Thor

Thor [ARTYKUŁ] Rola „blond młota” w filmowym universum Marvela

Thor – nordycki bóg burzy i piorunów, istota z innego świata, królestwa Asgardu. Była to postać, którą jak się kiedyś wydawało, niezwykle trudno zaadaptować dla kina. Niełatwo to teraz zrozumieć patrząc z perspektywy dzisiejszych widzów, dla których heros z młotem stał się jednym z filarów Marvel Cinematic Universe.

Thor – Origin story jednego z filarów Marvel Cinematic Universe

Aby sprawiedliwie ocenić pierwszą część Thora warto zaznajomić się z komiksami lub serialem animowanym dotyczącym nordyckiego boga piorunów. Osoby, które miały z nimi do czynienia są bardziej niż inni świadome jak trudnym zadaniem było przeniesienie na wielki ekran tej franczyzy. Jednowymiarowa i pompatyczna postać Thora wydawała się przecież być wręcz karykaturalna. Marvelowi udało się jednak uniknąć kiczu, o który przy tak specyficznej postaci było niezwykle łatwo. Pierwsza część przygód Thora okazała się sukcesem, a film zarobił ponad trzykrotnie więcej pieniędzy niż na niego wydano. Należy również pamiętać o tym, że został on nakręcony w fazie pierwszej MCU tzw. Avengers Assembled, kiedy Marvel dopiero tworzył szerszą koncepcję swojego filmowego uniwersum, do której zamierzał później dążyć. W związku z tym nie można więc oceniać go zbyt surowo, bo dzieło to choć nie pozbawione wad, ogląda się całkiem przyjemnie i ma ono swój specyficzny klimat, na którego brak w najnowszej odsłonie narzekała część fanów.

Klimat Thora wynikał z tego co potencjalnie wydawało się największą przeszkodą w jego adaptacji, czyli z tego jak ta postać i jej środowisko były przerysowane. Thor, który przez niektórych był uznawany za bohatera, którego nie da się zaadaptować dla kina bez uniknięcia kiczu, zyskał wśród widzów ogromną sympatię. Twórcy stworzyli osobowość, która na myśl przywodzi niektóre postaci z dramatów Szekspira czy średniowiecznych eposów rycerskich. Thor jest bohaterem, który w swoim postępowaniu kieruje się czymś co przypomina etos rycerski. Jest waleczny i gotowy poświęcić się dla sprawy lub w obronie słabszych. Na początku jest też niestety pełen brawury. Aż rwie się do walki, nie będąc do końca świadomym wagi swoich czynów. Z czasem jednak ewoluuje i dojrzewa do roli przyszłego władcy Asgardu. Sam Asgard ma w sobie coś teatralnego, pewien patos charakterystyczny dla starogreckich dramatów, a jednocześnie jest pełen klimatu fantasy, niektóre sceny wyglądają wręcz tak jakby były wycięte z Władcy Pierścieni. Ta pompatyczna dramaturgia, sprawdza się w tym filmie bardzo dobrze i staje się w nim głównym źródłem humoru, który działa na zasadzie kontrastu. Bowiem Thor wyrwany ze swojego świata zostaje wygnany na ziemię, gdzie jego zachowania i sposób mówienia wydają się być wręcz archaiczne. Na szczęście w momencie, kiedy żarty wynikające z nieprzystosowania Thora do ziemskich realiów zaczynają robić się już trochę męczące, akcja przenosi się z powrotem do Asgardu gdzie ma miejsce finał starcia między Thorem a Lokim. I to jest kolejny mocny punkt tego filmu. Relacja między Thorem a jego bratem jest bardzo dobrze zarysowana co widać choćby w scenie, w której Loki udaje, że próbuje odwieść Thora od ataku na lodowych olbrzymów, a w rzeczywistości wykorzystuje jego porywczość by go do tego sprowokować. Widoczne jest jak podstępny Asgardczyk zna swojego brata i potrafi wykorzystać jego naiwność. Loki jako główny antagonista sprawdza się znakomicie. Jest postacią wielowymiarową i bardzo ludzką oraz najlepszym czarnym charakterem w historii MCU, które z tworzeniem antagonistów miało niestety zawsze problem. Nikogo nie powinien dziwić więc fakt, że to właśnie on staje się głównym złym bohaterem w The Avengers. Tom Hiddleston fantastycznie sobie poradził w tej roli. Podobnie sprawdził się Anthony Hopkins w roli Odyna, choć w pierwszej odsłonie nie widzieliśmy go na ekranie tak często jak w drugiej. Widoczny jest rozwój głównego bohatera, który dojrzewa i z impulsywnego osiłka staje się odpowiedzialnym wojownikiem. Teatralność filmu również nie jest przypadkowa, bo jego reżyser Kenneth Branagh zajmował się wcześniej tworzeniem filmowych adaptacji dzieł Szekspira. Można by pomyśleć, że wybranie kogoś takiego do stworzenia blockbustera o przygodach postaci z komiksów jest raczej nie najlepszym pomysłem, jednak przyniosło to filmowi więcej korzyści niż strat i dało podwaliny pod jego kontynuację.

