Whitney [Recenzje Magii Kina]

Whitney (2018), reż. Kevin Macdonald

Kevin Macdonald już w pierwszych minutach swojego nowego dokumentu daje do zrozumienia, że jego dzieło nie jest żerującym na sławie zmarłej artystki leniwym reportażem. Gdy w otwierającym film teledysku do How will I know głos Whitney zaczyna się zniekształcać, a obrazy choreografii tanecznych przeplatać z nagraniami zamieszek w Newark z 1967 r., ciężko nie zostać złapanym z opuszczoną gardą i bez reszty wciągnąć się w historię legendy muzyki popularnej.

Start to artystycznie wysokie C, ale po pierwszym segmencie Whitney spuszcza z tonu i skupia się raczej na  jak najbardziej rzetelnym, pozbawionym ozdobników, przedstawieniu dziejów życia i śmierci najsławniejszej przedstawicielki rodziny Houston. Jest przy tym w swej poprawności filmowej i dokumentalnej godny poszanowania – brak taniej sensacji, stronniczości, plotkarstwa i szykanowania. Do tego Kevin Macdonald świetnie operuje tempem filmu i mimo że czuć, że seans trwa pełne dwie godziny, niemalże nie sposób popaść w jakiekolwiek znużenie. Reżyserowi w tym osiągnięciu bardzo pomogło bogactwo materiałów archiwalnych zza kulis pracy artystki, które świetnie współgrają z klasycznymi wywiadami z rodziną, przyjaciółmi i współpracownikami Whitney.

Ciężko jednak brać tę podręcznikową jakość za potężny atut. W jej wyniku, przez większość czasu brak dokumentowi wyraźnej tożsamości, czegoś, co wyróżniałoby go wśród wielu innych tego typu produkcji. Są w nim jedynie przebłyski, takie jak wspomniany w pierwszym akapicie segment. Film wiele zyskuje, gdy stara się połączyć karierę Whitney Houston ze stanem amerykańskiej, czarnej społeczności w nowoczesnych Stanach Zjednoczonych Ameryki. Z rzadka interpretuje się twórczość tej piosenkarki jako pomost kulturowy, wspólny język dla nadal nie w pełni rozumiejących się ras, dlatego też te segmenty, w których Macdonald takiego zestawienia dokonuje, prezentują się tak interesująco. Reżyser nie ma jednak odwagi mocniej skupić się na tym motywie, przez co finalnie zostałem pozostawiony z delikatnym wrażeniem niewykorzystanego potencjału.

Gdy w radiu leci Whitney Houston, z reguły zmieniam stację. Jestem pełen szacunku dla jej maestrii technicznej, ale w jej muzyce z reguły nie ma absolutnie niczego, co byłoby w stanie mnie zachwycić. Szczególnie w późniejszych etapach kariery  jej kolejne utwory to dzieła bardziej rzemieślnika niż artysty. To samo czuję wobec dokumentu Kevina Macdonalda. Whitney jest filmem świetnym technicznie, ale oprócz tego rodzaju walorów, ma do zaoferowania niewiele więcej. Gdzieś chyba zabrakło zdecydowanego skoku w bok, który sprawiłby, że dokument znalazłby w sobie wymowę o wiele bardziej interesującą i prowokującą niż oczywiste: ”Whitney Houston wielką piosenkarką była”. Niemniej jednak film ten to godny testament dla Nippy (tak wokalistkę nazywali jej bliscy) i stoi ramię w ramię z również poruszającym i wartym seansu Amy. Jeśli, w przeciwieństwie do mnie, jesteś fanem artystki, to pozycja zdecydowanie obowiązkowa.

OCENA: 7/10

/R

Rafał Skwarek

Share With:
Inline
Inline