„Wszystkiego, co trzeba wiedzieć o reżyserowaniu, można się nauczyć w ciągu czterech godzin” – stwierdził Claude Chabrol po ukończeniu zdjęć do swojego debiutanckiego filmu. Z pewnością zrobił, co mógł, aby Piękny Sergiusz (Le beau Serge) nosił wszelkie znamiona filmu profesjonalnego: mimo to obraz urzeka formalną nieporadnością.

Fajny film wczoraj widziałem. A konkretnie sequel Kingsmana ze złotym podtytułem, tak jak to kino o tajnych agentach ma w zwyczaju.

Ja bawiłem się doskonale, jednak szybko zorientowałem się, że istnieje spora grupa osób, która miała odmienne wrażenia – delikatnie mówiąc. I na tym recenzję najnowszej produkcji Matthew Vaughn’a chciałbym (prawie) zakończyć, tym bardziej, że mój odbiór tego dzieła był w pewien sposób zmącony. I temu właśnie zmąceniu chciałbym kilka słów poświęcić.

Historia tajemniczego mordercy, którego znakiem rozpoznawczym jest śnieżny bałwan oraz tropiącego go detektywa po przejściach, to obiecujący pomysł na klimatyczny i surowy thriller. Film nakręcony na podstawie powieści norweskiego pisarza Jo Nesbo, dzięki gwiazdorskiej obsadzie, miał duży potencjał na stanie się jednym z hitów kinowych tej jesieni. Co poszło nie tak?

Niedawnym gościem Uniwersytetu Gdańskiego był Kuba Czekaj. Podczas rozmowy z Olgą Gulińską i Patrycją Pankau opowiedział o źródłach swojej inspiracji oraz o formowaniu własnego języka filmowego, a także zdradził, co jest dla niego najważniejsze w kinie. Olga Gulińska: Z Twoich filmów widzowie wychodzą albo zadowoleni, albo… Kuba

Jeżeli nie można czegoś sklasyfikować, należy to odrzucić – głosi pierwsza zasada porządku społecznego. „Niesklasyfikowane” trafia więc do worka z odrzutami-odmieńcami, który można następnie z obrzydzeniem (ale i ciekawością) trącać palcem. Film ma jednak tę właściwość, że nie gardzi żadnym bohaterem – potrafi przenicować świat tak, że odmienne staje się znacznie bliższe niż ustalona „norma”.

Przypomina mi się pewna fotografia: amerykańscy aktorzy stoją z zapalonymi świeczkami i kartkami, na których widnieją różne napisy. Wśród kolegów „po fachu” stoi aktor Josh Lucas z kartką. Widnieje na niej napis: „W is not the answer” („Wojna nie jest odpowiedzią”).

Wybawca

Fala strajków przeciw inwazji wojsk amerykańskich na Afganistan i Irak rozpoczęła się w momencie, kiedy zaczęła wzrastać liczbą poległych na wojnie Amerykanów. Trumny z ciałami żołnierzy przykryte amerykańskimi flagami przybywały w samolotach transportowych. Obrazy pokazywane w CNN i innych mediach przywoływały w pamięci kultową scenę finałową z filmu Hair (1979) Miloša Formana. Berger (Treat Willliams) wraz z innymi żołnierzami kroczy do transportowca, wprost w otchłań. Wiemy już, że ci młodzi chłopcy nie wrócą z wojny. W chwili wejścia na pokład samolotu są martwi. Później Forman robi twarde cięcie montażowe i pokazuje nam niekończące się rzędy krzyży, a następnie pacyfistyczne strajki hipisów przed Białym Domem przy dźwiękach piosenki „Let the sunshine in”.

„Nie będziemy ginąć za Gdańsk” – te słowa, różnie przytaczane i tłumaczone (ale z tym samym sensem) weszły do przysłowia i nabrały nośności znacznie przekraczającej sytuację, w której zostały wypowiedziane. Ważną ścieżką kina wojennego jest kino antywojenne (trochę jest to przewrotne językowo) i Dunkierka wpisuje się w ten nurt. O ile w przypadku I wojny światowej sprawa była uprawiana dość otwarcie i bez szczególnych zahamowań, o tyle w przypadku kolejnego światowego konfliktu podkreślano już raczej waleczność i sens zmagań. Być może dlatego, że pierwsza „wielka wojna” zakończyła się absolutnym niedomknięciem sytuacji i to niedomknięcie, brak rozstrzygnięcia, prowadziły z jednej strony do kolejnego konfliktu na jeszcze większą skalę, z drugiej – do poczucia absolutnego bezsensu tej masowej zagłady. W roku 1945 sens rozstrzygnięcia był znacznie bardziej czytelny.

Inline
Inline