Blair Witch Project, reż. Eduardo Sánchez, Daniel Myrick

Taśmy Prawdy – fenomen filmów Found Footage

Dzisiejszy Homo Popcornicus jest rozpieszczony. W kinach serwuje mu się starannie przygotowane filmowe dania, które są uciechą zarówno dla jego oczu, uszu jak i czasem dla pozostałych zmysłów (w przypadku gdy chodzi na filmy 5, 10 czy 15D). Nie zawsze jednak więcej i staranniej oznacza lepiej. I tak jak w prawdziwym życiu czasem nachodzi nas potrzeba zjedzenia soczystego kebaba z jakiejś obskurnej przydrożnej budki, tak czasem potrzebujemy czegoś prostego i dosadnego, pozwalającego zanurzyć się bez zbędnych ceregieli w świecie stworzonym przez filmowców. Odpowiedzią na ten głód mogą być filmy typu found footage.

ZNALEZIONE TAŚMY

Ale czym tak naprawdę jest ten gatunek filmowy? Otóż jest to forma pseudo-dokumentu, najczęściej quasi-amatorskiego, przedstawiona za pomocą widoku z kamery lub kamer znajdujących się fizycznie w rzeczywistości realizowanego filmu. Widz więc nie ogląda zdarzeń z perspektywy jakiegoś niematerialnego punktu w przestrzeni, tylko z perspektywy obiektu, z którym świat i bohaterowie mogą wchodzić w interakcję (co zresztą często robią). Kolejną cechą charakterystyczną filmów kręconych w tej konwencji jest jakość obrazu. Najczęściej ujęcia są słabo oświetlone i chaotyczne, obraz cały czas drży i czasem, w wyniku tego co dzieje się na ekranie, pojawiają się na nim różne artefakty graficzne czy zabrudzenia. Sami aktorzy, występujący w produkcjach tego typu, są naturszczykami i w niczym nie przypominają hollywoodzkich gwiazd z najwyżej półki. Wszystkie te zabiegi mają sprawić, by widz poczuł się tak, jakby oglądał prawdziwe, lub przynajmniej sprawiające wrażenie prawdziwych, nagrania. A gdy się tak poczuje, to już tylko krok od wsiąknięcia w ekranowy świat.

FENOMEN WIEDŹMY Z BLAIR

Skąd wzięła tak wielka popularność filmów typu found footage? Przyczyn tego zjawiska należy się doszukiwać w roku 1999. To właśnie wtedy swoją premierę miał film pod tytułem Blair Witch Project w reżyserii Daniela Myricka i Eduarda Sáncheza opowiadający historię trojga studentów kręcących film dokumentalny na temat pewnej wiedźmy. Dwóm niedoświadczonym reżyserom, z dostępem do stosunkowo niewielkiego budżetu, udało się stworzyć dzieło, które położyło fundamenty i przetarło szlak przyszłym produkcjom tego typu. Sam film odniósł wielki sukces dzięki sprytnie poprowadzonej kampanii reklamowej, która podtrzymywała mit prawdziwości samego nagrania zaprezentowanego podczas seansu oraz dzięki wspomnianym wcześniej technikom filmowania i prowadzenia narracji. Autorzy umieścili na stronie filmu zdjęcia bohaterów z dopiskiem „missing” oraz rozwiesili plakaty informujące o ich zaginięciu.

Blair Witch Project, reż. Eduardo Sánchez, Daniel Myrick

UWIERZYĆ ZNACZY ZOBACZYĆ

Wyobraźnia światowej widowni była rozbudzona również dzięki zagadkowej zapowiedzi filmowej, która właściwie nie pokazywała nic specjalnego – ot, jednominutowy filmik, na którym praktycznie nic nie widać, a ktoś coś krzyczał w tle. I w sumie nie byłoby nic wyjątkowego w tej zapowiedzi, gdyby nie krótka informacja zamieszczona na jej samym początku. Informacja mówiąca, że w październiku 1994 roku trójka studentów zaginęła w lesie niedaleko Burkittsville podczas kręcenia dokumentu oraz że rok później odnaleziono ich taśmy filmowe. Tę samą informację umieszczono na początku filmu, co doprowadziło do sukcesu komercyjnego przedsięwzięcia. Ludzie wierzyli, że to, co mają przed oczami, to prawdziwe nagranie przedstawiające ostatnie chwile trójki zwykłych, podobnych do nich ludzi. I w takim przypadku chichot zasłyszany przez jednego z bohaterów podczas pierwszej nocy w lesie przestawał być tanim filmowym zabiegiem, żeby przestraszyć widzów. Stawał się wyrazem czegoś nieopisanego i strasznego, czegoś paranormalnego i nie mieszczącego się w granicach ludzkiego pojmowania, w momencie, w którym człowiek zaczynał wierzyć. Skoro to prawdziwe nagranie, to kto tak naprawdę śmiał się wtedy w nocy? Kto napastował bohaterów, kto zostawiał im te przeklęte sterty kamieni przy namiocie i wreszcie kogo lub co widziała główna bohaterka Heather (tu ciekawostka, główne postaci nazywają się tak samo jak aktorzy którzy je grali), gdy podczas nocnej ucieczki wykrzyczała „What the f*ck is that?!” patrząc z przerażeniem poza kadr? Można w tym dostrzec zabieg podobny do użytego w Szczękach Stevena Spielberga, w których to rekin ludojad został pokazany dopiero na sam koniec filmu. Wiedźma z Blair nie pojawia się nawet na sekundę. I wbrew pozorom to również działa na korzyść filmu, ponieważ człowiek najbardziej boi się tego, czego nie zna i czego nie widzi lub nie może pojąć. W chwili, w której strach zyskuje postać, kształt oraz charakter możemy można poznać jego granice i się z nim oswoić. Największym atutem wiedźmy lub chociażby demona z Paranormal Activity jest to, że nie mają określonej formy, a większość aktywności, jaką wykonują, odbywa się zwykle poza kadrem. Daje to pole do popisu ludzkiej wyobraźni potrafiącej niekiedy człowieka przestraszyć bardziej niż niejedna – rzekomo straszna – scena. Wszystkie te aspekty doprowadziły do ogromnego sukcesu Blair Witch Project oraz spopularyzowały formułę filmu typu found footage, co w efekcie doprowadziło do powstania wielu innych, lepszych lub gorszych, produkcji tego samego gatunku.

