Maya Deren ( urodzona w Kijowie jako Eleonora Derenkowska) to jedna z najbardziej interesujących i inspirujących kobiet w światowej kinematografii. Kobieta wielu talentów. Dla niektórych pozostanie jednym z najważniejszych teoretyków kina dla innych sztandarową feministką, a dla kolejnych badaczką wudu. Swoimi zainteresowaniami mogłaby obdarzyć nie jedną istotę. Jak pisała o niej Anais Nin była: „ukraińską cyganką w aureoli dziko kręcących się włosów”.

Romans Hollywood z Chinami trwa w najlepsze już od paru ładnych lat. Jego owoce bywają kuriozalne i pokraczne jak Transformers: Wiek zagłady, gdzie w połowie filmu akcja zupełnie bez powodu przenosi się do Chin, ale nie musi to być żadną regułą. Fantastyczny duet gwiazd chińskiego kina akcji w Łotrze 1 czy chiński rząd jako część międzynarodowego wysiłku o wspólny cel w Marsjaninie pokazują, że ta relacja może być naturalna i wnosić jakąś wartość. Wielki Mur jest następnym etapem współpracy i tym razem nie jest to mrugnięcie okiem w kierunku chińskiej widowni, a prawdziwa koprodukcja. Jej efektem jest widowisko oparte na strukturze hollywoodzkiego blockbustera, zachowujące jednak zmysł artystyczny kina azjatyckiego. Połączenia idei można się dopatrzyć zarówno na płaszczyźnie warsztatu filmowego, jak i merytorycznego przekazu historii. To produkt nieskomplikowany i czysto rozrywkowy, ale także bezpretensjonalny i atrakcyjny wizualnie.

Prezent do 50 zł, kino i restauracja – tak według statystyk wyglądają polskie Walentynki, przynajmniej wśród sparowanej części społeczeństwa. Single natomiast zwykli deklarować, że bardziej od święta zakochanych wolą tłusty czwartek. W tym bardziej lub mniej wyjątkowym dniu, zarówno fanom serduszkowych gadżetów, jak i miłośnikom pączków proponujemy polską komedię romantyczną, która posiada tę właściwość, że romantyczne dusze przyprawi o wzruszenia, a cynikom dostarczy uśmiechu.

Zwiąż mnie! (…) rozpaczliwa walka Rickiego, aby stać się osobą normalną, to znaczy mieć samochód, kartę kredytową, żonę, rodzinę, dom, wszystkie te drobnomieszczańskie wartości.1

Taki opis z pewnością nie przekonałby większej ilości osób do obejrzenia filmu, ale to że reżyserem jest Pedro Almodóvar już tak. Film ironicznie pokazuje starania podporządkowania się normatywnemu modelowi rodziny oraz nieudolne próby spełnienia marzeń przez osoby z marginesu społecznego. Dzieło jest swego rodzaju autorefleksją, bo Pedro nie uznaje czegoś takiego jak normy społeczne. Co jest szokujące w realnym świecie, to w jego fabułach jest chlebem powszednim.

W gazetach czy w Internecie co jakiś czas można natknąć się na osobną kategorię dowcipów: „o Stirliztu”. Zazwyczaj nie są one zbyt długie, a przykładowy może wyglądać tak:

Stirlitz, idąc zamyślony, spojrzał w niebo.
Kaczki… – pomyślał Stirlitz.
Stirlitz… – pomyślały kaczki.

Na pierwszy rzut oka żart nie ma większego sensu ani nie jest zabawny. Wystarczy jednak obejrzeć jeden odcinek serialu nakręconego przez Tatianę Lioznową na początku lat 70., Siedemnastu mgnień wiosny, aby zrozumieć, o co chodzi.

Mający premierę nieco ponad dwa lata temu John Wick okazał się ogromnym zaskoczeniem. Mało kto spodziewał się po nim czegoś więcej niż kolejnego akcyjniaka, o którym za rok nikt nie będzie pamiętał. Zamiast tego dostaliśmy film, który zachwycił większość widzów i krytyków, z miejsca wpisując się do kanonu gatunku. Fantastyczna choreografia, długie ujęcia, płynny montaż, zaskakująco wysmakowana strona audio-wizualna – takiego poziom wykonania i dbałości o szczegóły można ze świecą szukać we współczesnym kinie akcji. Ten film nie miałby jednak prawa się udać, gdyby nie Keanu Reeves i jego oszałamiająca zręczność, dzięki której sceny akcji są tak imponujące. O wyższości Wicka nad podobnymi produkcjami świadczy też wykreowany świat. W filmowej rzeczywistości płatni zabójcy współtworzą własne społeczeństwo ze swoją walutą, zasadami i organizowanymi usługami. Ten koncept okazał się niezwykle intrygujący i wręcz błagał o rozwinięcie. Tak też się stało – John Wick 2 to przykład filmu, który jest świadomy zalet swojego pierwowzoru i daje swoim widzom jeszcze więcej tego co pokochali wcześniej.

Formalnie jest to znany już widzom Dolan, który bawi się kamerą, montażem i muzyką – wystarczy przywołać scenę retrospekcji z dzieciństwa głównego bohatera, którą oglądamy przy akompaniamencie wakacyjnego hitu „Dragostea Din Tei” grupy Ozone. Fabuła z kolei niepokojąco przypomina Toma: protagonista przyjeżdża na prowincję do obcej mu rodziny (w przypadku To tylko koniec świata jest to co prawda rodzina własna, ale w równym stopniu obca) i zostaje uwikłany w panujące pomiędzy jej członkami skomplikowane relacje.

Niektóre filmy są znane z samego faktu, że powstały. Tak jest w przypadku niemieckiego Anders als die Andern („Inaczej niż inni”, 1919), który powszechnie uznaje się za pierwszy film otwarcie poruszający temat homoseksualizmu. Co więcej – przedstawia on homoseksualnych bohaterów w pozytywnym świetle oraz potępia obowiązujący w ówczesnych Niemczech zakaz stosunków seksualnych między mężczyznami (paragraf 175 niemieckiego kodeksu karnego). Jeśli weźmiemy pod uwagę rok produkcji – nie zdziwi nas fakt, że premiera Anders als die Andern wywołała skandal i gwałtowną debatę publiczną.

Oglądanie polskich filmów jest normą dla większości krajowych kinomanów, bo żyjemy w Polsce. Było i dla mnie, jednak od czterech lat śledzę to ze szczególną uwagą i większość udaje mi się widzieć na bieżąco. Zrealizowano wiele świetnych filmów, jednak żaden nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak Sztuka kochania. Niełatwo zebrać i uporządkować wrażenia, bo jest ich wiele, ale spróbujmy.

Inline
Inline