transcendencja

Transcendencja

Powraca w filmie Transcendencja nieustannie uwielbienie dla archaicznych technologii i kultu komputera, który zajmuje hektary powierzchni w laboratoriach tylko po to, żeby był zdolny rozpoznać fotkę i skojarzyć ją z twarzą. Może by zadziałało na zasadzie zabawy stereotypem, gdyby było to zrobnione świadomie, ale to ma… zszokować widza. A widz ma takie zabawki w telefonie.

Ta tęsknota za rzeczywistością analogową wraca w wielu momentach, a najbardziej, kiedy zmierzamy do finału, w którym „żadnych mikrochipów”, jak twierdzi jeden z bohaterów. Człowiek (istota starego typu) znowu wygrywa z istotą cyfrową, lęk jest zaleczony, a największą przewagą jest właśnie brak cyfryzacji, przewaga fizyczności nad cyfrowością, człowieczeństwa nad komputerem. Łatwo zauważyć, że upodobania opisane w pierwszym akapicie stoją w sprzeczności z upodobaniami z drugiego akapitu. To jednak tylko jedne z wielu powodów, przez które jest to raczej kulawy film.

Nikt chyba nie wiedział o czym to ma być film

Wykorzystanie odkryć naukowych przeciwko ludziom, którzy wykorzystują inne odkrycia naukowe na rzecz ludzi. Warstwa propagandowa jest przytłaczająca, męcząca, czuję się obiektem agitacji, a nie widzem, który zapłacił za inteligentną rozrywkę lub ciekawą propozycję przyszłości.

To, co ludzkie, to walka pasjonata z systemem i przewaga jednostki nad wszech-maszyną. Hołd oddany maszynie z pozycji lennej jest w tym filmie pewnego rodzaju sprzecznością, naukowiec – indywidualista staje się swoim przeciwieństwem. I znowu, zamiast poruszyć ciekawy wątek S-F, twórcy koncentrują się na jakichś rozgrywkach rodzinnych. Oczywiście, rodzina to coś, z czym będziemy musieli sobie poradzić w dobie gender i cyfryzacji oraz dogmatyzowanej poliamorii i kryptokomunizmu. Ale tu wątki prywatne są najwyraźniej podporządkowane sprzedaży biletów, a nie wizji nowego świata. Przewagę zyskuje stereotypowy model scenariusza, w którym pewne elementy po prostu muszą wystąpić – z punktu widzenia potencjalnej atrakcyjności filmu. To jednak wciąż dopiero początek najgorszego.

Zarejestrował aktywność komórek mózgu małpy i wgrał to jak piosenkę. Jakie to proste, ale dlaczego mnie to śmieszy? Może to świat składa się z nieuków, a scenarzyści są tymi mądrymi? Może Dolina Krzemowa powinna posłuchać tego dialogu i w dwie godziny zrobić sztuczną świadomość? Wgrać aktywność komórek mózgowych jak piosenkę do komputera i komputer zacznie myśleć…

Transcendencja, która nie przekracza siebie

Ambicje tego filmu grubo rozmijają się z jego wymową artystyczną. Montaż jest przerażająco naiwny, podobnie jak symbolika i rekwizyty, a pseudonaukowe przemówienia sprawiają wrażenie adresowanych do wielbicieli czytadeł. Mimo ambicji filozoficznych, zrobiono dydaktycznego gniota.

Nie odmawiam zalet, ale wyobrażam sobie, jak będzie wyglądał ten film za kilkadziesiąt lat i nie sądzę, żebym szczególnie się mylił. Jego naiwność ma szansę znaleźć się w podręcznikach pod hasłem „jak nie należy robić filmów o przyszłości”. A kiedy dochodzi w tle wątek bieżącej geopolityki i rozliczeń z muzułmanami, robi się rażąco doraźnie. Po co? Być może znowu dla podniesienia sprzedaży. Ostatecznie jest to miks jakiejś pseudofilozofii, pseudofuturologii, pseudosensacji, udawanego S-F.

Jest jednak ważna rzecz: fizyczność. Niemożność przeniesienia człowieka na coś, co nie ma ciała i hormonów. Jest też interesujące zakwestionowanie sensu zmartwychwstania, choć to pomysł przestarzały o wiele lat. Pokazano również tzw. „dzieło stwórcze”, definiując je jako nanotechnologię. Byłaby to ciekawa idea, gdyby nie to, że kreacjoniści rozumują podobnie odkąd ustalono czym jest atom.

Ostatecznie najcenniejszą warstwą obrazu pozostają chyba teologiczne pretensje do Boga, że „prześwietla” ludzi nie dając im ani milimetra prywatności. Tak naucza większość religii chrześcijańskich. Totalitaryzm z masowym uszczęśliwianiem przez siły wyższe – kontra multi-eko idee. I romantyczny bunt, zwycięstwo humanizmu nad średniowieczem. Tylko te uproszczenia…
Rozczarowanie – bardzo dużo świetnych pomysłów i wszystkie, co do jednego – zmarnowane.

Sławomir Płatek

Share With:
Inline
Inline