Tomb Raider [Recenzja] Po co ekranizować grę?

Nad ekranizacjami gier komputerowych od zawsze wisi fatum. Dowodem są filmy takie jak Far Cry, Prince of Persia, czy najnowszy Assasin’s Creed. Nawet dwie części Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli głównej były plastikowe, tandetne i pozostawiały fanom wiele do życzenia. Wtedy jednak gry cechowały się dość luźną konwencją, w której Lara Croft z nad wyraz wyeksponowanym biustem, dwoma pistoletami u boku i ciemnymi okularami zwiedzała świat, nie dziwiąc się przy tym zbytnio na widok choćby dinozaurów. Zmiana tego stylu nastąpiła jednak w 2013 roku za sprawą rebootu zatytułowanego po prostu Tomb Raider. Ta część gry w większym stopniu zbliżała się ku realizmowi. Tak oto Lara Croft stała się zwykłą dziewczyną, wkraczającą dopiero w świat archeologii.  Zaczęła walczyć o przetrwanie, krwawić od zadawanych jej ciosów i co chwilę musiała walczyć ze swoim strachem. Na tej właśnie odsłonie gry oparto najnowszą ekranizację, próbując tym samym zapomnieć całkowicie o poprzednich częściach z Angeliną Jolie. Czy to oznacza jednak, że gra komputerowa otrzymała godną siebie ekranizację?

Fabuła zarówno gry, jak i filmu skupia się na pierwszej podróży głównej bohaterki, podczas której trafia na legendarną wyspę Yamatai, znajdującą się na diabelskim morzu u wybrzeży Japonii. Tam według mitu w jednym z grobowców spoczywa Królowa Słońca, Himiko, która dawniej sprawowała władzę nad ludźmi za pomocą nadprzyrodzonych mocy. Niegdyś ojciec Lary sam postanowił desperacko odszukać wyspę, lecz zaginął na tak długo, aż w końcu został uznany za zmarłego. Lara nie przyjmuje tego do wiadomości i zdeterminowana decyduje się wyruszyć na wyspę. Jej celem nie jest jedynie odszukanie i uratowanie swojego ojca…

Origin story

Gra zaczyna się w momencie przybycia bohaterki na wyspę, film z kolei postanawia dodać Larze Croft backstory, w celu nakreślenia jej motywacji. Ku zaskoczeniu wypada to całkiem sprawnie, wyjaśniając przy tym fabularne niedociągnięcia scenariusza gry. Widzimy zatem młodą Larę uprawiającą amatorski boks i trenującą strzelanie z łuku, a także rozwiązującą zagadki pozostawione przez ojca w swojej rezydencji. W późniejszym etapie filmu okazuje się, że elementy te służą jako wytłumaczenie jej zdolności przetrwania oraz siły fizycznej. Dodatkowo przedstawiona zostaje jej relacja z ojcem, będąca główną osią akcji filmu. Determinacja do odszukania i uratowania go okazuje się na tyle silna, że Lara decyduje się porzucić swoje dotychczasowe życie i udać się na wyspę Yamatai. Charyzma Alicii Vikander, odtwórczyni roli Lary Croft, powoduje, że naprawdę ciężko jest nie lubić jej interpretacji postaci. Widać, że naprawdę wczuła się w rolę (co pokazują choćby making ofy obfitujące w obrazy ciężko trenującej aktorki). Jest zabawna, angażująca, ma zrozumiałe motywacje i ponadto wydaje się być zbudowana z krwi i kości – przynajmniej na początku filmu.

Kinowy gameplay

Jednak od momentu przybycia na wyspę film traci na swojej świeżości. W grze komputerowej esencją była eksploracja półotwartego świata wyspy Yamatai, trwająca około 10 godzin. Długość rozgrywki implikuje więcej możliwości odkrywania coraz to nowych miejsc i stopniowego poznawania historii legendarnej Królowej Himiko. To wszystko w filmie zostaje skompresowane i trwa zaledwie godzinę, przez co wyspa określana mianem legendarnej i tajemniczej wypada bardzo blado i w finale pozostawia wielki niedosyt. Mimo tego, że kilka scen jest żywcem wyjętych z gry, sekrety Yamatai odkrywane są zbyt szybko, a ponadto na każdym kroku towarzyszą widzowi fabularne schematy. Z kolei zagadki z grobowca, rozwiązywane przez Larę, w grze stanowiłyby bardzo ciekawy, logiczny element gameplay’owy, lecz w filmie wypadają na tyle nieciekawie, że widz tylko siedzi i czeka, aż bohaterka łaskawie coś rozwiąże i popchnie fabułę dalej. Co więcej fantastyczność pewnych aspektów filmu pasuje zdecydowanie bardziej do poetyki gry komputerowej, ponieważ na dużym ekranie wyglądają one w większości zbyt naiwnie. Lara Croft przeżywa sytuacje takie jak spływ rwącą rzeką, ucieczka ze spadającego samolotu, czy upadek z kilkudziesięciu metrów z siłą i wytrzymałością godną superbohaterki. Na domiar złego, wątek jej ojca, tworzący na początku solidne podwaliny pod fabułę filmu, w drugiej połowie zostaje poprowadzony w sposób zupełnie nielogiczny i wywołuje tylko uśmiech politowania. Oczywistym jest, że Tomb Raider jest kinem przygodowym, które realizm traktuje z przymrużeniem oka, lecz wszystko ma swoje granice, a film niestety przekracza je zbyt często, myśląc, że może pozwolić sobie na to samo co gra komputerowa.

Mimo wielu wad Tomb Raider może zapisać się jako jedna z lepszych ekranizacji gier komputerowych, choćby ze względu na ciekawie zarysowaną postać i niektóre analogiczne w stosunku do gry walory estetyczne. Nie jest to jednak sukces, gdy większość filmów tego typu jest po prostu słaba i nietrudno jest sytuować się obok takich pozycji jak Prince of Persia, czy World of Warcraft. Mimo wielu starań i szacunku do materiału źródłowego, film nie oferuje nic specjalnie odkrywczego, a przecież Lara Croft ma na tyle ogromny potencjał (budowany od ponad 20 lat przez gry komputerowe), by stworzyć kino nowej przygody na miarę swojego pierwowzoru, czyli Indiany Jonesa. Finalnie jednak jej kinowa wersja jak na razie nie dorasta dziecku Spielberga nawet do pięt, powodując tym samym, że cały czas zdecydowanie lepszym sposobem by poznać świat Tomb Raider jest zakup gry komputerowej, aniżeli biletu do kina. Szczerze wątpię, że ten film spełni życzenia większości fanów, choć w niektórych przypadkach może okazać się całkiem przyjemnym odmóżdżaczem do popcornu, jeśli nie będzie się oczekiwało od niego zbyt wiele. Jednak moim zdaniem gry komputerowe w tych czasach są na tyle ciekawe, ambitne i przede wszystkim kinowe, by móc oczekiwać od X muzy o wiele więcej.

Paweł Mozolewski

Share With:
Inline
Inline