Mary Poppins Powraca i jest praktycznie idealna w każdym calu

Pięćdziesiąt cztery lata temu świat po raz pierwszy poznał filmową Mary Poppins – magiczną nianię, która przybyła z chmur, by objąć opiekę nad dwójką niesfornych dzieci jednej z londyńskich rodzin. Zarówno efekty specjalne, muzyka jak i znakomita gra aktorska Julie Andrews i Dicka Van Dyke’a zachwyciła widzów na całym świecie. Musical zdobył także Oskara za najlepsze efekty specjalne oraz muzykę. Nagrodzona została również Julie Andrews, o której wciąż mówi się, że nie tylko odegrała rolę tajemniczej niani, ale właściwie się nią stała. Przed wejściem do kin nowej odsłony losów Mary Poppins trudno było uwierzyć, że ktoś inny mógłby wcielić się w rolę tytułowej bohaterki, a także, co więcej, zrobić to tak bezbłędnie jak uczyniła to Julie Andrews. Jak więc wypadła Emily Blunt na tle pierwowzoru? Praktycznie idealnie w każdym calu! Kreacja stworzona przez aktorkę jest zachwycająca i oryginalna, i chociaż film nie tylko bardzo mocno nawiązuje do musicalu z 1964 roku, ale i oddaje mu swoisty hołd, to postaci granej przez Emily Blunt nie da się w żaden sposób porównać z tą graną przez Julie Andrews. Obie interpretacje są niesamowite, z tą tylko różnicą, że ta stworzona przez Emily Blunt wydaje się być nieco cieplejsza i odrobinę mniej surowa, a przez to bardziej ujmująca i pasująca do współczesnej wrażliwości. Jest zabawna i czarująca, ale równocześnie tajemnicza, perfekcyjna i diabelsko próżna. Nie wiemy skąd się wzięła, jaka jest jej historia ani skąd pochodzą jej magiczne moce. Wiemy jedynie tyle, ile mówi nam ona sama, a nie zdradza nam zbyt wiele. Jak mówi jeden z bohaterów: „To Mary Poppins, i jedną rzeczą, którą powinniście o niej wiedzieć jest to, że nigdy nie zdradza swoich sztuczek.”

Musical otwierają piękne złote napisy wyświetlane na tle rozmytych obrazów. Z głośników płynie muzyka klasyczna. Napisy trwają dłużej niż w przeciętnym współczesnym filmie, i być może już samo to sprawia, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy przypadkiem nie cofnął się w czasie. Ekranizacja rozpoczyna się w bardzo podobny sposób do tej z 1964 roku. Od śpiewającego na ulicy mężczyzny z klasy roboczej, który przemieszcza się londyńskimi uliczkami w drodze pod dom Banksów. Tego typu ukłonów w stronę oryginału fani znajdą bardzo wiele. Historia wciąż krąży wokół rodziny Banksów – dowiadujemy się jak dalej potoczyło się życie Michaela i Jane, dzieci, którymi Mary Poppins zajmowała się w filmie z 1964 roku, a także poznajemy kolejne pokolenie w postaci dzieci Michaela. Pojawia się wiele słownych i sytuacyjnych odniesień, które z pewnością ubawią, a nawet i wzruszą wszystkich tych, którzy przyjdą do kina w poszukiwaniu namiastki uczuć towarzyszących im przy pierwszym oglądaniu Mary Poppins wiele lat wcześniej. Pojawia się tu jednak pytanie, czy jednak taka formuła filmu nie odbiera mu wyjątkowości i nie czyni z niego tak zwanego „odgrzewanego kotleta”? Od pewnego czasu stało się modne wznawianie produkcji po wielu latach po to, by przyciągnąć do kin dawnych fanów, spragnionych ponownego zanurzenia się w uwielbianym uniwersum. Tak jak można było się tego spodziewać, ten musical jest dokładnie tego typu filmem, które spełnia marzenia widza i pozwala mu na nowo odkryć magiczny świat kultowej bohaterki. O dziwo, w przypadku Mary Poppins ten zabieg nie ujmuje fabule w żaden sposób, a jedynie ubarwia ją i czyni bardziej wciągającą dla każdego, kto pamięta produkcje z 1964 roku. Jednocześnie nawiązania te nie są aż tak zagęszczone, by odebrać radość z seansu tym widzom, którzy dopiero zapoznają się ze sławną Mary Poppins.

Mary Poppins z 1964 roku

Ta sentymentalna podróż to coś dużo więcej niż próba wymuszenia na widzu pokochania tej części ze względu na emocje związane z pierwszą odsłoną musicalu. Film ten już od wspomnianych wcześniej napisów pragnie zabrać widza w podróż do minionych lat, do czasów, gdy filmy robiło się w zupełnie inny sposób. Chociaż efekty specjalne są naturalnie unowocześnione, twórcom udało się osiągnąć cel i wnieść do obrazu namiastkę tego unikalnego klimatu produkcji z lat sześćdziesiątych. Jest to szczególnie widoczne w chwilach, gdy rzeczywistość ściera się z magicznymi trickami Mary Poppins bądź zaskakuje nas bajkowymi elementami. Na szczególną uwagę zasługuje tu moment, w którym nasi bohaterowie wchodzą do bajkowego cyrku, w którym następuje połączenie filmu aktorskiego z tradycyjną animacją 2D na miarę Disneyowskiego Loony Tunes. Ta dziesięciominutowa dynamiczna i żywiołowa sekwencja pełna jest detali i kolorów rodem z dawnych klasyków Disneya. Natomiast włączenie w to wszystko postaci z filmu aktorskiego przywodzi na myśl dawno już zapomniany Kosmiczny Mecz z Michaelem Jordanem i Królikiem Bugsem w rolach głównych.

