Ballada o Busterze Scruggsie – A na dachu dyliżansu jedzie trup

Ostatnimi laty wyjątkową popularność zyskują antywesterny. Za tę konwencję zabierają się zarówno doświadczeni reżyserzy, z Quentinem Tarantino na czele (Django, Nienawistna ósemka), jak i debiutanci tacy jak John Maclean (Slow West). Nie po raz pierwszy, potencjał w tej formule dostrzegli także bracia Ethan i Joel Coen, czego wynikiem jest ich najnowszy film – Ballada o Busterze Scruggsie.  

Już pierwsze ujęcie wprowadza widza w specyficzny typ narracji, na który decydują się bracia Coen. Fabułę filmu poznajemy przez księgę, której kolejne rozdziały odpowiadać mają poszczególnym segmentom filmu. Efekt ten, znany z baśniowej konwencji kina dziecięcego, jest tu znaczący – przenosi widza w czas legendarny, mityczny. Miejscem akcji staje się dziki zachód, którego utrwalony w kulturze obraz służy reżyserskiemu duetowi do przedstawienia szeregu archetypicznych postaci. Tym samym, poprzez przedstawione w filmie historie, bracia Coen starają się nakreślić obraz postaw, które brały istotny udział w formowaniu się amerykańskiej mentalności.

W związku z tym widz otrzymuję serię bardzo luźno związanych ze sobą epizodów. Co za tym idzie – są one bardzo zróżnicowane stylistycznie. Pierwszy segment, kiedy w opowieść wprowadza widza tytułowy Buster Scruggs, spokojnie mógłby znaleźć się w filmie wspomnianego wcześniej Quentina Tarantino, podczas gdy nowela, w której Liam Neeson gra showmana zarabiającego na kalekim chłopcu wprowadza w nastrój zdecydowanie bardziej melancholijny. Film przechodzi od jasnych, otwartych terenów pustynnych do klaustrofobicznej przestrzeni dyliżansu, którym bohaterowie podróżują w ostatniej noweli. Sama niejednolitość epizodów nie jest w gruncie rzeczy wadą, problematyczne jest jednak to, że poszczególne fragmenty są najzwyczajniej w świecie nierówne pod względem jakości.

Pierwsze dwa sprawiają wrażenie humorystycznych opowiastek, opartych na ekscentrycznych bohaterach i zalatujących slapstickiem gagach. Segment Panna, której brakło zimnej krwi (The Gal who got rattled) z kolei zdradza potencjał na film pełnometrażowy i w formie noweli zdaje się być opowiedziany nazbyt skrótowo. Zdecydowanie najlepiej wypada wcześniej wspomniany fragment pt. Źródło utrzymania (Meal ticket) z Liamem Neesonem w roli objazdowego artysty oraz Kanion pełen złota (All gold canyon) z Tomem Waitsem w roli podstarzałego poszukiwacza złota.

W pierwszym z dwóch wyżej wymienionych twórcy uderzają w tony w gruncie rzeczy autotematyczne. Nie ma tam co prawda samego kina, ale jest refleksja na temat drogi jaką obrała rozwijająca się w Stanach sztuka. Grany przez Neesona impresario, poprzez zamianę obdarzonego wyjątkowymi zdolnościami niepełnosprawnego chłopca na kurczaka umiejącego rachować, manifestuje czysto pragmatyczne podejście do kultury. Sztuka, z poruszającego, naznaczonego tajemnicą widowiska przechodzi do prymitywnej rozrywki bawiącej tłumy i przynoszącej lepszy zarobek. Służy więc wyłącznie jako tytułowe “źródło utrzymania”.

W segmencie Kanion pełen złota z objęć śmierci zdaje się ratować poszukiwacza złota jego własna chciwość. Akt zabicia i zakopania swojego konkurenta w jamie, z której główny bohater niedawno miał wydobywać kosztowny kruszec silnie kontrastuje z idyllicznym otoczeniem. Bracia Coen zderzają tym samym wyobrażenie o tzw. “gorączce złota” z tym co zjawisko to rzeczywiście mogło przynosić. Pod maską raju dla wytrwałych i pracowitych kryje się w istocie przestrzeń zdominowana przez brutalne działania służące zaspokojeniu zachłanności.

Interesujący jest także pomysł zbudowania filmu w ramach tytułowej “ballady” – utwór ten ma tym samym stać się czymś na kształt pieśni o przodkach, przekazywanej z pokolenia na pokolenie. Stąd też pojawiające się w filmie motywy muzyczne – śpiewem wita widza tytułowy Buster Scruggs, śpiewa poszukiwacz złota (co nie dziwi, z uwagi na bogaty muzyczny dorobek Toma Waitsa), pieśń pojawia się też na ustach łowców nagród z ostatniej sekwencji. Braciom Coen brakuje jednak nieraz sposobu na sprawne umieszczenie fragmentów muzycznych w filmowej formule, szczególnie gdy śpiew wychodzi na pierwszy plan. Muzyczny element wypada dobrze, gdy Tom Waits podśpiewuje sobie podczas swojej tułaczki (choć niewykluczone, że ulegam jego wyjątkowej barwie głosu), ale kiedy w ostatnim epizodzie widz zostaje sam na sam z pieśnią łowców nagród, w filmie dochodzi do quasi-musicalowego zawieszenia akcji. Wydarzenia tracą płynność, fragmenty te wypadają zbyt sztucznie. Brak też w takich momentach pomysłu na sprawne ogranie muzyki montażem.

W swoim podejściu do rozprawienia się z amerykańskimi mitami Joel i Ethan Coen jasno wskazują podstawową siłę rządzącą amerykanami – chciwość, pogoń za złotem leży według nich u podstaw mentalności związanej przecież z ideą “self-made man”. Nie jest oczywiście jedyny czynnik, (w epizodzie zamykającym Balladę znajdziemy też chociażby odwołanie do ślepej, purytańskiej moralności) jednak bez dwóch zdań dominujący. Zwięzłości i siły przekazu nie można odmówić segmentom Źródło utrzymania i Kanion pełen złota, jednak nie każda nowela tak dobrze spełnia swoje zadanie. Braciom Coen zdarza się popaść w niezręczny kicz (jak w otwierającej części), gubi ich także czasem potrzeba zsyntetyzowania opowieści na potrzeby konwencji( Panna której brakło zimnej krwi jest bowiem nowelą która aż się prosi o bardziej rozbudowane rozwinięcie). Nie jest to może czołówka filmów braci Coen, warto jednak zanurzyć się w ich wizję amerykańskich mitów, aby doświadczyć, jak to doskonale przedstawia ostatnia sekwencja, zanurzania się w ciemność, która demaskuje przekonanie o “amerykańskim śnie”.

ocena: 6/10

Pascal Buła

Share With:
Inline
Inline