Patrząc jednak na Thora z perspektywy kolejnych części można zauważyć coraz więcej wad. W porównaniu z kolejnymi filmami MCU, Chris Hemsworth zagrał słabo. Jane, postać grana przez Natalie Portman, bywała irytująca, więc fakt, iż zrezygnowano z jej udziału w najnowszej odsłonie Thora niewielu raczej smuci. Jako postać była mało wiarygodna, a jej komentarze jak na osobę z tytułem doktorskim brzmiały po prostu głupio. Natomiast uczucie między nią, a protagonistą wydawało się wynikać wyłącznie z tego, że dobrze prezentował się bez koszulki, a jego opowieści o drzewie światów, w świetle ogniska brzmiały romantycznie. Jednak najbardziej wytrącała z równowagi praca kamery. Część kadrów była ustawiona pod lekkim kątem, bez konkretnego celu. Prawdopodobnie rozwiązanie to miało nadać filmowi większego dynamizmu i upodobnić kadry do tych komiksowych. Jednak na dłuższą metę robiło się to uciążliwe. Dlatego cieszy fakt, że w kolejnych filmach Marvel zrezygnował z takiego rozwiązania. Jednak mimo wad Thor okazał się naprawdę niezłym origin story. I jako czwarty film Marvela nie był tym najgorszym, chociaż najlepszym też nie.

Pisząc o Thorze nie sposób nie wspomnieć o The Avengers, gdyż wydarzenia z tego filmu miały duży wpływ na rozwój Thora w kolejnej części jego przygód. W Avengersach postać nordyckiego boga zderza się z innymi marvelowskimi bohaterami i można by znów pomyśleć, że to zbyt karkołomne zadanie i nie ma szans na powodzenie. Okazuje się jednak, że to właśnie różnice między nimi i fakt, że każde z nich jest odrębną, myślącą na swój sposób postacią, stają się siłą napędową całego uniwersum. Zderzenie teatralnej, przerysowanej  dramaturgii z pierwszego Thora z, na przykład prostolinijnością Iron Mana ujęte w dobrze napisane dialogi i przemyślane żarty sytuacyjne tworzy fantastyczne relacje między bohaterami, a ich rozmowy ogląda się z tak wielką przyjemnością jak sceny walki, w których Marvel również osiągnął mistrzostwo.

