Thelma [Recenzje Magii Kina]

Thelma (2018), reż. Joachim Trier

Niezbyt pochlebne opinie znajomych, marny trailer i kolidowanie z meczem Anglia-Chorwacja sprawiły, że na Thelmę wybierałem się jedynie z zawodowego obowiązku. W pierwszej scenie ojciec, przebywający z kilkuletnią córką na polowaniu, celuje najpierw w sarnę a potem w swoje dziecko, by po chwili napięcia nie strzelić do nikogo. Bałem się, że mieszanina nachalnej symboliki i surowych, estetycznych zdjęć zapowiada kolejny pseudo-inteligentny dramat, którego głębia treści skłoni mnie do ukradkowego odpalenia relacji z półfinału na telefonie. A potem… a potem film rozdarł mnie na dwie części.

Thelma opowiada historię tytułowej dziewczyny, która przenosi się do Oslo by rozpocząć studia. Bohaterka pochodzi z ortodoksyjnej, katolickiej rodziny, a nowe środowisko budzi w niej emocje, z którymi nie potrafi sobie poradzić. Do apogeum wewnętrznych rozterek dochodzi, gdy Thelma zaczyna czuć pożądanie wobec swojej nowej koleżanki, Anji. Do tego przy okazji u bohaterki zaczynają pojawiać się ataki o naturze epileptycznej. Póki film operuje głównie w przestrzeni zarysowanej przeze mnie w tych kilku zdaniach, radzi on sobie naprawdę świetnie. Joachim Trier fantastycznie panuje nad nastrojem swojego obrazu. Konsekwentną ascezę i zimno, objawiające się w skandynawskiej architekturze, szarej pogodzie i relacjach z rodzicami, kontruje pełnym prawdziwego szczęścia ciepłem rodzącej się miłości. Szczere uczucie staje w nieustępliwej opozycji wobec podskórnie niepokojącego horroru samotności i sztokholmskiego syndromu odczuwanego do religijnego wychowania. No i ta główna rola… Eili Harboe to norweski skarb narodowy, o który należy dbać w każdy możliwy sposób. Jej niezwykle szeroka paleta umiejętności aktorskich zachwyca i każe zapomnieć o jakże popularnej dziś strategii „gram kogoś skomplikowanego, więc nie będę grać nic, a widz sobie dopowie”.

No ale dobrze, koniec komplementów. Żeby ładnie rozgraniczyć tekst musiałem co nieco przed wami zataić. Otóż wspomniane przeze mnie napady padaczkowe wiążą się z ujawnianiem się u Thelmy nadprzyrodzonych zdolności – rzeczy się poruszają, światła gasną i zapalają, ptaki wpadają w szyby a  wieża sama zaczyna grać Mountaineers Susanne Sundfør i Johna Granta. I nie zrozumcie mnie źle – nie mam nic do dodawania elementów paranormalnych do poważnych dramatów. Niestety Trier idąc coraz dalej w mentalne zdolności Thelmy a nie jej uczucia, traci gdzieś po drodze większość subtelności. Praktycznie nic nie zostaje pozostawione w sferze domysłów. Interesujące, prowokacyjne powiązania pomiędzy homoseksualnymi związkami, religijnym fanatyzmem, psychiatrią i średniowiecznym paleniem czarownic zostają rzucone w kąt. Z dramatu przeskakujemy w nietrzymający w napięciu thriller fantasy. Znowu zostaje nam tylko nachalny symbolizm i wysoki poziom modernistycznej estetyki. Ale to nie wystarcza, nie jest w stanie złapać za serce, tak jak pierwszy akt, z którego motywów każdy powinien móc wyciągnąć coś, co szarpnie go za jakąś emocjonalną strunę.

Bardzo szkoda mi Thelmy. Joachim Trier udowodnił, że ma zadatki na geniusza. Scena rozgrywająca się na spektaklu baletowym, w trakcie której Thelma i Anja odkrywają swoją seksualność, a epileptyczne wstrząsy stają na równi z orgazmem w szaleńczym montażu Oliviera Bugge Coutté’a to jedna z lepiej skonstruowanych rzeczy, jakie ostatnimi czasy widziałem. Z drugiej zaś strony w trakcie ostatnich piętnastu minut błagałem, aby każdy ujęcie było już tym ostatnim. Niemniej jednak, gdy wspominam seans, w głowie przebłyskują mi głównie pozytywy z fantastyczną Eili Harboe na czele, dlatego też skrzywdzić tego filmu negatywną notą zwyczajnie nie mogę.

