BOHEMIAN RHAPSODY – Legenda wiecznie żywa

Gdy kilka lat temu pojawiły się pierwsze pogłoski o stworzeniu filmowej biografii zespołu Queen, zdania potencjalnych widzów i ekspertów były podzielone. Jedni pisali, że z ekscytacją czekają na produkcję, przeciwnicy natomiast utrzymywali opinię, iż legendy lepiej zostawić w spokoju, aby nie wyrządzić krzywdy dziedzictwu, jakie po sobie pozostawili. Muszę powiedzieć, że jako wielka fanka zespołu od najmłodszych lat, również miałam pewne obawy, jednak postanowiłam dać temu projektowi szansę. Z sali kinowej wyszłam zadowolona, choć z kilkoma ważnymi „ale”.

Film rozpoczyna się od sceny przedstawiającej zakulisowe prace kilka minut przed legendarnym już koncertem Live Aid mającym miejsce w 1985r. Chwilę później cofamy się o 15 lat. Rzeczywista akcja filmu rozpoczyna się w 1970 roku, kiedy to młody Mercury spotyka Briana Maya i Rogera Taylora po ich koncercie na parkingu przed barem. Tam też miała nastąpić jego inicjacja na członka zespołu. To przedstawienie, niestety błędne, jest pierwszym alarmem dla widzów, którzy zarzucają filmowi brak historycznej poprawności. Otóż Freddie poznał ich o wiele wcześniej, był fanem zespołu Smile, w którym May i Taylor grali razem. Obserwował ich poczynania i to jeden z członków zespołu zasugerował im Bulsarę na wokalistę. Kolejne ważne przeinaczenie faktów widoczne jest w scenie przedstawiającej próby do koncertu na Wembley, kiedy to Mercury miał ogłosić pozostałym członkom zespołu, iż jest nosicielem wirusa HIV. Prawdopodobnie miało to na celu jeszcze bardziej uwznioślić występ na Live Aid, jakoby był on błogosławionym darem dla artysty, któremu pozostało mało czasu. Otóż w rzeczywistości Mercury dowiedział się o chorobie prawdopodobnie dwa lata później, a zespół dowiedział się o wyroku kilka miesięcy przed jego śmiercią. Film mimo, iż nie jest dokumentem i jest w nim miejsce na inwencję scenarzysty, w moim odczuciu nie powinien przeinaczać faktów na rzecz wygodnego, ładnego obrazka, szczególnie gdy przedstawiamy historię jednego z najważniejszych i największych zespołów w historii. Kopia zawsze będzie kopią, do oryginału można się tylko bardzo zbliżyć i Bohemian Rhapsody stara się podążać tym tropem, jednak kilka przykładów rażącego naginania chronologii i faktów zmusza mnie do myślenia, czy widzowie kin nie powinni otrzymać kartki z erratą.

