Kadr z filmu Ziarno Prawdy

Polskie kino kryminalne [artykuł] Coraz lepsze filmy?

W ostatnich latach to właśnie kryminał, zaraz obok komedii romantycznej, stał się gatunkiem po który polscy filmowcy sięgają najchętniej. Makabryczne trupy, splamieni krwią mordercy i śledczy z uporem próbujący rozwikłać zagadkę – to idealny zestaw, aby zapewnić widzom nie lada rozrywkę. Polscy scenarzyści prześcigają się w wymyślaniu oryginalnych zbrodni i inscenizowaniu mrocznych miejsc zdarzeń. Tajemnicze samobójstwo, skok z kościelnej wieży, rytualny ubój czy brawurowy cios rożnem w oko – ile morderstw, tylu detektywów i jeszcze więcej poszlak, podejrzanych i pomysłów na ogranie konwencji. Dlaczego więc obiegowa opinia głosi, że polskie kino gatunkowe wciąż ma się słabo?

Moda z północy

Kadr z filmu MilleniumOd paru lat globalna popularność historii kryminalnych niezmiennie wzrasta. Zarówno na rynku wydawniczym, jak i w branży kinowej zajmują one czołowe miejsca. Skąd się bierze popyt na opowieści z trupem w tle? Związane jest to nieodzownie ze zmianą postrzegania tego gatunku. Kryminał to już nie „czytadło”, mało ambitna rozrywka dla „odmóżdżenia” czy wypełniacz czasu podczas podróży. Trylogia Millennium Stiega Larssona wywołała absolutne szaleństwo na światowym rynku literackim.

W ślad za szwedzkim pisarzem poszli inni, sprawiając, że kryminał skandynawski stał się poszczególni nobilitowaną odmianą gatunku i swoją popularnością przewyższył amerykańskie i angielskie powieści detektywistyczne. Największym atutem tych książek jest możliwość odczytywania ich na wielu płaszczyznach: jako powieści pełne mrocznych tajemnic, wielowątkowe świadectwa współczesności, opisujące prawdziwe – często polityczne zdarzenia – i doskonałe thrillery psychologiczne. Jak podkreślają sami twórcy, aby kryminały były popularne potrzeba stabilności i demokratycznego społeczeństwa, żyjącego w pokoju i dobrobycie. Tendencja do czytania kryminałów w szwedzkich czy norweskich społeczeństwach jest efektem kontrastu dla realiów panujących w tych krajach. Jednak ma to swoje drugie dno – poprzez kryminalną konwencję obnaża się fasadę pozornie egalitarnych społeczeństw skandynawskich, gdzie skrywa się nietolerancja, rasizm, przemoc, nadużywanie władzy, buzująca agresja i władza przywileju.

Zatraceni w demokracji

O popularności polskich kryminałów bardziej niż północna moda przesądza czynnik ustrojowy. W kinematografii PRL-u zagadek kryminalnych było niewiele, co wynikało z tego, że w ustroju totalitarnym największym wrogiem było państwo. Strach towarzyszył ludziom na co dzień. Dziś, gdy demokracja rozpanoszyła się na dobre, chętne sięganie po kryminały może być symptomem kompensacji braku społecznego lęku i strachu.

Struktura śledztwa, dochodzenia do prawdy służy nie tylko zabawie w rozwiązanie logicznej łamigłówki, ale symuluje poznanie rzeczywistości, zaspokaja potrzebę przywrócenia porządku i sprawiedliwości. Dzięki temu otrzymujemy złudzenie, że otaczający nas świat jest racjonalny i można go porządkować za pomocą logicznych mechanizmów. W rezultacie otrzymujemy idealny obrazek – nie musimy się niczego obawiać, bo nawet jeśli zdarza się zło to dzielni śledczy stoją na straży praworządności i żadna zbrodnia nie ujdzie nikomu płazem. Zbrodnia, jako radykalne odstępstwo od normy, wywołuje w widzach niepokój, jest makabrycznym symbolem lęków, które nie wypływają na powierzchnię w pozornie pozbawionej zagrożeń rzeczywistości. Filmy kryminalne odwołują się do tego, co w nas ukryte: strachu, mitów, fobii i stereotypów. Łatwy do zidentyfikowania wróg w realiach totalitarnego państwa, ustępuje miejsca niepewności. Zbiorowe lęki rozpraszają się i potęgują.