Skoro już mowa o produkcjach inspirowanych Blair Witch Project, to warto wspomnieć czemu filmy realizowane w tej konwencji są tak atrakcyjne dla producentów i wytwórni filmowych. Zapewne, jak się wszyscy się domyślamy, czynnikiem decydującym są pieniądze. Przy wydatku około 60 tyś. dolarów na koszty produkcji niewesołe przygody trójki studentów zarobiły około 250… milionów dolarów. Można więc powiedzieć, że małe koszty produkcji tych filmów – mających przecież wyglądać na amatorskie – oraz stosunkowo niewielka obróbka potrzebna do zmontowania i edycji materiału filmowego, w perspektywie wysokich zarobków jest nawet bardziej niż zachęcająca. Zapewne to są główne powody dlaczego od czasu powstania Blair Witch Project praktycznie co roku można znaleźć w kinie kilka filmów typu found footage.

GODNI NASTĘPCY

Początek pierwszej dekady XXI wieku niestety nie obfitował już w filmy tak udane i przemyślane jak Blair Witch Project. Owszem, dzięki niemu regularnie z roku na rok zaczęły powstawać coraz to bardziej udoskonalone produkcje spod szyldu found footage, aczkolwiek kolejny duży przełom nastąpił dopiero w 2007 roku za sprawą premier kilku, teraz już kultowych, filmów takich jak REC oraz Paranormal Activity, które wprowadziły nową jakość i świeżość do gatunku. Jaume Balagueró i Paco Praza, reżyserzy wspomnianego REC, wykreowali w swoim dziele niespotykaną dotąd w filmach o zombie dynamikę i realizm, dzięki którym możemy się naprawdę wczuć w wydarzenia dziejące się na ekranie. Warto tu jeszcze wspomnieć o genialnej finałowej sekwencji na strychu, nakręconej z użyciem trybu nocnego kamery, która do dnia dzisiejszego jeży włos na głowie i stanowi wręcz podręcznikowy przykład, jak powinna wyglądać naprawdę straszna scena, w której bohaterowie są bezbronni i osaczeni przez coś potwornego.

REC, reż. Jaume Balagueró, Paco Praza

Odnosząc się zaś do Paranormal Activity, dziś, po niedawnej premierze 6 części tego cyklu, odnoszę wrażenie, że jest to taka seria jak Szybcy i wściekli wśród horrorów. Z części na część otrzymujemy mniej więcej to samo, tylko w większej ilości i w lekko zmienionej formule. W 2007 roku jednak, film ten zrobił furorę i zarobił około 175 milionów dolarów przy budżecie początkowym wynoszącym zaledwie 3 miliony. Przepis na sukces był prosty: twórcy oparli swój film na założeniach podobnych do tych z Blair Witch Project, czyli stworzyli dokumentalizowany horror, z ludzkimi, realistycznymi bohaterami którzy mają do czynienia z czymś paranormalnym. Oczywiście akcja została przedstawiona z perspektywy kamer porozrzucanych po całym domu, co tylko spotęgowało uczucie realizmu.

FOUND FOOTAGE – NIE TYLKO HORRORY

Filmy found footage to jednak nie tylko horrory. Wspomniane przeze mnie wcześniej techniki pozwalające widzowi ulec immersji sprawdzają się również dobrze przy produkcjach innego typu. Weźmy na przykład Cloverfield, czyli monster movie w reżyserii Matta Reeves’a. Dzięki przedstawieniu akcji z perspektywy kamery niesionej przez jednego z bohaterów możemy odczuć, w jak bardzo beznadziejnej sytuacji się oni znajdują oraz jak mali i nieistotni są w porównaniu do potwora, który niszczy Nowy York.

Kolejnym ciekawym filmem found footage, nie będącym horrorem, jest Kronika, która bawi się schematami kina superbohaterskiego. Wyobraźcie sobie trójkę normalnych nastolatków, która nagle otrzymała nadludzkie moce, a w pobliżu nie ma nikogo takiego jak wujek Ben, który mógłby być ich drogowskazem moralnym. O tym właśnie jest Kronika pokazująca jak cienka jest granica pomiędzy bohaterem a złoczyńcą.

Do innych dzieł przełamujących horrorowy schemat można zaliczyć film sci-fi pod tytułem Europa Report, opowiadający o wyprawie astronautów na księżyc Jowisza w poszukiwaniu obcych form życia oraz Project X będący jedyną komedią posiadającą widoczne elementy kina typu found footage.

Filmy pseudo-amatorskie lub pseudo-dokumentalne są ostatnio coraz bardziej popularne. W przyszłości reżyserowie i twórcy filmowi na pewno nie zrezygnują z tego sposobu tworzenia produkcji, ponieważ jest to tani, a jednocześnie dość dochodowy interes, tak jak my nie przestaniemy oglądać ich dzieł, gdyż pozwalają nam one zanurzyć się w filmowym świecie i chociaż przez chwilę uwierzyć, że wydarzenia przedstawione na ekranie naprawdę miały miejsce.

Mikołaj Pawłowski

Share With:
Inline
Inline