W Hadewijch z 2009 roku Bruno Dumonta porusza szeroko pojmowaną problematykę wiary. W warstwie wysuwającej się na pierwszy plan, film dotyczy religijnego fanatyzmu, z którym jednak często wiąże się głęboka alienacja jednostki i tęsknota za doświadczeniem transcendencji w zsekularyzowanej rzeczywistości. Bohaterowie, poprzez swą radykalną ideologię, buntują się przeciwko ateistycznemu społeczeństwu, europejskiej państwowości, wreszcie – samym instytucjom religijnym, dotkniętym kryzysem.

Purpurat w rozpaczy, mnisi modlą się w swoich samotniach, a księża kuszą internetowymi odpustami. XXI wiek nie jest łaskawy dla sfery sacrum. Ideologiczne zaangażowanie kościoła, spuścizna New Age, a przede wszystkim ponowoczesna prędkość i tumiwisizm wyparły duchowość ze słownika pojęć ważnych. Nieśmiałe próby przywracania mistyki w obszar człowieczego życia – jak wykazuje Joanna Sarbiewska – poczyniło kino neomodernistyczne, a w nim tacy twórcy jak: Béla Tarr, Bruno Dumond lub Aleksander Sokurow. Mistykę negatywną, bo tym terminem określić można styl i tematykę filmowego neorealizmu, najprościej opisać jako próbę poszukiwania sacrum w nicości. Na myśl przychodzą tu wielominutowe, pozbawione akcji i wypełnione pustką ujęcia z Konia Turyńskiego. Przeżycie percepcyjne o tyle trudne w swojej powolności i estetyce, co wynagradzające swojego odbiorcę i zabierające go w zupełnie nowe rejestry świadomości.

Powszechnie wiadomo, że obieg festiwalowy podnosi rangę filmu i daje szanse na szerszą dystrybucję. Dzięki festiwalowym nagrodom reżyserzy zyskują prestiż artystyczny, co zapewnia ich dziełom szerszą dystrybucję. Niestety powyższe zjawiska nie są regułą. Wielka szkoda, bo z tego powodu widzów omija szereg znakomitych obrazów. Remember (2015) Atoma Egoyan zdaje się być tu znakomitym przykładem.

Jean Baudrillard, teoretyk nowych mediów, w 1981 roku, wieścił koniec rzeczywistości. Obrazy przemienić miały się w symulakra, które w postmodernistycznym kłączu odwołują się same do siebie. Innymi słowy, nie ważna jest prawda czy rzeczywistość – one nie istnieją. Liczy się gra cytatów, nawiązania, pastisze i reinterpretacje. Czy postmodernizm faktycznie ma tak zgubny wpływ na rzeczywistość? Krytycy Baudrillarda twierdzą, że nie. Jedno nie ulega wątpliwościom – jego teoria świetnie nadaje się do opisu obrazów propagandowych, które zakotwiczone w samych sobie, dryfują z dala od realności.

Medialnemu kreowaniu rzeczywistości poświęcili swój krótkometrażowy film eksperymentalny Walerian Borowczyk i Jan Lenica. Sztandar Młodych (1957) jest ironiczną sklejką montażową, udawaną reklamą komunistycznego czasopisma dla młodzieży. Na film składają się dynamiczne ujęcia przedstawiające świat „zgniłego zachodu” – szybkie samochody, przemoc i dzikie harce. Wszystko dzieje się w rytm jazzu i poprzecinane jest animowanymi wstawkami.

Wydaje się, że fascynacja przemocą towarzyszy ludziom od zawsze. Już w starożytności amfiteatry gromadziły tłumy pasjonujące się walkami gladiatorów, czy chętnie przyglądające się rozrywanym przez dzikie zwierzęta nieszczęśnikom. Jeśli spojrzeć na to z odpowiedniej strony, okazuje się, że cała historia ludzkości jest właściwie historią przemocy: wojen, rzezi, ludobójstw. Okrucieństwem przesiąknięta była często także sztuka – literatura i malarstwo, tak samo stało się i z filmem. Odsetek obrazów kinematograficznych przedstawiających akty agresji wydaje się ogromnym.

Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej to jeden z najbardziej oczekiwanych polskich filmów 2017 roku. Informacje o jego powstawaniu krążyły już w sieci od początku zeszłego roku, co wzbudziło wielkie zainteresowanie produkcją o autorce rodzimej rewolucji seksualnej. Premiera filmu odbędzie się w tym tygodniu (27 stycznia), ale jako zniecierpliwiony wielbiciel kina uczestniczyłem w ogólnopolskiej prapremierze w Warszawie.

Wykluczenie, inność i samotność są częstymi tematami historii filmowych, a outsider, szykanowany przez otoczenie, to wdzięczny główny bohater każdego opowiadania. Kino, tak jak i inne formy sztuki lubi pokazywać, że hejt, gnębienie i przemoc wobec jednostki osamotnionej są czynnościami łatwymi i chętnie uprawianymi, zwłaszcza, gdy popełniać je w grupie. Nie jest trudno kogoś wykluczyć, a powodów do tego są setki: wystarczy nieśmiałość, pochodzenie, wygląd, choroba, orientacja seksualna. Problem ten jest aktualny przede wszystkim dzisiaj, gdy tak wiele mówi się o dyskryminacji i uprzedzeniach. Filmy w tej kwestii lubują się zwłaszcza w bohaterach młodych (choć nie tylko), którzy początkowo wyśmiewani przez otoczenie, poprzez stopniową akceptację siebie, często z pomocą niespodziewanego sprzymierzeńca, udowadniają, że wcale nie są gorsi od pozostałych i potrafią wiele osiągnąć. Ostatnie sceny kończące się tryumfalnym zdobyciem ukochanego bądź ukochanej albo otrzymaniem pucharu w szkolnym konkursie wlewają w serca widzów pokrzepienie i nadzieję, że pomimo wątpliwości w swoje zdolności i ciągłego porównywania się z innymi, sami również są w stanie osiągnąć to, czego pragną, a niesprzyjające okoliczności nie są w stanie im przeszkodzić, jeśli tylko uwierzą w siebie. Częstymi bohaterami takich filmów są także geniusze, którzy wyśmiewani przez zazdrośników ostatecznie kończą jako wielcy naukowcy z wybitnymi osiągnięciami.

Kino, wehikuł magiczny – tak zatytułował swoje opracowanie historii światowego kina filmoznawca Adam Garbicz. Celność owego sformułowania potwierdza mało znany (acz wart uwagi) amerykański film The Hours and Times (1991, reż. Christopher Munch).

Zaliczany do nurtu New Queer Cinema obraz stanowi rodzaj „wariacji na temat” lub trafniej: „fantazji na temat” – przenosi widza w czasie (jak na wehikuł przystało), stwarza pozory dokumentalnego realizmu (bo przecież mamy do czynienia z realnymi postaciami oraz niezaprzeczalnymi faktami), a następnie – przedstawia własną wersję wydarzeń (magia!). O ile zaskakująca może być obecność postaci Johna Lennona w filmie (częściowo) opartym na prawdziwych zdarzeniach i określanym mianem queer, o tyle nie dziwi fakt, że drugim z dwójki bohaterów jest Brian Epstein. Nie jest tajemnicą (przynajmniej dla fanów Beatlesów), że menadżer grupy – Epstein – był gejem, a członkowie zespołu wiedzieli o jego orientacji.

Inline
Inline