Horrory dzielą ludzi na trzy grupy: tych, którzy je uwielbiają, tych, którym są one obojętne, ale oglądają je od czasu do czasu, głównie po to, żeby móc się pośmiać z zawartej w nich dawki absurdu, oraz tych, którzy ich nie oglądają i nigdy nie zamierzają, bo są przerażające i ohydne. Ja z całą pewnością zaliczam się do trzeciej grupy, o czym chyba wie i naigrywa się ze mnie każdy mój znajomy. W końcu stwierdziłem: dosyć tego! Pójdę na horror do kina, gdzie jest ciemno jak w grobie, słyszy się dziwne odgłosy z nieznanego źródła, a obok ciebie siedzą obcy ludzie (kto wie, czy nie psychopaci?). Tak trafiłem na seans Crimson Peak: Wzgórze krwi. Bardzo sympatyczny tytuł.

To właśnie pytanie rodzi się w głowach większości osób zainteresowanych premierą Crimson Peak, czyli najnowszej produkcji tegoż filmowca. Sam obraz, a nawet nazwisko reżysera, brzmi jakoś znajomo… Jednak dopiero chwila namysłu lub przywołanie tytułu Labirynt Fauna pozwala skojarzyć fakty i westchnąć ze zrozumieniem: ach, to on!