Thor: Mroczny świat – Seria nabiera rozpędu

Thor: Mroczny świat przez niektórych uważany jest za lepszy od poprzednika, przez niektórych za gorszy. Oceny te są całkiem adekwatne – są aspekty, w których film ten był lepszy od pierwszej odsłony przygód Thora były też jednak takie, w których musiał uznać jej wyższość. Pewne jest, że miał znacznie gorszego głównego antagonistę. Malekith był postacią jednowymiarową, jego celem była zemsta na Asgardzie i pogrążenie wszystkich siedmiu światów w mroku. Jednak jego finałowa walka z Thorem nie trzyma w napięciu, brakuje jej wyraźnie zaznaczonego punktu kulminacyjnego i jest ogromnym rozczarowaniem zwłaszcza dla tych, którzy kojarzą tą postać z komiksów. Film trzyma wysoki poziom do momentu gdy widzimy na ekranie Thora i Lokiego kiedy jednak się rozstają film traci wiele uroku i zaczyna robić się po prostu nudny. Postać Jane Foster po raz kolejny wydaje się być księżniczką w opałach. Obecność tej bohaterki jest co prawda uzasadniona fabularnie, jednak widać, że twórcy na dłuższą metę nie mają pomysłu na kreację postaci granej przez Natalie Portman. Nie byłaby w tym filmie szczególnie trudna do zastąpienia i wydaje się po prostu zbędna. Trudno tu winić kogokolwiek, bo przedstawienie zażyłej relacji między śmiertelniczką, a nordyckim bogiem nie jest czymś łatwym. Zarówno dla aktorki jak i scenarzystów, którzy mieli zaadaptować Jane Foster na potrzeby filmu. I mimo, że w komiksach ta bohaterka jest lubiana przez czytelników, to w filmie nie sprawdza się już tak dobrze. Potwierdzeniem moich słów wydaje się być fakt zrezygnowania z udziału Natalie Portman w kolejnej kontynuacji przygód Thora.

Jeśli chodzi o zalety Mrocznego Świata to można powtórzyć większość rzeczy, które wymieniłem przy ocenie pierwszej części. Reżyser Alan Taylor postanowił zachować teatralność pierwszej odsłony, nie wprowadził jednak zbyt wiele od siebie, co można by w tym filmie wyróżnić. Podobnie jest z pracą kamery i oświetleniem. Zrezygnowano z ukomiksowienia kadrów, ale w zamian nie zaproponowano niczego, co mogłoby wyróżnić pracę kamery i oświetlenie. Ten film to zarówno pod kątem reżyserskim jak i operatorskim wydaje się być solidnie wykonana robota, jednak nic, poza tym. Tom Hiddlestone ponownie jest znakomity i widać, że w roli Lokiego czuje się coraz swobodniej. Podobnie Hemsworth, który już w Avengersach grał zauważalnie lepiej. W pierwszej części trudno było się doszukać na twarzy tego aktora jakichkolwiek głębszych emocji, ale widać, że z każdym kolejnym filmem Hemsworth jest coraz mniej spięty, przez co jego gra wydaje się bardziej naturalna. Specyficzny klimat mający w sobie coś z dramatu i coś z fantasy wydaje się być nawet wyraźniejszy niż w pierwszej części. Jest tak zapewne dlatego, że mamy tutaj więcej do czynienia z Asgardem i jego mieszkańcami. Z postaci drugoplanowych najbardziej wybijają się Odyn grany przez Anthonego Hopkinsa i Heimdall, w którego wciela się Idris Elba, obaj dostali tym razem więcej czasu na ekranie niż w pierwszym “Thorze”. Humor jest odrobinę mniej męczący niż w pierwszej części, nie opiera się już na kontraście między zachowaniami Thora, a zwyczajami ziemian, jednak wciąż nie umywa się do tego co widzieliśmy w The Avengers, a co dopiero w trzeciej odsłonie, Thor: Ragnarok.

W Avengers: Age of Ultron postać Thora szczególnie się nie wybijała. Posłużył on raczej jako narzędzie, które miało przygotować podłoże pod nadchodzące Avengers: Infinity War. W jego wątku jest trochę nieścisłości, twórcy posłużyli się mało subtelnym skrótem fabularnym w wyniku, którego w środku filmu Thor wybiera się nad jakieś źródełko, ale nie do końca wiadomo po co i gdzie. Dowiadujemy się o tym dopiero w drugiej połowie filmu. Niemniej jednak tak jak w przypadku drugiej części Thora znajomość The Avengers pomagała zrozumieć w pełni jego przemianę, tak w przypadku jego trzeciej odsłony, obejrzenie Czasu Ultrona nie jest w ogóle konieczne. Tłumaczy jedynie skąd właściwie w kosmosie wziął się Hulk, który pod koniec filmu odlatuje statkiem powietrznym w nieznanym kierunku.

