Najlepszy filmy świąteczne [WYBÓR REDAKCJI] cz. 2

Edward Nożycoręki

 

Edward Nożycoręki nie jest filmem, który jako pierwszy przychodzi na myśl, gdy chcemy wprowadzić się w świąteczny nastrój. Nic dziwnego, głównym bohaterem jest dziwak z zestawem nożyczek zamiast dłoni, stworzony przez szalonego naukowca w upiornym zamczysku na wzgórzu. Taka konfiguracja kojarzy się prędzej ze scenografią teledysku The Cure, niż z kandydatem w głosowaniu na rodzinny seans wigilijny. Edward jest jednak moim osobistym czarnym koniem w konkursie na ulubiony film świąteczny. Dlaczego?

Główny bohater grany przez wybitnego Johnny’ego Deppa jest baśniową postacią, która od pierwszych sekund wzbudza zainteresowanie widzów oraz całej reszty bohaterów filmu. Nie wyobrażam sobie, żeby można było przejść obojętnie obok Edwarda, postaci tak mocno rozpoznawalnej w popkulturze, a równocześnie magicznej oraz zwyczajnie dobrej. Kompletnie nie pasuje on do miejsca, do którego został wrzucony – typowego, amerykańskiego miasteczka będącego przybliżonym obrazem naszej codziennej rutyny. Gdy nadchodzi czas świąteczny – okres bratania się ze sobą – Edward zostaje skazany na ostracyzm i właśnie z tego względu produkcja dedykowana jest osobom, które z pewnych powodów nie chcą, nie mogą bądź nie lubią obchodzić świąt. Jak na baśniową historię przystało, film posiada też jasną stronę, a jest nią Kim Boggs (Winona Ryder). Młoda dziewczyna nieszczęśliwie zakochuje się w nożycorękim. Gdy zmuszeni są oni do rozstania, ich relacja zostaje oparta na porozumiewaniu się za pomocą najbardziej podstawowego elementu udanego Bożego Narodzenia – śniegu. Bo co to za święta bez śniegu?

W kontekście innych produkcji świątecznych, Edward Nożycoręki jest tajemniczym przybyszem, dla którego jedynie nieliczni, zgodnie z tradycją, zostawiają wolne miejsce przy stole. Tak więc, gdy 24 grudnia usłyszycie niespodziewany dzwonek do drzwi, otwórzcie Edwardowi i przygotujcie dodatkowe krzesło. Nasz wrażliwiec jest na tyle mało wymagającym gościem, że obędzie się bez sztućców.

Maciej Pogorzelski


Szklana pułapka 2 – szklańsza pułapka

John McTiernan to jest król kina akcji, jak lew jest król dżungli. A nie dość, że król, to jeszcze szczęściarz. Bo jak inaczej nazwać faceta, który w przeciągu dwóch lat stworzył dwa absolutnie wybitne klasyki gatunku w postaci Predatora (1987) i Szklanej Pułapki (1988), tu i ówdzie znanej jako Die Hard, a potem otrzymał, na fali sukcesu obu marek, bardzo dobre sequele do swoich filmów? Szczęściarzami nie można za to nazwać reżyserów wspomnianych sequeli, gdyż w obu wypadkach, co bardzo mnie dziwi, są to filmy powszechnie niedocenione. Zaskakuje zwłaszcza pomijanie drugiej części przygód Johna McClane’a, co prawdopodobnie wynika z faktu, że wszyscy pamiętają oryginał i „trójkę”, obie wyreżyserowane przez McTiernana. Przyznam się bez bicia, że sam, robiąc powtórki serii, pomijałem „dwójkę” i skupiałem się na częściach odpowiednio z 1988 i 1995 roku. Dopiero niedawny seans, po dobrych kilku latach, uświadomił mi, jak wielka jest Szklana Pułapka 2 (1990). Ten film to przecież sequel idealny i, co istotne, bardzo „mctiernanowski” (sam John McTiernan planował zresztą nakręcić sequel, jednak był zbyt zajęty pracą przy Polowaniu na Czerwony Październik). Aż dziw bierze, że akurat ta część nie wyszła spod jego ręki. Bo tutaj wszystko jest na swoim miejscu. Święta w pełnej krasie, chcący grać (i robiący to znakomicie) Bruce Willis, przemykający na drugim planie sierżant Al Powell, dialogi naostrzone niczym dobra brzytwa.

