Nowy Świat – mogło być lepiej

Żanna (Olga Kavalay-Aksenova) prowadzi spokojne życie. Pracuje, studiuje, wychowuje córkę, spotyka się z Jankiem, chce założyć z nim rodzinę. Wszystko wskazuje na to, że jest dobrze zaaklimatyzowaną imigrantką zza wschodniej granicy. Jednak sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana – na Białorusi zostawiła swojego byłego męża, ojca jej córki, który zostaje aresztowany przez tamtejszą bezpiekę. Powracają do niej demony przeszłości.

Azzam (Hassan Akkouch) pracował jako tłumacz dla polskiej armii w Afganistanie. W ojczyźnie okrzyknięty zdrajcą, został ewakuowany do Polski. Pozornie wszystko układa się dobrze – ma pracę, przyjaciół, podoba się kobietom. Jednak na drodze do szczęścia staje mu trauma z przeszłości oraz nowe wyzwania w obcej kulturze.

Wera (Karina Minaeva) jest transseksualna. Uciekła z Ukrainy, zostawiając za sobą swoją partnerkę i syna, aby rozpocząć nowe życie w Polsce. Pracuje w teatrze, bierze zastrzyki hormonalne i w niedalekiej przyszłości wyjeżdża poddać się operacji całkowitej zmiany płci. Ten spokój zakłóca wizyta jej ojca wraz z Borysem – jej synem. Przed Werą stoi niełatwa decyzja – czy kontynuować proces zmiany płci, czy zaopiekować się dzieckiem, któremu nie pozostał już nikt inny?

Warszawa to ich Nowy Świat – spaja te trzy różne historie (trzech różnych reżyserów) w czasie i przestrzeni, daje tło kulturowe i podpowiada znaczenia.

Nowy Świat

Film Elżbiety Benkowskiej, Łukasza Ostalskiego i Michała Wawrzeckiego nie wyróżnia się niczym specjalnym.

Scenariusz, choć wrażliwy na problemy społeczne, pozostawia uczucie niedosytu – wątki są brutalnie pourywane, zostawiając pustkę. Postacie (a w szczególności Żanna) postawione są przed niesamowicie szczerymi konfliktami, które niestety nie mogły zostać odpowiednio wyeksploatowane przez ograniczenia czasowe. Innymi słowy – zbyt duży ścisk na liście płac.

Aktorzy – debiutanci na wielkim ekranie – zbudowali swoje postacie dobrze, a nawet bardzo dobrze, patrząc na czas ekranowy, który dostali. Lecz nie łudźmy się – głębia postaci ginie w natłoku opowiedzianych historii.

Źle wypadają sami autorzy – młodzi reżyserzy stworzyli dzieło spójne wizualnie i tematycznie, jednak pozbawione jakiegokolwiek charakteru. Wszystko jest tutaj letnie – pozbawione podpisu „demiurga”.

Postacie przemykają przez ekran nie zagłębiając się w motywacje swoich działań. Praca kamery składa się z kilku ujęć sytuacyjnych, kilku planów ogólnych i w większości zbliżeń i półzbliżeń w kontrplanach – zabieg, jak na ponad półtoragodzinny film – wyjątkowo nużący.

Nie pomaga nawet nawiązanie do Kieślowskiego. Powracający motyw palmy z warszawskiego ronda de Gaulle’a wydaje się być niezwykle pretensjonalny w natłoku nic nieznaczących kadrów.

Pozostaje ostatnie pytanie – dlaczego te trzy historie znalazły się w jednym filmie? Czy wspólna tematyka, powracający motyw palmy i pobieżne spotkanie wszystkich postaci w ostatnim epizodzie jest wystarczającym argumentem? Niestety nie – film mógłby dużo zyskać, gdyby skupić się na jednym bohaterze i działać odważniej w sferze wizualnej.

Niemniej jednak, jest to film bardzo aktualny, który zaangażuje widza na poziomie intelektualnym. Pomimo moich narzekań, muszę przyznać, że film mnie wciągnął – seans minął szybko i przyjemnie (chociaż nie wiem, czy jest to odpowiednie słowo). Być może po twórcach „Oleny” lub „Matki” spodziewałem się czegoś na miarę Cannes, a może po prostu lubię narzekać.

Kamil Bryl

Share With:
Inline
Inline