Freddie Mercury był, jest i pozostanie jednym z największych frontmanów wszechczasów. Mieszanina brawury, płomienności i boskiego głosu przyniosła mu światową sławę i miłość milionów fanów. Można by pomyśleć, iż pomysł podjęcia chociażby próby rzetelnego przedstawienia takiego indywiduum to misja samobójcza. Na tym samym poziomie trudności do imitacji można by postawić jedynie Bowiego, Jaggera albo Jacksona. Prawdopodobnie tego obawiałam się najbardziej. Nie chciałam, aby moje osobiste wyobrażenie idola zostało naruszone- i nie chodzi mi tu o jego uczłowieczenie (czekałam na to, by zobaczyć jak odtwórca roli ukaże jego tajemniczą, prywatną stronę), ale o to by nie ujrzeć karykatury, która chcąc nie chcąc utkwiłaby w mojej pamięci. To zadanie z odwagą przyjął na swoje barki 37-letni aktor amerykańsko-egipskiego pochodzenia Rami Malek (znany między innymi z roli Elliota Aldersona w Mr Robot) i muszę przyznać, że jak na tak trudne zadanie poradził sobie bardzo dobrze. Pomimo lekko przerysowanych sztucznych zębów i różnicy wzrostu, Malek w Bohemian Rhapsody przedstawia się autentycznie. Kto dobrze zna historię wokalisty Queen, ten wie, że pod powłoką kolorowego ptaka krył się spokojny i niezwykle wrażliwy człowiek. Aktor stworzył dwa portrety scalając je w jeden urzekający obraz. Ukazał życie gwiazdy rocka, pełnej blichtru, sławy i pieniędzy, które jednocześnie koegzystuje z niepewnością i samotnością towarzyszącą po zejściu ze sceny, w czterech ścianach domu czy hotelowych pokojach podczas tras koncertowych. Ukazał on jego człowieczeństwo nie obdzierając go z  boskiej powłoki. Freddie Mercury hipnotyzował swoimi ruchami scenicznymi – w tym miejscu Rami zasługuje na kolejną pochwałę za pracę, którą włożył w ich odtworzenie. Długie godziny ćwiczeń z trenerką ruchu Polly Bennet przyniosły piorunujący efekt widoczny na ekranie – każde spojrzenie, każdy błyskawiczny ruch mikrofonem, każdy obrót daje odczuć ducha frontmana unoszącego się nad tą postacią. Na odtwórcy roli Mercury’ego spoczywała ogromna odpowiedzialność i muszę przyznać, że mimo kilku niuansów spełnił on moje oczekiwania. Obserwując go przez dwie godziny na ekranie, odniosłam wrażenie, że to wcielenie przyszło mu naturalnie, jakby był stworzony do tej roli. Jest on jednym z najjaśniejszych punktów filmu. Małe „ale” mam jednak do scenarzystów, ponieważ film nie pokazuje tego, co działo się w życiu Freddiego przed powstaniem Queen. Jedynie wzmiankowo została poruszona historia perskiego pochodzenia, jego młodości-kiedy to jeszcze był tylko Farrokh’iem Bulsarą, studentem designu – czy stosunków z rodziną. Widz dostaje jedynie zarys pokazujący rodziców Mercury’ego jako religijne, konserwatywne figury, których światopogląd kłóci się z wizerunkiem syna smakującego nocnego życia miasta. Pomimo kilku scen interakcji między nimi – momentami wzruszających – brakuje mi tu szerszego obrazu.

Członkowie zespołu zaangażowani w proces twórczy filmu wyrazili się jasno, iż ma być to także historia przedstawiająca losy zespołu. Jako wielka fanka oczekiwałam jednak trochę więcej. Ich wpływ na ówczesną muzykę był ogromny i pozostaje znaczący po dziś dzień. Sztywne rozgraniczanie gatunków muzycznych było dla nich niedorzeczne, ograniczające możliwości i talent, dlatego też eksperymentowali na wszelkie sposoby, aby dać upust swojej kreatywności. W filmie najwięcej uwagi poświęcono procesowi twórczemu Bohemian Rhapsody – sześciominutowej muzycznej poezji, ale także takim hitom, jak funkowe Another One Bite the Dust, pełne mocy We will rock you, czy też romantyczne Love of my life dedykowane Mary Austin – życiowej miłości i przyjaciółki Freddiego.  Niestety, to wszystko. Każdy z członków tego ikonicznego zespołu, wniósł wszelkie siły, talent i indywidualność i z tego powstało coś niezwykłego, coś czego nie da się podrobić, niestety widz dostaje tylko zarys tego wszystkiego. Ironicznie, w filmie o Queen, brakuje mi Queen. Wszyscy dobrze wiemy, jak wyglądały lata 70. i 80. „Sex drugs and rock&roll” – mimo, iż jest to duże uproszczenie najczęściej do tego sprowadzają się wspomnienia z tamtych czasów. Bohemian Rhapsody dostał kategorię PG-13, w tym miejscu można zadać sobie pytanie: czy słusznie? Gazety i tabloidy śledziły dzikie imprezy, romanse, dobre i złe momenty. Samą biografią Freddiego można by obdarować nie dwa, nie trzy a kilka innych żyć. Zdecydowanie nie chodzi tu o ciągłe portretowanie seksualnych orgii, lejącego się zewsząd alkoholu czy karnawałów, na których cyrkowcy noszą tace pełne narkotyków. Byłoby to po prostu nudne, ale można by bardziej podkręcić temperaturę filmu i pokazać pazur, którego nikomu w Queen, a w szczególności Mercury’emu nigdy nie brakowało. Dopiero po rozłożeniu filmu na czynniki pierwsze doszłam do wniosku, co stanowi dla mnie największą wadę Bohemian Rhapsody – powierzchowność. Film nie porusza wielu niezwykle ciekawych wątków zapisanych na kartach historii zespołu, a część tych zawartych w filmie została ukazana zdawkowo, zamiast wsiąknąć w nie, by oddać intensywność wydarzeń. Rozumiem jednak, iż film dla mnie idealny, zawierający te wszystkie wątki trwałby dwa razy dłużej niż wersja, którą otrzymaliśmy. Dla zagorzałych fanów na pewno nie stanowiłoby problemu – dla reszty widzów prawdopodobnie tak.

