycofanie. Pytany na przykład o swoje preferencje kinowe, otwarcie przyznawał się, że w ogóle nie chodzi do kina, nie zna nawet filmów Tarantino.

Krzysztof Kieślowski

Krzysztof Kieślowski – skąd to wszystko?

Kieślowski lubił umniejszać i trywializować, jeśli chodzi o wątki autobiograficzne, o autotematyzm. Choćby historia początków jego drogi. Z zawodu był malarzem teatralnym, jednakże marzył o byciu dramaturgiem. Niestety z faktu, że nie był wystarczająco wykształcony, nie było mu to dane. Jedynym, co mógł zrobić, by to osiągnąć, było rozpoczęcie studiów reżyserskich, ale filmowych. Po ich zakończeniu miałby wykształcenie wyższe, co umożliwiłoby mu dostanie się na wymarzone studia dramaturgiczne. Jako że film i teatr to dziedziny pokrewne, romansujące, zdecydował się rekrutować na reżyserię filmową. Niestety – nie dostał się. Próbował jeszcze dwa razy, również bez skutku. Jak mówił – nie robił tego dlatego, że chciał się tym zajmować, wręcz przeciwnie. Robił to tylko i wyłącznie z ambicji, żeby udowodnić coś tym, którzy go odrzucili. Reżyser przyznawał w wywiadach, że dużą rolę na jego ścieżce odegrał po prostu przypadek. Jednak znacznie bardziej wierzył w rolę determinizmu społecznego. No właśnie, „Przypadek”… Los Witka, głównego bohatera tego wybitnego filmu Kieślowskiego balansuje na granicy wspomnianego determinizmu społecznego i przypadku. Sam twórca przyznawał, że dla niego to właśnie ten determinizm odgrywa najbardziej znaczącą rolę. Zaraz za nim jest nasza wolna wola. Dopiero na końcu przypadek, który niejako wypełnia pewne luki.

Papieros – nieodłączny atrybut Kieślowskiego. Dym oddzielał go od reszty świata. Może to właśnie powodowało, że potrafił istnieć gdzieś obok i tak przenikliwie się nam przyglądać, latać ponad? To pewnie głupie, ale kto wie. Jedno jest pewne – Krzysztof Kieślowski był człowiekiem przez największe „C” z możliwych. Jego kino nie opowiadało o Warszawiaku, o Polaku, o Europejczyku. Opowiadało o CZŁOWIEKU, po prostu, wyzbywając się wszelkich „szuflad”. Chyba nie można osiągnąć niczego większego, będąc reżyserem. Żadna nagroda temu nie odpowiada. Chyba nie można osiągnąć nic większego będąc humanistą. Ale przecież, Krzysztof Kieślowski nie chciał kompletnie niczego osiągnąć…

Jagoda Steczeń

 

Share With:
Inline
Inline