Chęć pogodzenia filmu rysunkowego dla dzieci z socrealistyczną doktryną i misją wychowawczą można przyrównać do próby zapalenia mokrej zapałki w deszczu. Ale budowniczych komunizmu tak błahe przeszkody nie były w stanie zniechęcić…

W listopadzie 1949 roku, w trakcie słynnego Zjazdu w Wiśle, środowisko filmowe oficjalnie proklamowało realizm socjalistyczny, manifestując posłuszeństwo wobec władzy. Socrealizm nie był wówczas – jak się czasem uważa – nurtem ani kierunkiem artystycznym, ale jedyną obowiązującą doktryną, której mieli podlegać wszyscy twórcy: od architektów, plastyków i pisarzy, przez ludzi teatru i kina, po satyryków i kompozytorów. Ponieważ po roku 1945 powstały w Polsce pierwsze filmy rysunkowe i lalkowe, socrealistycznej „metodzie” podporządkowano rodzącą się dopiero sztukę animacji. Można powiedzieć więcej: socrealizm pozwolił kinu animowanemu podjąć nowe wyzwania, w paradoksalny sposób przyczyniając się do rozwoju tej dyscypliny artystycznej. Narodziny polskiej animacji po II wojnie światowej odbywały się zatem w okresie „błędów i wypaczeń”, co nie pozostało bez wpływu na jej dalsze losy.

Zazwyczaj dość długo zastanawiam się nad wstępem do swojego tekstu. Tym razem nie sprawiło mi to najmniejszego problemu. Pozwólcie, że opiszę Wam koniec seansu „Ex Machina”. Ostatnie ujęcie, pojawiają się napisy końcowe. Niektórzy zaczęli gorączkową ewakuację z sali, by powrócić do rzeczywistości. Ja siedziałem w bezruchu, kompletnie oszołomiony ostatnimi dwiema godzinami swojego życia. Tak, ten film jest tak dobry. Nie trzeba być miłośnikiem science-fiction, by to docenić. Choć nie ukrywam, że to fani gatunku będą najbardziej zadowoleni. Zwłaszcza, jeśli oczekują czegoś kameralnego i bliższego klasyce w wydźwięku i środkach przekazu. To przyjemny powiew świeżości po głośnych i efekciarskich produkcjach, które są znacznie bardziej zainteresowane fikcją niż nauką.

Ale po kolei – to ma być recenzja, nie festiwal mojej egzaltacji. Alex Garland do tej pory zaprezentował się publiczności przede wszystkim scenariuszami do 28 dni później oraz W stronę słońca. Nie zamierzam wdawać się w dyskusję na temat ogólnego poziomu obu filmów, ale niezaprzeczalne jest, że atmosfera wykreowana w obu produkcjach zasługuje na najwyższe uznanie. I choć składa się na nią wiele elementów, to chyba możemy się zgodzić, że bez nietuzinkowego scenariusza reżyser, Danny Boyle nie mógłby popisać się swoim kunsztem. Tym razem jednak to właśnie Garland zajął to zaszczytne miejsce. I do tej chwili zdumiewa mnie fakt, że to jego debiut.

Gdyby w 2001 roku ktoś powiedział Wam, że film sensacyjny, oparty na artykule prasowym, opowiadający o szajce kierowców-złodziei doczeka się aż sześciu kontynuacji i będzie królem światowego box-office’u, to nie popukalibyście się w czoło ? A jednak. Po tragicznej śmierci Paula Walkera skończenie filmu stało pod znakiem zapytania, ale w końcu, z rocznym opóźnieniem do kin wchodzi najnowsza (miejmy nadzieję, że nie ostatnia) odsłona samochodowej sagi.

 

Na lipiec tego roku studio Asylum zaplanowało premierę trzeciej części swojego hitu Rekinado, a dwa tygodnie temu podany został także podtytuł i tak pełna angielska nazwa brzmi: Sharknado 3: Oh Hell No! Fani już zacierają ręce i, chociaż na planie filmu jeszcze w marcu odbywał się strajk, studio zdaje się być przekonane, że premiera odbędzie się bez przeszkód.

Dystrykt 9  Neila Blomkapa uważam za niekwestionowane dzieło gatunku – jestem gotów bronić jego dobrego imienia w pojedynku na śmierć i życie. Fantastyczny pomysł umieszczenia Obcych w południowoafrykańskim getcie, kapitalna oprawa audiowizualna, świeże podejście do gatunku i dosadny obraz ludzkiej ksenofobii – wszystko zagrało tu wzorowo.  Elizjum to już inna para kaloszy, kino zdecydowanie uboższe merytorycznie –  widowiskowe i schematyczne. Mimo tego przykuwa uwagę wspaniałą stroną techniczną i dobrze budowanym napięciem. Jednak na najnowszy film Blomkapa, pamiętając głosy krytyki, wybrałem się bez większych oczekiwań. Pomyślałem, że może tym razem reżyserowi kompletnie nie wyszło. Kiedy dwie godziny później wyszedłem z kina, byłem zły – nie na twórców, a na krytyków. Czy Chappie to film wybitny? Absolutnie nie. Ale z pewnością nie zasługuje na tak nieprzychylne oceny.

Jest wiele rzeczy, które składają się na udany filmowy festiwal, bez dobrego repertuaru jednak ani rusz. Tegoroczna, odbywająca się w miniony weekend, 2. edycja Gdańskiego Przeglądu Filmów o Tematyce Żydowskiej zaserwowała nam repertuar, który choć tak różnorodny okazał się być jednak spójny. Oscylujący wokół refleksji, czym dla nas jest żydowska spuścizna teraz, jaki stanowi punkt odniesienia? Zadaje też ważne pytanie o to, co daje nam pamięć o Zagładzie i czy w ogóle pamiętamy? Nie są to łatwe do rozstrzygnięcia kwestie i nie ma na nie prostych odpowiedzi. Każdy z twórców, których dzieła były wyświetlane na festiwalu, stara się znaleźć swoje , dzięki czemu festiwal to barwna i wielowątkowa, filmowa mozaika, dodajmy – wielce udana.

1. Coś negatywnie numinotyczne

Raoul Duke otrzymuje propozycję, by napisać reportaż o wyścigu motocykli (który odbywa się w Las Vegas) i wyrusza w drogę. Kiedy opuszcza lokal, w którym siedział ze swoim przyjacielem i wsiada do samochodu, za jego plecami pojawia się anioł z mieczem ognistym – wyrazisty symbol wygnania z raju i wkroczenia w ziemski, grzeszny świat. Choć postać anioła jednoznacznie symbolizuje strażnika Edenu, stojącego na granicy pomiędzy przestrzenią świętą i grzeszną, to jednak w filmie Terry’ego Gilliama, w którym pojawia się ta scena i ta postać, jawi się ona jako symbol niejednoznaczny i budzący niejaką konfuzję. Każe bowiem, w podróży bohaterów do Las Vegas dostrzec symboliczną wędrówkę po świecie ziemskim, grzesznym i rzeczywistym. Tym świecie, w którym wszyscy żyjemy. Sugeruje też istnienie w filmie opozycyjnego podziału na sacrum i profanum. Podpowiada, że powinniśmy poszukiwać w nim wątków metafizycznych. Nie jest to jedyna podpowiedź, kierująca naszą uwagę w tę stronę. Taką samą podpowiedzią był już tytuł filmu: Fear and Loathing in Las Vegas.

Inline
Inline