Warto powiedzieć także kilka słów o warstwie technicznej. Zbędnym zdaje się być stwierdzenie, iż muzyka jest fundamentem tego filmu. Mesjasze muzyki pozostawili po sobie twórczość, która wciąż zachwyca, wzrusza i inspiruje. Jest wciąż żywa. Ciężko było mi powstrzymać się od testowania swoich wokalnych możliwości na sali kinowej (rozmawiałam z kilkoma widzami i okazało się, że nie tylko dla mnie było to wyzwanie). Rozkosze dla uszu uzupełniają świetne zdjęcia autorstwa Newtona Thomasa Sigela (Drive, Podejrzani). Szwenki, panoramy, ciekawe wykorzystanie kamery omijającej przeszkody. Krąży ona wokół bohaterów w odpowiednim rytmem, jest na zmianę spokojna i ruchliwa, w zależności od charakteru sceny. Da się odczuć jej zmysł obserwacyjny na emocje, które kłębią się w danej scenie. Montaż dopasowany został do rytmu muzyki i historii samej w sobie, tworząc jedność. Biję brawo twórcom za rekonstrukcję koncertu Live Aid. Wysiłek, który włożyli w ten projekt (tydzień zdjęciowy z dwoma tysiącami statystów, kilkutygodniowe przygotowania Rami’ego i pozostałych aktorów) nie poszły na marne. Mimo, iż rekonstrukcja występu na Wembley została okrojona na potrzeby filmu (ostatecznie zrekonstruowano cały koncert!) nie umniejszyło to jego siły przekazu. Minęły już 33 lata od oryginalnego występu Queen i mimo to nieustannie wywołuje we mnie spektrum emocji za każdym razem, gdy go oglądam. Na słowa uznania zasługuje także praca scenografów i kostiumografów, którzy idealnie oddali klimat szaleństwa, przepychu i kreatywności lat 70. i 80., a także zrekonstruowali przede wszystkim nietuzinkowe wyczucie smaku i stylu Freddiego, którym emanował na scenie, jak i poza nią.

Bohemian Rhapsody jest idealnym przykładem na to, jak niezwykle kontrastujące potrafią być oceny widzów i ekspertów. W czasie, gdy „profesjonaliści” nie pozostawiają suchej nitki na produkcji, widzowie kin rekomendują go kolejnym i podkreślają, by nie ufać brutalnym i często przejaskrawionym słowom krytyki. Minął ponad tydzień od premiery, a box office zdążył już trzykrotnie przebić budżet filmu – o czymś to jednak świadczy.

 

Nie jest to film biograficzny, który mógłby dostać u mnie to samo miejsce w sercu co The Doors Olivera Stone’a, albo chociażby Control Antona Corbijna. Epifanią nie został, ale to nic złego. Mimo wszystko cieszę się że powstał. Coś tak wspaniałego, jak muzyka zespołu Queen nigdy nie będzie skazana na zapomnienie, jednak warto ją propagować – i to zdaje się być celem Bohemian Rhapsody. Dotrzeć do serc nie tylko wiernych fanów, ale także do widzów – laików i młodszych pokoleń. Filmu tego nie należy traktować jako ukoronowanie twórczości Queen i dogłębną analizę ich życia, a bardziej jako dość zgrabną wizję ich historii, która mimo niedociągnięć i kilku nagięć faktów ma duże szanse, by Cię zainspirować, wywołać uśmiech i wzruszenie.

Ocena : 7.5/10

Klaudia Korczak

Share With:
Inline
Inline