Renny Harlin na stołku reżyserskim może nie posiada aż takiej narracyjnej konsekwencji jak jego poprzednik, przez co film zawiera kilka wyraźnych głupotek fabularnych, ale ma zmysł do tego, kiedy i jak dobrze zazębić akcję. Sprawność Harlina w inscenizowaniu scen idzie w parze z solidnym budowaniem napięcia, a reżyserowi wtóruje Oliver Wood, późniejszy operator serii o Jasonie Bournie. Scen akcji jest tutaj więcej niż w oryginale, a trup ściele się gęściej – nic dziwnego więc, że ta część zyskała podtytuł Die Harder. Nie ukrywam, że dla mnie (i jak pewnie dla wielu z Was) święta to oczywiście zawsze będzie pierwsza Szklana Pułapka – to w końcu najwspanialszy film świata, przynajmniej mojego świata. Nie zapominajmy jednak o Szklanej Pułapce 2, bo kto inny, jak nie sam John McClane, może uratować święta? I to aż dwa razy! Yippee ki-yay, motherfucker!

Jędrzej Szczepański


Czarne święta

W trakcie świąt, większość z nas stara się spędzić jak najwięcej czasu w towarzystwie rodziny. Wraz z familią po kolacji wigilijnej przyjemnie jest usiąść na kanapie i obejrzeć kolejną część Listów do M. bądź Planety Singli. Należy jednak pamiętać, że kinematografia na ten świąteczny czas przygotowała dla nas także propozycję, która idealnie komponuje się z prószącym za oknem śniegiem, lecz której lepiej nie oglądać w rodzinnym gronie.

W październiku 1974 roku do kanadyjskich kin trafił film Czarne święta, w oryginalny, jak na tamten czas, sposób zestawiający tematykę Świąt Bożego Narodzenia z drastyczną i makabryczną przemocą. Jednak to nietypowe połączenie ponad cztery dekady temu nie przypadło do gustu ani krytykom, ani widzom. Nikt wtedy nie przypuszczał, że film który właśnie ogląda, stanie się inspiracją dla następnych wielkich klasyków kina grozy.

Akcja tego świątecznego horroru rozgrywa się w żeńskim akademiku na kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Do budynku dostaje się nieproszony gość. W tajemniczych i niewyjaśnionych okolicznościach mordowane są mieszkanki domu, a domniemany psychopatyczny sprawca ukrywa się na strychu budynku. Dziewczyny otrzymują również serie zagadkowych telefonów, jednak zamiast głosu w słuchawce słyszą przerażające odgłosy – szepty, jęki i piski.

Z perspektywy dzisiejszego widza, niektóre zagrania narracyjne w Czarnych świętach mogą wydawać się pewnego rodzaju fabularnym standardem. Wątki przedstawione w filmie mogą okazać się niezaskakujące, a nawet przewidywalne. Jednak należy pamiętać, że podgatunek jakim jest slasher, nie posiadał wtedy swoich ustalonych zasad i reguł. Reżyser filmu Bob Clark w pewien sposób sam kreuje standardy jakimi będzie charakteryzował się w późniejszych latach horror.

Film w 2006 roku doczekał się dużo słabszego w stosunku do oryginału remake’u o tym samym tytule. Na szczęście polski dystrybutor remake’u postanowił angielską nazwę Black Christmas zamienić na polski odpowiednik – Krwawe Święta. Dzięki temu nie powinniście w te święta popełnić karygodnego błędu w wyborze filmu.

Piotr Kudrewicz


Animacja, która przypomina, dlaczego nie chcemy dostać szkieletu na święta

Jako jeden z moich ulubionych świątecznych filmów podam animację Miasteczko Halloween z 1993 roku, której angielski tytuł, A Nightmare Before Christmas, lepiej obrazuje tematykę dzieła. Główny bohater, Jack Skellington, kościotrup budzący największy respekt wśród swoich halloweenowych przyjaciół, powoli zaczyna się nudzić atmosferą straszącego miasta. Odkrywa przez przypadek krainę, gdzie rządzi Święty Mikołaj, którym Jack jest oczarowany. Przez swoją fascynację szkielet postanawia zamiast niego pokierować Świętami Bożego Narodzenia. Stąd też święta w jego rękach stają się tytułowym „koszmarem”.