Piosenki, śpiewane przez aktorów w rytmie i przekazie są łudząco podobne do tych, które słyszeliśmy w Mary Poppins z 1964 roku. Są tak samo przyjemne dla ucha i porywające, i mimo, że znajdzie się zapewne wielu, którzy powiedzą, że nie dorównały znanemu i uwielbianemu Superkalifradalistodekspialitycznie, to trudno jest im cokolwiek zarzucić. Oczywiście, tak jak w przypadku wielu innych filmów, które doczekały się swoich remaków, rebootów, czy też kontynuacji, można by stwierdzić, że nowa Mary Poppins „to już nie to samo, co kiedyś”. Ale czy to źle? Czasy się zmieniły i chociaż pierwszy film o Mary Poppins na zawsze pozostanie wyśmienitym musicalem, dla współczesnego widza, który nie jest przyzwyczajony do formuły, którą posługiwało się kino dawnych lat, seans może okazać się ciężki, a nawet, o zgrozo, nużący. Mary Poppins powraca jest zaś dobrym wyborem dla wszystkich tych, którzy chcą poczuć klimat dawnych lat, jednocześnie nie doświadczając dysonansu poznawczego związanego z przestarzałymi efektami specjalnymi czy też specyficznym sposobem prowadzenia narracji. Bo chociaż nowa Mary Poppins naśladuje kino lat sześćdziesiątych wieloma rozwiązaniami stylistycznymi czy fabularnymi, to jednak łączy te elementy z porywającą, trzymającą w napięciu fabułą. Rodzina Bansków znajduje się bowiem w krytycznej sytuacji, a jej największym problemem nie są już niesforne dzieci, potrzebujące sympatycznej, ale i surowej niani. Tym razem stawka jest nieco większa, i to właśnie ten aspekt filmu, wraz z genialną kreacją Emily Blunt i zachwycającymi, barwnymi kostiumami, wnosi powiew świeżości i czyni tę historię wyjątkową.

Choreografia, kostiumy i scenografia są niebanalne, a wydarzenia często zupełnie nielogiczne – na szczęście w tej opowieści nie chodzi o logikę, a o magię, i zrywający się niespodziewanie wiatr, który porywa latawiec, wirujące dokoła dzieci bajkowe liście z wazy, znikający z ulicy latarnicy czy też inne równie ciekawe zabiegi nie tylko nie rażą, ale i nadają ekranizacji wyjątkowego baśniowego klimatu. Ekranowa rzeczywistość przenika się ze światem magicznym, zaciera się granica między tym co realne a tym co fantastyczne, pojawiają się postaci bajkowe, to co niemożliwe przeobraża się w to co osiągalne, a Mary Poppins staje się magiczną siłą, która nieustannie ingeruje i naprawia świat zwyczajnych śmiertelników. Na uznanie zasługuje też Meryl Streep w roli ekscentrycznej kuzynki głównej bohaterki, która, choć pojawia się na ekranie zaledwie na parę minut, to w swoim zabawnym, wdzięcznym występie jest tak olśniewająca, że nawet genialna Emily Blunt kryje się w cieniu tej kreacji. Równie zachwycający i rozbrajający jak w 1964 roku jest Dick Van Dyke, który po pięćdziesięciu czterech latach powraca do magicznego świata Mary Poppins, by po raz kolejny zatańczyć, zaśpiewać i porwać serca widzów.

Rob Marshall stworzył epickie widowisko, które niczym wehikuł czasu zabiera widza w podróż do minionej epoki, do lat, w których filmy robiło się w zupełnie inny sposób. Jednocześnie jego dzieło nie jest marną kopią pierwszej Mary Poppins ani też maszynką do zarabiania pieniędzy na uczuciach fanów, a hołdem, zarówno dla samego musicalu jak i dla aktorów i kina samego w sobie. Mary Poppins powraca z hukiem, przynosząc ze sobą magię a wraz z nią naukę, że nie ma rzeczy niemożliwych, nawet, jeśli wydają się nam niedorzeczne. I chociaż żyjemy w świecie, w którym wszystko musi mieć swoje uzasadnienie, na próżno szukać takowego w tym filmie. Co więcej, nie potrzebuje go ani kultowa niania ani sam widz. Jak ona to robi? Skąd się biorą jej moce? Gdzie tu logika? O dziwo, nasza kultowa bohaterka świetnie sobie radzi bez niej. Mary Poppins po prostu jest i jak sama mówi, jest praktycznie idealna w każdym calu.

Monika Wójtowicz

Share With:
Inline
Inline