Kadr z filmu Ziarno Prawdy

Transfer z literatury

Nobilitacja literackiego kryminału widoczna jest także na polskim rynku – pojawia się coraz więcej coraz lepszych powieści, a w gronie pisarzy zyskujących uznanie czytelników i krytyków, pojawia się coraz więcej autorów kryminałów. Są wśród nich m.in. Zygmunt Miłoszewski, Marek Krajewski i Katarzyna Bonda. Rodzime realia stanowią niewątpliwy atut dla tegoż gatunku, sprawiają, że zbrodnia jawi się jako straszniejsza, bo bliższa i godząca we własne lęki.

Wzrost popularności literackich kryminałów znajduje odbicie w kinie. Powieści dostarczają świetnego materiału na scenariusze i twórcy filmowi to wykorzystują. Na podstawie bestsellerowej trylogii wspomnianego Zygmunta Miłoszewskiego powstały jedne z lepszych polskich filmów kryminalnych. W Uwikłaniu (2011) Jacka Bromskiego pojawiają się dwa trupy, które demaskują ciągłość władzy i związki między przeszłością a teraźniejszością. Współwinni wielu zabójstw rządzący nie plamią sobie rąk krwią. I choć to zawiedziona miłość jest powodem wbicia w oko rożna to film portretuje przede wszystkim tych, którzy dopuścili do tego, że dawni polityczni mordercy mogą nadal bezkarnie prowadzić szemrane interesy. Śledztwo prowadzone przez prokurator Szacką nie tyle wskazuje mordercę, co demaskuje polityczno-ekonomiczne układy. Daleko jednak temu filmowi do światowego poziomu. Choć literackie Uwikłanie miało wiele znamion dobrego kryminału, m.in. sprawnie zarysowaną intrygę, sympatycznego bohatera i ciekawe tło społeczne to Jacek Bromski zamiast podejść z szacunkiem do pierwowzoru postanowił wymienić bohaterów, poprzestawiać fabularne klocki i „ubarwić” dialogi licznymi przekleństwami, co nie wyszło filmowi na dobre.

Znacznie lepsza jest drugą adaptacja powieści Miłoszewskiego, czyli Ziarno prawdy (2015) Borysa Lankosza. Widać, że ten reżyser odrobił lekcję z kryminału. Nie dość, że obejrzał Dziewczynę z tatuuażem i parę innych, współczesnych kryminałów, to jeszcze ma świadomość, że zagadkowa zbrodnia jest w tym gatunku równie ważna, co sugestywne tło społeczne. Bohatera – dawnego asa warszawskiej prokuratury, dziś przebywającego na „zesłaniu” w Sandomierzu – niełatwo jest polubić. Aroganckiego, traktującego ludzi na dystans Szackiego, bardziej niż chęć wymierzenia sprawiedliwości, motywuje zaspokojenie własnej ambicji, udowodnienie, kto jest prawdziwym samcem alfa. Kryminał przy okazji sensacyjnej intrygi dokonuje diagnozy otaczającej rzeczywistości. Sandomierz to ziarno prawdy o całej Polsce: zaścianek pogrążony we wspominaniu dawnej świetności, zamieszkały przez frustratów, miejsce, gdzie dawne sentymenty, kompleksy i fobie wypływają na czele z wiecznie żywym antysemityzmem. W takim otoczeniu niezwykle łatwo rozpala się spirala fałszywych podejrzeń.

Kadr z filmu Sługi BożeWytyczanie głównej drogi

Przyjmując bardzo szerokie pojęcie kryminału, zaliczyć należałoby do tego gatunku wszystkie sensacyjne fabuły oparte na śledztwie, w którym bohaterowie pokonując różne przeszkody, dochodzą do prawdy. Wśród takich historii są te, gdzie śledztwo prowadzi przedstawiciel prawa. Do nich zaliczyć można takie filmy jak: wspomniane Uwikłanie i Ziarno prawdy, a także Sępa, Jezioraka, Sługi boże, Fotografa czy Amok.