6/10

/R

Kiedy piszę po Rafale, próbuję głównie nie wpaść w pułapkę pisania recenzji na temat jego recenzji. Najchętniej to bym się zapytał o to „dbanie o Eili Harboe jak o skarb narodowy”. Eili to dorosła kobieta i raczej poradzi sobie sama. Zupełnie tak, jak poradziłaby sobie sama recenzja Rafała bez mojego dopisku. Takie wrażenie potęguje fakt, że w przytłaczającej większości się z jego opinią zgadzam – też bardzo chciałem obejrzeć mecz Anglii z Chorwacją, też załamał mnie zwiastun i też zostałem przez film rozdarty. Niestety, Joachim Trier nie dźwignął tematu. Nie próbowałbym przypuszczać, że „ma zadatki na geniusza”, ponieważ bardzo dobre zdjęcia mogą być świetną pracą operatora, a ciekawy koncept pracą scenarzystów. To, jak zaprzepaszczony ten koncept został, przypisuję tylko i wyłącznie Trierowi.

Przez znaczną część trwania filmu byłem bardzo zadowolony z tego, jakie tempo utrzymuje historia. Precyzyjniej rzecz ujmując, film długo nie zmuszał mnie do myślenia o tempie, bo było ono naturalne – cechą dobrego tempa jest to, że o nim nie myślę w czasie oglądania. Spokojne, ale wciąż intrygujące segmenty obyczajowo-romantyczne były w bardzo zręczny sposób przeplatane wątkami ponad naturalnymi. Zagadka tych paranormalnych zjawisk w bardzo satysfakcjonujący sposób zbliżała się krok po kroku do ostatecznego rozwiązania. Nie przypadkowo piszę w czasie przeszłym – w pewnym momencie taki stan rzeczy przestał mieć miejsce.

Film jest stosunkowo długi – dwie godziny wystarczyłyby w zupełności, by w podobnym tempie doprowadzić historię do końca. Nagle jednak twórcy postanowili rozwiązać zagadkę za nas, zamienić wszystkie możliwe sceny w symboliczne paranormalne akty i piekielne wizje, a wszystko to okraszone było fatalnym efekciarstwem.

Być może nie ma o czym mówić, ale chciałem bardzo poświęcić oddzielny akapit efektom specjalnym – choćby krótki. Niektóre sceny były bardzo dopracowane, na przykład te podwodne. To, co działo się jednak na ekranie, kiedy pojawiały się węże wygenerowane w CGI, rozpadające się na kawałki w zwolnionym tempie okna, palący się w slapstickowy niemal sposób bohaterowie, to był istny cyrk. Jak mam się wczuć w klimat stosunkowo mrocznej i tajemniczej historii, kiedy efekty specjalne wyglądają czasami jak parodia gatunku albo budżet zdecydowanie zbyt niski na tego rodzaju efekciarstwo. Z resztą – nawet, gdyby część z tych efektów wykonanych było w satysfakcjonujący sposób, to i tak czułbym spory przesyt ich częstotliwością i patosem.

Ostatnie sceny to jest już polowanie na napisy końcowe. Nie wiem jak wy, ale ja w naturalny sposób przełączam się na taki tryb myślenia, kiedy film już trwa dosyć długo – kiedy pojawia się scena, która mogłaby być ostatnia, to myślę o tym, że to pewnie ostatnia scena. W tym przypadku tego rodzaju myślenie rozpoczęło się już na 20 minut przed końcem i trwało aż do samych napisów końcowych.

Ja też nie chciałbym, żeby ta recenzja kogoś zniechęciła do obejrzenia. Efekciarstwo i tempo to są rzeczy które mi wybitnie nie odpowiadają w tym filmie, ale wierzę, że dla wielu mogą one nie być w aż tak dużym stopniu problematyczne jak dla okazały się mnie. Koniec końców jestem na ten film trochę wściekły. Scenariuszowa koncepcja spodobała mi się na tyle, że rozczarowanie jej rozwinięciem było dla mnie przytłaczające. Historię o zdarzeniach paranormalnych, które w niejednoznaczny sposób mieszają wątki medyczne i religijne działają na moją wyobraźnię. Kiedy jednak przeobraża się to w „top 10 biblijnych alegorii pokazanych za pomocą CGI”, to mam dość. Tak samo jak miałem dość oglądania tego. Gdybym musiał z jakiejś przyczyny nagle wyjść z kina po godzinie, to zostałoby mi w głowie wspomnienie niezłego filmu. Tak niestety nie było.

5/10

/K

Rafał Skwarek i Kamil Kucharski

Share With:
Inline
Inline