Cinerama - Chiński Mur

Wielki Mur – hamburger na słodko-kwaśno

Romans Hollywood z Chinami trwa w najlepsze już od paru ładnych lat. Jego owoce bywają kuriozalne i pokraczne jak Transformers: Wiek zagłady, gdzie w połowie filmu akcja zupełnie bez powodu przenosi się do Chin, ale nie musi to być żadną regułą. Fantastyczny duet gwiazd chińskiego kina akcji w Łotrze 1 czy chiński rząd jako część międzynarodowego wysiłku o wspólny cel w Marsjaninie pokazują, że ta relacja może być naturalna i wnosić jakąś wartość. Wielki Mur jest następnym etapem współpracy i tym razem nie jest to mrugnięcie okiem w kierunku chińskiej widowni, a prawdziwa koprodukcja. Jej efektem jest widowisko oparte na strukturze hollywoodzkiego blockbustera, zachowujące jednak zmysł artystyczny kina azjatyckiego. Połączenia idei można się dopatrzyć zarówno na płaszczyźnie warsztatu filmowego, jak i merytorycznego przekazu historii. To produkt nieskomplikowany i czysto rozrywkowy, ale także bezpretensjonalny i atrakcyjny wizualnie.

Sztuka wojny

Ostatnie jest szczególną zasługą reżysera, Yimou Zhanga, autora m.in. Hero i Domu latających sztyletów, potrafiącego nadać swoim obrazom piękno samym przemyślanym wykorzystaniem kolorów. Przykładem tego są chociażby wielobarwne mundury chińskich żołnierzy, które mocno oddzielają ich od szarawego krajobrazu Wielkiego Muru i momentalnie przyciągają wzrok. Dzięki kolorom i zjawiskowej choreografii początkowa bitwa zachwyca autentycznym pięknem. Tych, którzy nastawiają się na kino historyczne od razu przywołam do porządku – Wielki Mur to przygodowe fantasy pełną gębą. Opowieść otwiera tułaczka dwóch kompanów (Matt Damon i Pedro Pascal), którzy w pogoni za majątkiem próbują wykraść proch Chińczykom i wrócić z nim do Europy. Po ucieczce przed bandytami i zranieniu tajemniczego stworzenia nasi antybohaterowie trafiają na Wielki Mur. Tam dowiadują się, iż napotkana przez nich kreatura należy do roju, który raz na kilkadziesiąt lat próbuje sforsować fortyfikację i zalać swoją liczebnością całe Chiny. Strażnicy Muru od wielu pokoleń szkolą się w walce i rozwijają nowe formy obrony, natomiast potwory nie pozostają w tyle i również adaptują się do zmiennych warunków. Dwójka łotrzyków, początkowo skrajnych egoistów, będzie musiała zrewaluować własny światopogląd i odegrać swoją rolę w tym odwiecznym konflikcie.

Piękno i symbolizm

W przedstawionej historii na próżno szukać oryginalności czy subtelności, co niekoniecznie jest jej wadą. Nikt o zdrowych zmysłach nie oczekuje po takiej produkcji pogłębionych portretów psychologicznych postaci czy moralnej niejednoznaczności, która będzie trapić umysł i tydzień po seansie. Zhang w pełni świadomie tworzy filmową baśń, w której każdy bohater jest uosobieniem konkretnej postawy, a cała historia ma charakter przypowieści. Egoista doceni jedność i lojalność wśród swoich gospodarzy, a tradycjonaliści skorzystają z nieszablonowej inwencji przybysza z zachodu. Pozorny prostak zaskoczy swoim poczuciem obowiązku i braterstwem, a chciwiec zostanie ukarany. Wszystko to widzieliśmy niejednokrotnie, jednak nie bez powodu – uniwersalne schematy są skuteczne i satysfakcjonujące dla przeciętnego widza. Niestety nie zawsze tymi słowami można określić sceny akcji jakimi wypełniony jest Wielki Mur. Choć pewne sekwencje, a zwłaszcza początkowa bitwa i ceremonia pogrzebowa, ujmują pięknem, tak są również momenty, gdzie poziom efekciarstwa wzbudza uśmiech politowania. Akrobacje w zwolnionym tempie, ratunek w ostatniej chwili, nieprawdopodobne ciosy/strzały – tego jest zwyczajnie zbyt dużo, nawet jak na produkcję tego typu. Efekty CGI również nijak się mają do dzisiejszego poziomu i są godne w najlepszym razie okolic 2010 roku. Zarówno tło za plecami bohaterów, jak i zarzynane przez nich stwory często rażą w oczy swoją oczywistą komputerową genezą. Na szczęście przepiękne kostiumy, wiarygodna scenografia i imponująca choreografia pozwalają zatrzeć ten niesmak sporą dawką zachwytu. Niemałe wrażenie robi także skala przedstawionych wydarzeń. Kiedy po raz pierwszy widzimy szarżę tysięcy krwiożerczych bestii w lot pojmujemy wagę tej walki.

Cinerama - Chiński Mur

Lekko, czasem pokracznie

Wbrew pozorom, ogólny ton opowieści nie jest posępnie poważny i przesycony zbędnym patosem. Wręcz przeciwnie, zaskakująco tu dużo humoru słownego i sytuacyjnego, który pozwala rozładować napięcie i uchronić film przed popadnięciem w śmieszność. Większość żartów napędza chemia między postaciami Damona i Pascala, których postawa kontrastuje z surowością uduchowionych Chińczyków. Wśród mieszkańców Muru zdecydowanie wyróżnia się grana przez Tian Jing komandor Lin Mae. Trudno się dziwić, że główny bohater postanowił gruntownie przemyśleć swoje dotychczasowe życie po poznaniu tak pięknej i inspirującej liderki. Tego typu przemiana jak najbardziej wpisuje się w konwencję baśni, czego jednak nie można powiedzieć o kiepskich ekspozycyjnych dialogach i absurdalnie wygodnych zbiegach okoliczności. Dużo pokracznej ekspozycji faktów uświadczymy przede wszystkim w pierwszym akcie filmu, a szczyt lenistwa scenarzyści osiągają podczas sceny z młodym żołnierzem, który okazał się być w idealnym miejscu i o idealnym czasie by potwierdzić wiarygodność protagonisty. Tego typu zgrzyty, w połączeniu ze zbędnym efekciarstwem i niedorzecznością postaci Willema Dafoe (trudno określić czy to w ogóle jest czarny charakter) niestety nie pozwalają mi określić Wielkiego Mury mianem dobrego filmu. Obrazowi Zhanga nie można jednak odmówić wirtuozerii w kompozycji kadru i urzekającej baśniowości, dzięki której z przyjemnością śledzimy poczynania bohaterów. Pomimo wad, wielu widzów znajdzie w tej produkcji coś dla siebie. Hollywoodzki rozmach, legendy wschodu, piękne obrazy, czy chociażby wgląd w interesujący trend współczesnego kina. O ile wspomniane już nieszczęsne Transformers: Wiek zagłady przywodzi na myśl fatalne w skutkach aranżowane małżeństwo, tak Wielki Mur jest przykładem całkiem solidnego partnerstwa, które pozwala mieć nadzieję, że romans zachodu ze wschodem może mieć przyszłość.

Mikołaj Lewalski

Share With:
Inline
Inline