Widać wyraźnie, że Eugeniusz Korin przy tworzeniu Sępa (2012) inspirował się kinem Christophera Nolana. Ściganie się z Hollywood na jego zasadach uwidoczniło tylko kompleks polskiego kina gatunkowego. Brak artystycznej wizji, realizacyjne niedociągnięcia, a przede wszystkim całe mnóstwo klisz bije z każdej sceny tego filmu. Grany przez Michała Żebrowskiego „Sęp” to policjant o niekonwencjonalnym podejściu, który ściga przestępców zapisując na tablicy absurdalne wzory, zagadki rozwikłuje podczas rozmów z kotem, a w wolnych chwilach boksuje się z workami cementu i opędza od czyhających na niego kobiet. Do tego dochodzi cała galeria stereotypowych czarnych charakterów, dramatyczne monologi o złu i komiczne montażowe konstrukcje. To wszystko sprawia, że całość po prostu się nie klei.

Michał Otłowski, również zainspirowany najlepszymi gatunkowymi schematami, nie popełnił błędu Korina i zadbał o to, aby przenieść zachodnie wzorce na rodzime podwórko. Trupa młodej dziewczyny umieścił w posępnym klimacie rodzimej prowincji, śledztwo powierzył niedobranej parze policjantów i na tym fundamencie zbudował solidna intrygę Jezioraka (2014).

Kadr z filmu Jeziorak

Odwrotnie rzecz ma się z Fotografem (2014) Waldemara Krzystka. Tu z kolei reżyser podszedł do tematu bardzo ambitnie i oprócz intrygi kryminalnej, posilił się na próbę podsumowania relacji polsko-rosyjskich. Stopniowe rozwiązywanie tajemnicy psychopaty pląta się z animozjami pomiędzy narodami. Wyzwanie opowiedzenia o korzeniach zła, jak i fabularne skomplikowanie akcji przy jednoczesnych narracyjnych skrótach myślowych i licznych retrospekcjach sprawiają, że kuleje rozrywkowa warstwa filmu.

Głównym bohaterem Amoku (2017) jest Jacek Sokolski – policjant śledczy, który próbuje rozwiązać sprawę zabójstwa sprzed kilku lat. Przełom w śledztwie przynosi anonimowy donos, zwracający uwagę na książkę, w której opisano bliźniaczo podobną zbrodnię. Autor powieści – młody pisarz Krystian Bala – chętnie podejmuje się współpracy ze śledczymi. Chce tylko jednego – sławy i chwały. Fabuła skupiona jest wokół psychologicznego pojedynku pomiędzy śledczym, przekonanym o winie pisarza, a wodzącym go za nos chłopakiem. Film opiera się na autentycznych zdarzenia, które miały miejsce we Wrocławiu dekadę temu. Reżyserka, Kasia Adamik wzorowo odrobiła lekcję ze skandynawskiego kryminału – każdy kadr skąpany jest w mroku, postać śledczego jest niejednoznaczna, a całość podparta filozoficzno-moralistycznym fundamentem. Niestety, jest to wierna imitacja gatunkowych wzorców. Brak dystansu, gry z utartym schematem czy manipulacji narracją wprawdzie czynią z Amoku poprawny kryminał, ale zaprzepaszczają potencjał ukryty w temacie. Niezwykłość tej historii opiera się na wciąż nierozwiązanej zagadce i spleceniu fikcji fabularnej z autentycznym morderstwem. Twórcy nie ujrzeli w tym filmowego potencjału – nie ma oscylowania między zmyślonym a realnym. Kolejnym słabym punktem są bohaterowie, którym brak niejednoznacznych rysów. Tajemnica czająca się zarówno w postaci pisarza, jak i śledczego została zaprzepaszczona przez posłużenie się kliszami. Komplet środków potrzebnych do stworzenia sprawnego kryminału – odpowiedni klimat, zagadka, odwołanie do autentycznej historii, refleksja nad kondycją ludzkich sumień – okazuje się niewystarczający.

