Współczesne kino islandzkie często reinterpretuje zutopizowane przez przemysł turystyczny wizerunki rodzimej wyspy. Jedną z wykorzystywanych do tego celu strategii fabularnych jest podkreślanie straszno-komicznego wizerunku prowincji oraz związane z tym zabiegiem przejaskrawianie ekscentrycznych zachowań jej mieszkańców, odgrywające tutaj rolę metafory odizolowania wyspy od reszty „cywilizowanego świata”. Przerysowaną wizję życia na wsi wykorzystuje także nakręcony w 2013 roku obraz „O koniach i ludziach” („Hross í oss”), który będzie można obejrzeć w czasie przeglądu kina islandzkiego na 15 Festiwalu Filmów Fabularnych w Darłowie.

Ten film otworzył mi oczy. Dzięki niemu zrozumiałem jak wielka stagnacja i zachowawczość ogarnęła kino akcji i szeroko rozumiane blockbustery. Czy ktoś dziś pomyślałby, że możliwe jest nakręcenie wysokobudżetowej produkcji z miłości do tematyki, a nie działając jedynie z pobudek finansowych? Że komputer nie musi być jedynym narzędziem wykorzystywanym przy tworzeniu spektakularnych scen pościgów? Że, zamiast metodycznie dawkować ugrzecznione atrakcje, można po prostu rzucić widza w sam środek szalonej orgii chaosu i zniszczenia? Na każde z tych pytań George Miller odpowie jednakowo: jak najbardziej. Tu nie ma taryfy ulgowej, ten film to niemal w całości wypełniona po brzegi eksplozjami, brudem i obłędem jatka. To widowisko, tak angażujące, że czujemy się bardziej jego uczestnikami niż zwyczajnymi obserwatorami. Piach zgrzytający między zębami, ryk silników rozdzierający bębenki słuchowe, krew bryzgająca na twarz – nie powiecie chyba, że to nie brzmi interesująco.

Ostatnie kilka lat w kinematografii można określić złotą erą ekranizacji komiksów. Świat pokochał superbohaterów i ich perypetie jak nigdy dotąd. To zjawisko jest w głównej mierze zasługą Marvela, który, pod skrzydłami Disneya, regularnie karmi nas kolejnymi obrazami składającymi się na rozbudowane uniwersum. Można ubolewać nad tym, że artyzm zastąpiła prosta rozrywka i finansowa kalkulacja, ale byłoby to niesprawiedliwe wobec tych komiksowych blockbusterów. Nie sposób zaprzeczyć, że są skierowane do każdego i polegają na czystej akcji oraz nieskomplikowanych motywach fabularnych. Są jednak przy tym kapitalnie obsadzone i zagrane, wzorowo zrealizowane technicznie i bezpretensjonalnie zabawne. W moich oczach to ostatnie jest najważniejszą częścią sukcesu – zamiast nadęcia i nadmiaru patosu mamy poczucie humoru i luz, które ratują te filmy przed popadaniem w śmieszność. Nie inaczej jest z najnowszym hitem Jossa Whedona, czyli kontynuacją Avengers i oficjalnym zamknięciem drugiej fazy filmowego uniwersum Marvela.

Zarówno dzieła filmowe Béli Tarra, jak i spektakle Krystiana Lupy wyrastają z żywiołu wizualności. Język audiowizualny dotyczy oczywiście najpierw samego medium – jest immanentny dla obrazów filmowych Tarra i często wykorzystywany w postaci technik filmowych w spektaklach Lupy (stosowanie zbliżeń poprzez światła punktowe, wykorzystywanie kilku planów za pomocą głębi ostrości równolegle percypowanych przez widza czy – w warstwie audialnej – rejestrowanie i odtwarzanie na scenie dźwięków świata pozascenicznego). Według mnie w obu tych autorskich fenomenach idzie jednak o zdecydowanie głębsze niż tylko estetyczne funkcjonowanie wymiaru wizualnego. Wydaje się, że ich właściwe doświadczenie jest możliwe dopiero dzięki aktom uważnego, czystego (w)patrzenia (kontemplacji) w miejsce potocznej percepcji opartej na projekcji-identyfikacji bądź zdystansowanej, racjonalnej refleksji krytycznej. W niniejszym tekście będzie mnie interesował właśnie ten najgłębszy, poznawczy wymiar nad-widzenia (i nad-słuchu), w obrębie którego wyraźnie ujawni się moc i znaczeniowy potencjał zwrotu ikonicznego. Podejmuję zatem próbę rozpoznania strategii estetycznych obu reżyserów jako audiowizualnych strategii poznawczych wykorzystujących negatywną metodę dekonstrukcji w celu eksploracji Niemożliwego1. Można zaryzykować stwierdzenie, że specyfika audiowizualności jest najdogodniejszą przestrzenią dla przejawiania się mistyki negatywnej2.

Z rodziną Liama Neesona się nie zadziera. W większości przypadków kończy się to brutalną śmiercią, więc naprawdę nie warto. Wydaje się, że do tej pory ludzie powinni przyswoić tę prawdę. Nocny pościg pokazuje jednak, że niektórzy wciąż naiwnie przeceniają swoje siły w starciu z niemłodym już przecież Irlandczykiem. Jeśli wierzyć słowom aktora, to jedna z ostatnich lekcji, której udzieli bandziorom przed powrotem do spokojniejszego kina. Jego udział w filmie również nie jest przypadkowy, z reżyserem (Jaurne Collet-Serra) miał okazję pracować już dwukrotnie. Czy warto obejrzeć ich najnowszą produkcję? Tak. Fanów Neesona zachęcać nie muszę, a i reszta powinna dać jej szansę. Jeśli nie reagujecie alergią na (niegłupie) kino akcji, to powinniście być zadowoleni.

Inline
Inline