Animacja ma niesamowity klimat – przerażająca kraina Miasteczka Halloween kontrastuje ze scenerią Miasteczka Gwiazdki, w którym dominuje przytulna i ciepła atmosfera świąt. Tim Burton, producent Miasteczka Halloween, jest również reżyserem innych znanych produkcji takich jak Edward Nożycoręki czy Gnijąca panna młoda. W filmografii amerykańskiego twórcy widoczne jest zamiłowanie do upiornego świata. Burton wydał nawet tomik mrocznych wierszy – to właśnie jeden z nich stał się inspiracją do stworzenia świątecznego dzieła. Sceneria Miasteczka Halloween składa się z ostrych i wystających elementów, przypominających ekspresjonizm niemiecki w Gabinecie Doktora Caligari. Warto również zwrócić uwagę na to, że Miasteczko Halloween to pierwsza pełnometrażowa animacja stworzona techniką poklatkową – to dlatego produkcja zajęła aż 3 lata. Dodatkową trudnością dla twórców był fakt, iż film jest również musicalem, gdzie piosenki odgrywają istotną rolę w prowadzeniu narracji przez bohaterów.

Święta Bożego Narodzenia oraz Halloween to dwa ulubione dni Amerykanów. W kulturze mają one bardzo rozbudowaną otoczkę fabularną i lansują wszystkim znane postacie, takie jak Frankenstein, czarownice czy elfy i brodaty Święty Mikołaj. Dlatego bardzo podoba mi się pomysł wykorzystania dwóch światów i zderzenia ich ze sobą, co w niektórych momentach doprowadza do absurdalnych sytuacji, np. gdy Jack dekoruje swój upiorny dom świątecznymi ozdobami, rozpala ogień w kominku i zagubiony wertuje różne książki, by odpowiedzieć sobie na pytanie – do czego służą te ozdoby i po co to wszystko? Ostateczną konkluzją okazuje się to, że Święta Bożego Narodzenia są przede wszystkim po to, aby nieść innym radość. I to tyle. A może właśnie aż tyle.

Maria Jaszczurowska


To właśnie miłość

„Miłość jest wszędzie dookoła nas”. Z tą śmiałą hipotezą, która otwiera dzieło Richarda Curtisa z 2003 roku, stanowiącą jego główny motyw, trudno się nie zgodzić.

To właśnie miłość, w repertuarze różnorodnych historii, oferuje o wiele więcej niż tytułowe uczucie. Zbiór umiejętnie powiązanych ze sobą i wzajemnie przeplatających się wątków tworzy niezwykle spójny obraz. Jest to niewątpliwie zasługa znakomitego scenariusza, którego cechy wspólne odnajdziemy w takich pozycjach jak Cztery wesela i pogrzeb czy Notting Hill. Mowa o lekkości i prostym przekazie, opakowanym w niebanalny dialog, ironię i inteligencję – tak nieprzystającym komediom romantycznym. Największą wartością filmu Richarda Curtisa, debiutującego w roli reżysera, jest jednak uniwersalność. Losy mieszkańców Londynu, przyprószone aurą zbliżających się świąt, prezentują różne odcienie miłości: od romantycznej, niemożliwej, odwzajemnionej, młodzieńczej, poprzez rodzicielską i przyjacielską, po nieszczerą i osamotnioną. Prawdą jest, że Curtisowi nie zawsze udało się ominąć cukierkowy styl przypisany „grudniowym przebojom filmowym”. Jednak nawet sceny perfekcyjnego rozumienia się dwójki bohaterów, którzy władają różnymi językami czy romantycznego wyznania, wypisanego na białych kartach przy akompaniamencie „kolędników na magnetowidzie”, nie rażą swoją obecnością. W głównej mierze to zasługa dialogów, przepełnionych ironią, wtrąceniami, drobnymi przekleństwami i czarnym humorem – Anglicy wiedzą, jak śmiać się z siebie (i z Amerykanów). Pomimo bogactwa wątków, ani przez chwilę nie ma się wrażenia, że jest ich za wiele. Historie, w większości skrojone wzorowo, urzekają, zaskakują oraz dostarczają wzruszeń. Wysmakowana gra aktorska, z udziałem najlepszych gwiazd sceny brytyjskiej (Hugh Grant, Emma Thompson, Alan Rickman, Liam Neeson, Colin Firth, Kiera Knightley, Bill Nighy, Rowan Atkinson), uwiarygadnia odbiór filmu, czym wpisuje się on w doświadczenia wielu z nas. Nienarzucająca się muzyka, w tym cudowna Joni Mitchell, chwyta za serce, zapewniając kameralność. W tym filmie po prostu wszystko gra. To nie jest kolejna „świąteczna chała”, jakby to określił sam maestro Billy Mack (Bill Nighy).