Mutacje gatunkowe

Poza wyznaczony przez wyżej omówione filmy schemat wychodzi Pokłosie (2012) i Smoleńsk (2016). Filmy te opierają się na śledztwie, które ma odsłonić prawdę, jednak niekoniecznie są związane z kryminalną zagadką. W Pokłosiu Władysława Pasikowskiego główny bohater wraca ze Stanów do Polski, aby odkryć uwikłanie swojej rodziny w mord na żydowskich sąsiadach. Z kolei w Smoleńsku Antoniego Krauzego główną bohaterką jest dziennikarka telewizyjna, która próbuje wyjaśnić okoliczności katastrofy z 10 kwietnia 2010 roku. Z ciekawie pojmowaną figurą śledztwa mamy do czynienia też w Drogówce (2013) Wojciecha Smarzowskiego. Lubującemu się w makabrycznych historiach reżyserowi, nie chodzi o oddanie sprawiedliwości, ukazanie prawdy i ukaranie winnych, lecz o sportretowanie moralnie przegniłego świata. Dla sierżanta Ryszarda (Bartłomiej Topa) prawda jest jedynie kartą przetargową w grze, w której ocalić może jedynie siebie i swoją rodzinę.

Kadr z filmu Drogówka

Antykryminały

Dwa filmy o seryjnych mordercach z PRL-u – Czerwony pająk (2015) i Jestem mordercą (2016) – wyróżnia to, że już na samym początku dowiadujemy się „kto zabił”, stąd zasługują na miano antykryminałów, gdyż to nie rozwiązywanie zagadki organizuje strukturę opowiadania. W obu przypadkach prowadzone przez Milicję Obywatelską śledztwo nie odkrywa prawdy, tylko ją fabrykuje. Wskazanie winnego ma uspokoić społeczne nastroje, zaspokoić żądania przełożonych oraz przynieść śledczym szybki awans. Debiut fabularny Koszałki poświęcony jest refleksji nad namiętnością zbrodni. To beznamiętny portret zła w artystycznej oprawie. Z kolei osią akcji Jestem mordercą szybko stają się psychologiczne i moralne rozterki podrzędnego funkcjonariusza Janusza Jasińskiego (Mirosław Haniszewski), który zostaje mianowany szefem grupy dochodzeniowej mającej schwytać Wampira z Zagłębia. Początkowo czyste intencje policjanta uginają się pod pokusą zdobycia zawodowego i społecznego awansu.

Kadr z filmu UwikłanieMęskim okiem

Zarówno klasyczny polski kryminał, jak i jego hybrydy, pozostają zdecydowanie męskim kinem. Dostarczają rozrywki kobietom, ale nie ulega wątpliwości, że są adresowane do męskiego widza i z męskimi bohaterami. To mężczyźni grają główne skrzypce – prowadzą śledztwo, pokonują liczne przeciwności, odkrywają prawdę i przywracają światu sprawiedliwość. Kobiety, które wystepują w tych światach są najczęściej obiektami ich erotycznych i romantycznych fascynacji: Natasza (Anna Przybylska) w Sępie czy Klara (Aleksandra Hamkało) w Ziarnie prawdy. Zwykle coś im grozi, lecz męskiemu bohaterowi udaje się przybyć z odsieczą. Schemat ten przełamują Sługi boże, gdzie głównemu bohaterowi – komisarzowi policji, przydzielona zostaje do pomocy niemiecka policjantka Ana (Julia Kijowska). Duet ten nie powiela jednak sukcesu partnerskiego układu Michaela Blomkvista i Lisbeth Salander – z serii Milennium, mimo że twórcy Sług bożych nadają Anie kilka cech, powierzchniowo nawiązujących do postaci skandynawskiej hakerki.

