Ex Machina – Czuję, więc jestem

Zazwyczaj dość długo zastanawiam się nad wstępem do swojego tekstu. Tym razem nie sprawiło mi to najmniejszego problemu. Pozwólcie, że opiszę Wam koniec seansu „Ex Machina”. Ostatnie ujęcie, pojawiają się napisy końcowe. Niektórzy zaczęli gorączkową ewakuację z sali, by powrócić do rzeczywistości. Ja siedziałem w bezruchu, kompletnie oszołomiony ostatnimi dwiema godzinami swojego życia. Tak, ten film jest tak dobry. Nie trzeba być miłośnikiem science-fiction, by to docenić. Choć nie ukrywam, że to fani gatunku będą najbardziej zadowoleni. Zwłaszcza, jeśli oczekują czegoś kameralnego i bliższego klasyce w wydźwięku i środkach przekazu. To przyjemny powiew świeżości po głośnych i efekciarskich produkcjach, które są znacznie bardziej zainteresowane fikcją niż nauką.

Ale po kolei – to ma być recenzja, nie festiwal mojej egzaltacji. Alex Garland do tej pory zaprezentował się publiczności przede wszystkim scenariuszami do 28 dni później oraz W stronę słońca. Nie zamierzam wdawać się w dyskusję na temat ogólnego poziomu obu filmów, ale niezaprzeczalne jest, że atmosfera wykreowana w obu produkcjach zasługuje na najwyższe uznanie. I choć składa się na nią wiele elementów, to chyba możemy się zgodzić, że bez nietuzinkowego scenariusza reżyser, Danny Boyle nie mógłby popisać się swoim kunsztem. Tym razem jednak to właśnie Garland zajął to zaszczytne miejsce. I do tej chwili zdumiewa mnie fakt, że to jego debiut.

Historia jego dzieła zaczyna się bez zbędnych wstępów czy sztucznego przedłużania. Młody programista w firmie będącej odpowiednikiem naszego Google wygrywa loterię zorganizowaną w biurze. Nagrodę trudno określić inaczej niż spełnienie marzeń. Jest nią tydzień w rezydencji właściciela firmy; tydzień poświęcony największemu eksperymentowi w dziejach ludzkości. Tego jednak dowiadujemy się później, gdyż cała sprawa początkowo osnuta jest aurą tajemniczości. Zaskoczył mnie fakt jak szybko ta otoczka została rozwiana. Po podróży śmigłowcem i krótkiej wędrówce przez dzicz protagonista dociera do rezydencji swojego chlebodawcy. Tam dowiaduje się, że eksperyment, w którym weźmie udział dotyczy przetestowania sztucznej inteligencji, której awatarem jest robot o niezwykle zmysłowych kształtach i urodzie. Przy czym konstrukcja fabuły przywiodła mi tu na myśl chińskie pudełka – otwierając je liczysz na odkrycie zawartości, a w rzeczywistości znajdujesz kolejne pudełko. I to jest chyba najzgrabniejszy sposób, by opisać przedstawioną historię nie psując przy tym ekscytacji związanej z jej odkrywaniem.

Ekscytacja to niezwykle trafne określenie w tym przypadku. A jest tak dzięki niewiarygodnie napiętej atmosferze, która została wykreowana w mistrzowski sposób. Przede wszystkim, muzyka. Widz jest nieustannie niepokojony elektroniczną, ambientową muzyką i ciężkimi, przenikającymi go do głębi basami. Intensywność dźwięków narasta w odpowiednich momentach, sprawnie potęgując poczucie klaustrofobii i zaszczucia. Kolejnym elementem tej hipnotyzującej  układanki są zdjęcia. Tu najistotniejszy jest kontrast między panoramami pięknych okoliczności natury i ujęciami sterylnego wnętrza rezydencji-pułapki. Interesująca jest też nieprzypadkowa walka zimnej bieli i mroku z ciepłymi, „ludzkimi” barwami.

Zamknięcie garstki bohaterów w jednym miejscu na czas trwania całego filmu, to koncept, który łatwo może okazać się niewypałem. Obserwowany przez nas konflikt angażuje tak bardzo nie tylko dzięki dopracowanemu scenariuszowi czy kwestiom technicznym, ale również dzięki świetnemu aktorstwu. Wcielający się w rolę protagonisty Domhnall Gleeson wypada niezwykle naturalnie i jest świetnym odbiciem widza. To niezwykle istotne, gdyż poczucie solidarności z nim przełożyło się, przynajmniej w moim przypadku, na kompletnie odmienny odbiór dzieła. Jeszcze większe wrażenie zrobił na mnie Oscar Isaac jako Stwórca pierwszej na świecie sztucznej inteligencji. Jego postać niepokoi już od pierwszych minut i to wcale nie za sprawą nieco nachalnie eksponowanego alkoholizmu. Ten człowiek to zagadka i idealny przykład na brak oczywistości w tym filmie. Największą tajemnicą okazuje się jednak jego twór. Powołana do życia przez Alicię Vikander Ava to istota niewinna i delikatna, a także w pełni zdająca sobie sprawę ze swojej seksualności. Zarówno główny bohater jak i widz zostaje wrzucony w sam środek konfliktu między tymi dwiema barwnymi postaciami. Nie mogę mówić za wszystkich, ale dla mnie jego finał okazał się zupełnie nieoczywisty, a przesłanki mylące.

Bardzo chciałbym móc rozpisać się na temat przesłania filmu, ale jest to niemożliwe bez rujnowania jego zwrotnych punktów. Fani science-fiction będą jednak usatysfakcjonowani sposobem podejścia do problematyki sztucznej inteligencji, istoty człowieczeństwa i przede wszystkim przenikania się tych zagadnień.  Dostrzegalne są również nawiązania do symboliki religijnej w imionach postaci, czy kwestie bardziej współczesne jak patriarchalizm. Mimo całej mojej sympatii dla Neila Blomkampa przyznaję, że dzieło Alexa Garlanda rozwija poruszaną tematykę bardziej błyskotliwie niż całkiem udany przecież „Chappie”. Obecne w tym drugim stylistyczne szaleństwo i audiowizualny przepych w „Ex Machina” zostają zastąpione subtelniejszymi, ale jednak bardziej skutecznymi środkami przekazu. O ile słodko-gorzkie przygody policyjnego robota  pozostawiły mnie z rozrzewnieniem, tak koniec konfliktu w odizolowanej rezydencji sprawił, że poczułem się głupio. I jest to jeden z głównych powodów, dla których tak bardzo cenię ten film. Kiedy będziecie czytać te słowa „Ex Machina” prawdopodobnie zniknie z ekranów kin. Zachęcam jednak do podjęcia wszelkiego trudu, by zapoznać się z tym dziełem. W najgorszym razie nauczycie się podchodzić z rezerwą do moich opinii. Wydaje mi się jednak, że większość z Was przynajmniej częściowo podzieli mój zachwyt.

Mikołaj Lewalski

Share With:
Inline
Inline