To właśnie miłość.

Honorata Kostro


Grinch: świąt nie będzie

Grinch: świąt nie będzie jest ekranizacją książki How the Grinch Stole Christmas, która wyszła spod pióra amerykańskiego autora książek dla dzieci Theodora Seussa Geisela, znanego pod pseudonimem Dr. Seuss.

Zarówno książka jak i film opowiadają historię mieszkańców Ktosiowa, małego miasteczka, położonego na płatku śniegu. Akcja rozpoczyna się w dniu Bożego Narodzenia, kiedy to wszystkich obywateli opętało szaleństwo przedświątecznych zakupów. W całym Ktosiowie są tylko dwie osoby, które nie cieszą się na nadchodzące święta. Jedną jest tytułowy Grinch, w którego wciela się znakomity Jim Carrey, a drugą mała Cindy Lou, która nie może się pogodzić z tym jak bardzo wszyscy są skupieni na tym, by otrzymać jak najwięcej prezentów czy też udekorować swój dom lepiej od sąsiada. Wszystko wskazuje na to, że w Ktosiowie Boże Narodzenie stało się okresem rywalizacji i konsumpcjonizmu. W dostrzeżeniu tego problemu pomaga nam nie kto inny jak właśnie Grinch, który wierzy, że bez tych wszystkich materialnych rzeczy święta by nie istniały.

Przez całą historię towarzyszy nam przyjemny głos narratora, który wprowadza nas w świat Ktosiów i którego obecność dodaje obrazowi liryczności. I mimo że, podobnie jak większość świątecznych produkcji, film ten jest znacząco przerysowany, a żarty Grincha niekiedy balansują na krawędzi śmieszności i żenady, to nie sposób nie zakochać się zarówno w kreacji stworzonej przez Jima Carreya, jak i w uroczej Cindy Lou, która z uporem, do którego zdolne jest jedynie dziecko, walczy o to, żeby w Ktosiowie nikt nie był sam w święta, nawet ktoś tak ponury i złośliwy jak nasz tytułowy bohater. Obraz ten jest uniwersalny w swoim przekazie, gdyż przypomina nam, że czasem warto jest zapomnieć na chwilę o prezentach, o tym, ile lampek się powiesiło, czy też kto zrobił lepszy bigos, i po prostu cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.

Monika Wójtowicz


Rodzinne święta

W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju to film w reżyserii Jeremiaha S. Chechika, z cyklu kilku opowieści, o z pozoru przeciętnej amerykańskiej rodzinie Griswoldów. Przedstawiciele „niższej klasy średniej”, na czele z „panem domu” Clarkiem, postanawiają zorganizować wspaniałe święta i zapraszają najważniejszych członków swojej rodziny. Wszystko jest idealnie zaplanowane, począwszy od zorganizowania choinki, prezentów, a skończywszy na przydomowych dekoracjach świątecznych i starannej selekcji krewnych. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, podczas świątecznego ferworu, pojawiają się przezabawne komplikacje na każdym etapie przygotowań. Reżyser gwarantuje starannie  zaplanowane sploty nieprzewidywalnych zdarzeń i śmiesznych historii z dobrze wyważonym tragikomizmem. Myślę, że widz w tytułowym krzywym zwierciadlanym odbiciu może odnaleźć kawałek własnej rodziny. Film,  oprócz typowej warstwy komediowej, ma również głębszy przekaz, mówiący o tym, że podczas tych szczególnych świątecznych momentów powinniśmy się pojednać i być wsparciem dla wszystkich naszych krewnych, zwłaszcza dla błądzących czarnych owieczek, aby w atmosferze pełnej akceptacji i miłości, bez względu na sytuację materialną, móc zasiąść wspólnie przy wigilijnym stole. Całości dopełniają genialne kreacje aktorskie, świetnie utrzymane tempo, nietuzinkowy komizm sytuacyjny i zaskakujące zwroty akcji, przeplatające się z momentami skłaniającymi do głębszych, lecz wyważonych refleksji. Nie jest to jedna z typowych płytkich i przesadnie przerysowanych komedii, ale film, do którego warto powrócić nie tylko w święta. To trzeba obejrzeć, jest to jeden z najlepszych bożonarodzeniowych klasyków. Obowiązkowy dodatek pod choinkę dla całej rodziny, który z pewnością pozytywnie wpłynie na wigilijną atmosferę.

Marcin Makara

Korekta: Joanna Dołęga

Share With:
Inline
Inline