Skłonność do przemocy, bezmyślność i arogancja. Choćbyśmy, jako istoty ludzkie, starali się postępować w sposób jak najbardziej szlachetny, prawdopodobnie nie będziemy w stanie całkowicie wyzbyć się tych cech naszej natury. Nawet jeśli słabym echem, to wciąż podświadomie, będą one pobrzmiewać w niektórych działaniach.

Ciężko jest pisać o Mistrzu, szczególnie, że już nieobecnym, niepochlebnie. Nie da się jednak pisać pochlebnie, gdy z ekranu wylewa się scenariuszowa nieporadność i przedszkolna deklamacja aktorów. Wreszcie – nie sposób pisać niepersonalnie. Postać Andrzeja Wajdy, niczym tytułowe powidoki, zostaje z nami po filmie i negatywem zasłania rzeczywistość.

Teoretycy kina najwięcej uwagi poświęcają produkcjom, które bezpośrednio są powiązane z gatunkiem baśni, tzn. są adaptacjami literackich utworów baśniowych, filmami animowanymi czy też aktorskimi produkcjami kierowanymi do widza dziecięcego. Tymczasem wyróżnić można sporą grupę filmów współczesnych, które korzystając z baśniowych wzorców czy też bezpośrednio je powielając, przetransformuują je na grunt kina niedziecięcego. Do tego grona zaliczają się tzw. bajki dla dorosłych, które w swojej strukturze i znaczeniach zawierają cechy baśni, jak znaczna część komedii romantycznych, np. Pretty woman czy Notting Hill, które powielają mit Kopciuszka nosząc w sobie znamiona niewiarygodności psychologicznej i społecznej, występują w nich współczesne księżniczki i książęta, a wszystko układa się zgodnie z życzeniową projekcją i kończy happy endem.

Przekonywającego filmu o pierwszych zauroczeniach, miłościach i buntach bez seksu według mnie zrobić się nie da. Seks to wolność, brak ograniczeń, czysta radość i moment, podczas którego nic poza tym nie istnieje. Dla jednych to nagły zryw namiętności i potrzeba chwilowego szczęścia, dla innych stosunek jest jak wielogodzinne czytanie poezji. W różnych dziełach filmowych zobaczymy odmienne metody obrazowania owego aktu. Nie sztuką jest pokazać dwie nagie masy kopulujące ze sobą, w celu podwyższenia progów oglądalności filmu – od tego jest pornografia. Seks oglądany na wielkim ekranie może być krępujący, dlatego zawsze warto docenić perły takie jak te, które opiszę: pełne namiętności, emocji i chemii; nie czyniące z człowieka zwierzęcia.

Czy zdarzyło Wam się kiedyś pomyśleć: „Mam ochotę obejrzeć krwawy western o kowbojach tropiących plemię zdegenerowanych kanibali!”? Mi też nie. S. Craig Zahler udowodnił jednak, że tak niecodzienne połączenie konwencji westernu i horroru jest dokładnie tym czego potrzebują oba gatunki. W ten sposób otrzymaliśmy film zaskakująco świeży i nieprzewidywalny. Nie jest to rozrywka dla każdego – wrażliwszych widzów odrzuci wstrząsająca brutalność niektórych scen, a fani slasherów rozczaruje wolne tempo akcji. Bo choć Bone Tomahawk nie boi się pokazać człowieka rozdzieranego na dwie części, to najwięcej czasu poświęca na nakreślenie charakterów postaci i relacji pomiędzy nimi.

Na pokładzie statku wypełnionego przyszłymi kolonizatorami nowego świata z hibernacyjnego snu wybudza się mężczyzna. Przebudzenie nastąpiło przedwcześnie; ze 120 lat podróży zostało jeszcze 90. Nie ma możliwości ponownego zahibernowania, wezwania pomocy ani zawrócenia statku. Jedyną perspektywą pozostaje samotne przeżycie swojego życia wokół tysięcy śpiących osób. Czy aby na pewno?

Romans S-F z elementami dreszczowca, w świetnej scenerii i z doskonałymi efektami specjalnymi. Zacznę od warstwy S-F.

Sztuczna inteligencja jest tu traktowana z ogromną rezerwą. Maszyny są piękne, ale głupie. Barman, ze wszystkimi swoimi urokami, jest niczym więcej niż tępą i rozczarowującą sumą powierzchownych cech wszystkich barmanów świata, ze wskazaniem na świat dekadencki. Uczy się, ale nie myśli. Wpływa na uczucia, ale nie czuje. Podobnie jest z wirtualnymi postaciami udającymi doradców. Najpierw zaskakują elastycznością (potrafią słuchać i zwracają się do człowieka mniej oficjalnie na jego prośbę), jednak po chwili zaczynają sztywnieć i nie potrafią niczego, czego w nich nie wdrukowano. Sprawa okazuje się jednak szersza. Cały ten pojazd również tego nie potrafi. Jest niewiarygodnie skomplikowany i „inteligentny”, problem polega na tym, że jest głupi jak but. Zepsuł się i jeśli człowiek go nie naprawi, to się wykończy zgodnie z procedurami awaryjnymi. Jest to więc kolejny akt niewiary w sztuczną inteligencję, która byłaby zdolna do czegokolwiek więcej niż mechaniczne odtworzenie ludzkich działań – bez śladu własnej inwencji maszyny. I jest to, jak się wydaje, optymistyczna warstwa filmu.

Na czym polegał problem Przebudzenia Mocy pisałem już i zdania nie zmieniłem. Z pewną obawą czekałem więc na Łotra i wyszedłem z kina miło zaskoczony. Może dlatego, że spodziewałem się gniota i na pewno nie jest to gniot, a może dlatego, że film rzeczywiście jest niezły.

Twórcy odwołują się do sentymentów. Nie robią tego jednak na siłę. Postacie znane z dawnych części Gwiezdnych wojen pojawiają się zaledwie na kilka sekund. Chcemy tych postaci i dostajemy je, ale nie ma tu wyzyskiwania ckliwych reminiscencji. Gra z widzem jest prowadzona znacznie subtelniej i sensowniej niż w Przebudzeniu Mocy.

Od kilku lat kino rumuńskie cieszy się dużym uznaniem wśród międzynarodowej publiczności. Kiedyś utożsamiane z amatorstwem, dziś triumfuje na prestiżowych festiwalach. Wspólne tendencje formalne i konsekwentna kontestacja społecznej rzeczywistości sprawiły, że na gruncie krytyki filmowej, przyjęło się określenie rumuńskiej nowej fali. Z jej początkiem wiąże się zdobycie Złotej Palmy w Cannes w 2007 roku przez nikomu nieznanego Cristiana Mungiu za dramat 4 miesiące, 3 tygodnie i dwa dni. Jego ostatni film, również doceniony na festiwalu (tegoroczna Złota Palma za reżyserię), Egzamin, to kolejna próba skonfrontowania się z niesprzyjającymi realiami własnego kraju.

Inline
Inline