Thor: Ragnarok – Nowe oblicze „blond młota”

Thor: Ragnarok czyli najnowsze dzieło Marvela został przyjęty przez widzów z ogromnym entuzjazmem i krótko po premierze okrzyknięty najlepszym filmem Marvela. Abstrahując od faktu czy w istocie tak jest, z pewnością można jednak stwierdzić, że jest to najlepiej odebrany przez widownię Thor z jakim mieliśmy dotychczas do czynienia. Jest to film o świetnej oprawie audiowizualnej, pełen specyficznego dla swego twórcy humoru i odniesień do popkultury. Nowozelandzki reżyser Taika Waititi zrobił naprawdę kawał dobrej roboty. Nawet samemu został częścią obsady i wcielił się w jedną z najbardziej charakterystycznych postaci drugoplanowych. Posługując się humorem oraz idąc za przykładem James’a Gunn’a, stworzył film zupełnie inny od dwóch poprzednich, będący mieszanką filmu fantasy i kiczowatego (w granicach przyzwoitości) science fiction. Mamy w nim też do czynienia z najzabawniejszym od dawna wpleceniem do filmu postaci Stana Lee, który jak każdy fan Marvela powinien wiedzieć, ma swoje cameo w każdej produkcji MCU. Relacja między Thorem i Lokim, którzy w końcu mają okazję stanąć po jednej stronie barykady, sprawdza się jeszcze lepiej niż w poprzednich filmach, a postać głównej antagonistki, choć trochę sztampowa, jest jedną z najlepszych w całym Marvel Cinematic Universe. Jest w tym ogromna zasługa Kate Blanchet, która wycisnęła z tej postaci co się tylko dało po raz kolejny udowadniając, że odpowiednia dawka charyzmy potrafi zdziałać cuda. Mark Rufallo w roli Hula również sprawdził się znakomicie. Przede wszystkim jednak widać, że cała ekipa doskonale się bawiła przy tworzeniu tego filmu przez co gra poszczególnych aktorów wydaje się bardziej naturalna niż kiedykolwiek.

Film oczywiście nie jest pozbawiony wad. Pojawienie się na początku doktora Strange’a wydaje się być trochę wymuszone i choć to całkiem zabawna scena, to gdyby ją wyciąć fabuła zbytnio by nie ucierpiała. Humor momentami był trochę przewidywalny, a czarny charakter jak już wcześniej wspomniałem, trochę za bardzo jednowymiarowy. Żeby jednak być w pełni sprawiedliwym należy wspomnieć, że większość z tych elementów i tak wypada lepiej niż w pozostałych częściach Thora. Jedyną rzeczą, która mogła bardziej przeszkadzać niektórym widzom jest brak teatralnego klimatu fantasy, który towarzyszył poprzednim częściom. Zrezygnowano z niego, podobnie jak z postaci Jane Foster, co przynajmniej moim zdaniem wyszło filmowi na dobre. Uniwersum jest już na takim etapie rozwoju, że klimat patosu po prostu nie wpisuje się w jego konwencję. Thor: Ragnarok to niewątpliwie jeden z najlepszych filmów Marvela, co bardzo pozytywnie nastraja na zbliżający się wielkimi krokami Avengers: Invinity War.

Thor jako postać jest stałym elementem uniwersum Marvela i trudno sobie wyobrazić cały ten świat bez niego. W kolejnym nadchodzącym filmie Avengers również ma odegrać kluczową rolę, gdyż wszystko wskazuje na to, że to właśnie on będzie łącznikiem między ekipą Avengers, a Strażnikami Galaktyki. Teraz pozostało nam tylko czekanie do kwietnia, aby poznać dalszy ciąg tej historii, która zachwyciła nie tylko fanów komiksów i animacji, ale też wszystkich fanów dobrych pełnych akcji i humoru filmów zbierając co roku miliony widzów przed ekranami kinowymi na całym świecie.

Oskar Wadowski

Share With:
Inline
Inline