Wyraźniej w kontrze do męskiego sposobu opowiadania kryminału stoją Uwikłanie i Jeziorak. W pierwszym główną bohaterką jest krakowska prokurator, która odkrywa układ dawnych funkcjonariuszy służb specjalnych. W drugim – policjantka (Jowita Budnik) wraz z młodszym kolegą (Sebastian Fabijański) prowadzi śledztwo w małej, mazurskiej miejscowości. Ten duet z kolei wzorowany jest na amerykańskim serialu Detektywi. Funkcjonariuszka ubierana i czesana jest jak Sara Linden, detektyw z Seattle, także relacja między nią a młodszym kolegą przypomina tę serialową. Jednak zarówno w skuteczności rozwikływania kryminalnej intrygii, jak i w sposobie portretowania relacji między partnerami, Jeziorakowi daleko do amerykańskiego serialu.

Polskie kino kryminalne – dokąd zmierzamy?

Sprawnie poprowadzone śledztwo przez charyzmatycznego śledczego nie gwarantuje kryminałowi sukcesu. Równie ważne bowiem co kryminalna intryga jest dobrze zarysowane tło społeczne. Żeby kryminał przerażał musi dotykać tego, co naprawdę boli i przeraża społeczeństwo, gdyż przy okazji ujawniania pojedynczych zbrodni odsłania się mechanizmy władzy, ukryte układy i wyzysk. Słuch społeczny u polskich twórców jest nadal w fazie rozwoju. Choć kryminalne intrygi nie funkcjonują w oderwaniu od bieżących realiów społecznych to jednak tę część filmowego opowiadania twórcy traktują po macoszemu. Bazują na uproszczeniach, stereotypach i tautologiach. W Sługach bożych i Uwikłaniu mamy dawnych działaczy służb komunistycznych i ich wpływy w dzisiejszych czasach. W Jezioraku ukazano walczące ze sobą lokalne elity, a w Drogówce przestępcze układy wśród funkcjonariuszy policji. Smoleńsk to z kolei spiskowe teorie, wpływy Rosji, tajnych służb i posłusznych im mediów. Najgorzej rzecz ma się z Sępem, gdzie osiągnięto efekt komizmu – demoniczny lekarz, który porywa najgorszych przestępców po to, aby dostarczali organów do przeszczepów to temat bardziej na czarną komedię niż wciągający kryminał.

Kadr z filmu Jestem Mordercą

Zdarzają się jednak w tym gronie filmy, które dzięki starannej inscenizacji, sprytnie poprowadzonej akcji i umiejętnemu budowaniu nastroju wbijają widza w fotel, przerażając prawdziwością obserwacji. To Ziarno prawdy, Jestem mordercą i Czerwony pająk. W filmie Lankosza ukazano jak seria mordów w małej miejscowości wyzwala antysemickie fantazmaty. Magicznej i tajemniczej aury dodaje skupienie wokół katedry z przedstawiającym rytualny mord freskiem. Poza wszystkimi właściwymi kryminałowi przyjemnościami, Ziarno prawdy dostarcza też refleksji nad wzajemną historią Żydów i Polaków, budzi uśpione mroczne fantazje z tym związane, a co najważniejsze czyni to w ciekawy i świeży sposób, nie ograniczając się do stereotypów. Wielkim atutem Czerwonego pająka i Jestem mordercą jest pokazanie tego, czego z reguły w kryminałach nie ma – kulis pracy aparatu śledczego. Również strona wizualna tych filmów udowadnia, że dla dobra kryminału nie trzeba spychać tej strefy na drugi plan, a wysmakowane kadry czy troska o scenograficzne i kostiumowe detale nie odciąga od intrygi. Na tle tych filmów „klasyczne” polskie kryminały wyglądają jak telewizyjne telenowele (z Sępem na czele).

Jak widać, do budowy mocnego, sprawnie opowiedzianego polskiego kryminału droga jeszcze daleka. Braki warsztatowe, marginalizowanie roli kontekstu społecznego, brak charyzmatycznych bohaterów – szczególnie kobiecych – to największe grzechy polskiego kryminału. Ciekawszych zjawisk filmowych należy upatrywać na marginesach tego gatunku, a nawet w kontrze do niego. Nadzieją napawa także rosnąca liczba dobrych, polskich powieściowych kryminałów, które dostarczają ciekawych historii. Nie pozostaje nic innego jak życzyć twórcom sięgającym po ten gatunek odwagi i wiary w widza.

Magda Mielke

Share With:
Inline
Inline