Stanisław Tym

Stanisław Tym – Róbcie dobre filmy!

Niedawnym gościem w Gdyńskim Centrum Filmowym była legenda polskiej komedii- Stanisław Tym. Wygłosił on wykład mistrzowski dla gdańskich studentów Filmoznawstwa oraz adeptów Gdyńskiej Szkoły Filmowej.

Paulina Radke dowiedziała się jaki był pierwowzór Oscarowego przemówienia Andrzeja Wajdy i dlaczego polskie komedie przestają być śmieszne. Zapraszamy do przeczytania szczerej rozmowy z ikona polskiej komedii.

Czy polskie kino zna się na żartach?

Myślę, że się zna. To znaczy, z czasów mojej obecności w polskim kinie, mogę powiedzieć: TAK, zna się ! Więcej – mój pierwszy film w jakim brałem udział to była właśnie komedia „Cafe pod Minogą” w reżyserii Broka.

A czy to nie jest tak, że z czasem w Polsce tworzy się coraz mniej śmieszne komedie?

Komedia jest jednym ze sposobów opowiadania o świecie, więc jeżeli się o nim umie opowiadać i tę formę się zna to musi być śmiesznie. A jeżeli się nikt nie śmieje to znaczy, że albo ludzie nie mają poczucia humoru albo komedia jest źle zrobiona. Widziałem kiedyś taki plakat, który głosił: „Nowa polska śmieszna komedia”, więc jeżeli nie jest śmieszna to zawsze można napisać, że jest i może takową się stanie.

Pisze Pan wiele felietonów, zazwyczaj ironicznych, ale i gorzkich. A co Pana denerwuje w polskim przemyśle filmowym?

Denerwuje to może za dużo powiedziane. Po prostu czasy są takie, że wszystko podlega rewolucyjnym zmianom, całe nasze życie. Daję pani słowo, że jak Japończyk zobaczył zapałki to się zdziwił. W tej chwili uważam, że film jest ciężko robić dlatego, że my za czasów Barei kręciliśmy minutę, minutę i 20 sekund na dzień. I to już było dużo, natomiast teraz kręci się po 12 minut. Aktor na przykład wchodzi na plan i mówi : „mam dla Ciebie dosłownie 20 minut”. Pieniądze są ważne. Trzeba kręcić szybko, a jak się robi szybko to wiadomo, że się robi źle.

Jaka jest wg Pana kondycja polskiego kina?

Nie mam pojęcia. Ja mieszkam na wsi, rzadko bywam w kinie. Lubię chodzić do kina jako do przytułku sztuki, przepraszam za słowo „ przytułek”, ale użyłem go zmyślnie. Teraz tam się je kukurydze i pije colę, co jest okropne, więc ja w kinie nie bywam tak często. Z reguły dowiaduję się od kogoś czy warto iść lub ryzykuję, bo wiem kto robił dany film. Z kondycją myślę, że nie jest tak źle, dobrze kombinują. Kręcą filmy ważne, zauważane nawet na świecie, ostatnio przecież nagrodzone Oscarem.

A propos Oscarów… Krąży anegdota, iż napisał Pan dla Andrzeja Wajdy przemówienie na galę w 2000 roku. Co prawda zdradził Pan Wajdzie jedno zdanie; było to tylko pierwsze zdanie, które usłyszał cały filmowy świat: „Będę mówił po polsku bo chcę powiedzieć to co myślę, a myślę zawsze po polsku”. Zdradzi nam Pan jak brzmiała dalsza część przemówienia?

To było z okazji 25 rocznicy przedstawienia Sprawa Dontona – Przybyszewskiej w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Teatr rozpoczynał  swoją obecność pod dyrekcją Zygmunta Hübnera tym właśnie przedstawieniem, które Wajda reżyserował. Na 25-lecie ówczesny dyrektor Rudziński zorganizował spotkanie reżysera i aktorów. Ja byłem wtedy na etacie reżyserskim w Teatrze Powszechnym, więc też uczestniczyłem w tym wieczorze, a wiedziałem, że leci do Ameryki odebrać tego Oscara. Andrzej skarżył się, że nie ma co powiedzieć. Usiadłem więc w garderobie, napisałem krótki tekst, który Pani przytoczyła, no i tak zaczął! Później napisałem o rodzinie, o domu, o ojcu, o Polsce. Jego ojciec był zresztą oficerem Ułanów, urodził się na Suwalszczyźnie, ja tam mieszkam, więc było mi to szczególnie bliskie. Ale dokładnie nie pamiętam co mu tam napisałem, to było kilka słów, nie było to specjalnie długie…

Pełni Pan w życiu wiele różnych ról: jest Pan aktorem, reżyserem, pisze Pan felietony, a w której z nich czuje się Pan najlepiej?

To nie są role. Ja tego nie odgrywam, tylko rzeczywiście się tym zajmuję w miarę możliwości, potrzeb i przede wszystkim – chęci. Jedyną osobą, którą uważam, że jestem z zawodu to komediopisarzem.

Czy istnieją granice żartu ?

Nie.

Czyli można śmiać się ze wszystkiego i wszystkich bez żadnych zahamowań ?

Można! Tylko subtelny dodatek polega na tym, że trzeba to umieć zrobić. Trzeba wiedzieć do kogo jest to adresowane i czy adresat będzie wiedział, że to jest powiedziane żartem i się nie obrazi, ani nie poczuje dotknięty. To są bardzo trudne sprawy i powiedziałbym nawet podstawowe. Pisanie i robienie komedii jest troszeczkę saperską robotą.

A czy nie jest teraz tak, że większość komików nie szanuje obiektu „wyśmiewanego”?

Stanisław Tym: Teraz w zasadzie każdy, kto nic nie umie może robić stand – up, albo wszelkie inne rzeczy, które kiedyś były z definicji tylko dla tych, którzy umieją to robić. Teraz nie ma żadnego znaczenia, że się nie umie. Publiczność już również nie bardzo wie czy ktoś umie czy nie. Wystarczą pewne rekwizyty słowne, aby oni się śmiali, a to już jest zupełnie inny gatunek .

W tym roku swoje 40 urodziny obchodzi kultowy film Rejs. Może ma Pan kilka anegdot dotyczących pracy na planie, bo przecież był Pan jednym z nielicznych profesjonalnych aktorów w ekipie, większość stanowili naturszczycy.

O sobie też mogę powiedzieć, że byłem naturszczykiem. Nie skończyłem żadnej uczelni aktorskiej, bo zostałem wyrzucony. Anegdot specjalnie nie mam, bo jednak w pracy zawsze najważniejsze jest skupienie na tym co się robi, ale było ciężko. Improwizacja była tam matką ojcem i sąsiadką. Improwizowane było prawie wszystko.

Jest Pan jakoś szczególnie związany z tym dziełem ?

Z pewnością czuje się z Rejsem związany, bo był tam duży mój udział, chociażby we wspomnianych improwizacjach. Od tego dzieła zaczęło się moje aktorskie przebywanie na ekranie. Nie spodziewałem się, że do tego dojdzie, ale tak wyszło!


 

Share With:
Inline
Inline