Creed 2 – Zejść z ringu niepokonanym… [RECENZJA]

Twórcy Creeda 2 nie mieli przed sobą łatwego zadania. Zacznijmy od tego, że pierwsza część z 2015 roku była bardzo solidnym spin offem Rocky’ego. A jak wiadomo: z sequelami nie zawsze bywa lekko. Po drugie: Sylvester Stallone wziął sobie za cel kontynuację historii z Rocky’ego IV, który dziś uchodzi już za kwintesencję kiczu lat 80. i raczej polecałbym oglądać go jako „guilty pleasure”. Poza tym Creed 2 to już ósma część cyklu z uniwersum Rocky’ego [Rocky (1976), Rocky II (1979), Rocky III (1982), Rocky IV (1985), Rocky V (1990), Rocky Balboa (2006), Creed (2015)]. Czy więc formuła, zapoczątkowana przez Sylvestra Stallone’a w 1976 roku, dziś nadal ma szanse porywać tłumy? W końcu, ile można kręcić filmy bokserskie i cieszyć publiczność? Creed 2 pokazuje, że w pewnym momencie warto zawiesić rękawice. Pytanie tylko: kiedy?

Adonis Creed i Rocky Balboa przed walką o tytuł mistrza świata

Krótki opis filmu (możliwe spoilery do Rocky’ego IV)

Film opowiada historię Adonisa Creeda (Michael B. Jordan) – młodego, czarnoskórego boksera, żyjącego w ubogich dzielnicach Filadelfii. Trenowany przez Rocky’ego Balboę (Sylvester Stallone), wspina się coraz wyżej w hierarchii zawodowego boksu. Szczęśliwe chwile spowite sukcesami burzy nagłe pojawienie się Ivana Drago – byłego boksera, który przed laty, podczas jednej z walk, zamordował ojca Adonisa, byłego przyjaciela Rocky’ego – Apollo Creeda. Teraz, po latach, Ivan rzuca wyzwanie młodemu Creedowi.  Ma udowodnić, że jest prawdziwym mistrzem świata i stanąć do walki z jego synem – Victorem Drago. Zarówno Adonis, jak i Rocky, muszą więc zmierzyć się z demonami przeszłości.

Echo Rocky’ego IV

Jako fan serii, z bólem serca muszę przyznać, że niektóre z części Rocky’ego zdążyły się już mocno zestarzeć. Szczególnie czwarta odsłona, na której nowy Creed opiera się najmocniej. Jaskrawe kolory, suchy humor i wszechobecny, kiczowaty pop wyciągnięty z najtańszych szaf grających z lat 80. Aż trudno uwierzyć w niektóre pomysły z tego filmu. Pomyślelibyście chociaż, że Stallone (widocznie zauroczony ówczesną sławą Gwiezdnych wojen) postanowił wprowadzić do swojego filmu… robota? Robota, który opiekował się dziećmi Rocky’ego, podczas gdy ten walczył z Ivanem Drago w Związku Radzieckim. Trudno uwierzyć, ale w tym filmie, aż się roi od tak absurdalnych pomysłów.

Warto jednak przebrnąć przez ten festiwal tandety, ze względu na bagaż emocjonalny, który paradoksalnie z ogromną przyjemnością wniesiecie do drugiej odsłony Creeda. W pierwszej części główny bohater starał się udowodnić, że jest kimś więcej niż tylko słynnym nazwiskiem dawnego boksera. W drugiej odsłonie musi jednak zmierzyć się z legendą jego mordercy. Przez to, „zwykły” film bokserski, których w kinie mieliśmy już całą masę, zyskuje niezwykłą energię i charyzmę. Chwyta za serce i momentami wbija w fotel. Podstarzała formuła Rocky’ego, piastowanego tyle lat przez Sylvestra Stallone’a, zostaje w satysfakcjonujący sposób dopełniona motywem zemsty i fenomenalną postacią Adonisa Creeda.

Bohater

Po tej dylogii można śmiało powiedzieć, że Michael B. Jordan jest jednym z najbardziej obiecujących aktorów młodego pokolenia. Adonis Creed w jego wykonaniu to niezwykle charyzmatyczny bohater. Wojownik, który nie tylko jest odzwierciedleniem milionów fanów, dorastających przy filmach o Rockym, ale posiada również własny, przejmujący charakter, który w drugiej części uwydatnia się jeszcze bardziej. Jego problemy życiowe nie tylko się mnożą, ale są także znacznie trudniejsze, niż w pierwszej części. Mając do dyspozycji takiego aktora, grzechem byłoby nie dołożyć mu w sequelu tylu emocjonalnych scen. Na sportową pasję Michaela B. Jordana po prostu dobrze się patrzy. W końcu w poprzednim filmie dostał namaszczenie na głównego bohatera serii od samego Rocky’ego Balboa. Dla niego zaś Creed 2 jest udanym hołdem i zwieńczeniem pewnego etapu, na które po prostu zasługiwał na starość. Sylvester Stallone kolejny raz udowodnił, że jest to jego życiowa rola.

Antybohater

Po długiej przerwie od serii i niewielkiej ilości realizowanych projektów w ostatnim czasie, do filmu powrócił również Dolph Lundgren jako Ivan Drago. Na wstępie zaznaczę, że odzywa się prawie tak mało, co w Rockym IV. Jego filmowy syn – Victor Drago – główny przeciwnik Creeda, jest pod tym względem równie lakoniczny. Mimo to jednak obaj wypadają niezwykle charyzmatycznie w roli antagonistów. Ich charakter nie jest jednak oparty tylko na przeszywająco wrogim spojrzeniu i silnych lewych sierpowych. Zyskują również ciekawą historię. Rodzina Drago, niegdyś darzona niebywałym respektem w bokserskim świecie, po wydarzeniach z Rocky’ego IV została zrównana z ziemią przez rosyjską publiczność. Zostali zapomnieni i wycofali się z życia społecznego. Zamożne wille zmieniły się w obskurne mieszkania w ukraińskich blokach, a słodka sportowa duma w gorzką nienawiść i chęć odkupienia na Rockym i jego nowym uczniu. Ich historia jest przejmująca, a motywacje jasne. Muszę przyznać, że w tej serii dawno nie było tak angażujących emocjonalnie i przekonujących antagonistów.

Victor i Ivan Drago

Creed 2 jest filmem, na który warto wybrać się do kina, nawet gdy nie jest się fanem boksu. To przede wszystkim dobrze zrealizowany film o pasji, który sprawnie łączy w sobie dramatyczne momenty z życia upadłych lub powstających bokserów, z nadzwyczaj widowiskowymi scenami walk. Choć bazuje na starym sprawdzonym schemacie filmów o Rockym i nie zawsze zaskakuje, to widać, że twórcy włożyli w niego serce i pasję. I właśnie to, pomimo schematyczności, powoduje, że Creed 2 jest wart doświadczenia. A przecież o to zawsze chodziło w tych filmach – z kina miałeś wyjść tak zainspirowany i natchniony, by móc „przenosić góry”. Jeśli bazuje się film na Rockym IV i kontynuuje jeden z najlepszych współczesnych filmów sportowych, to nie da się wycisnąć więcej, niż to czym jest Creed 2. Inspirujący dla zwykłych widzów, idealny dla fanów serii.

***

Na koniec dodam, że mimo udanego filmu, aktualnie najcenniejszą radą, jaką Creed mógłby zaczerpnąć od Rocky’ego jest to, by nie realizować już więcej części. Od czasów Rocky’ego II, każda kolejna odsłona obniżała coraz bardziej swój poziom (oprócz części szóstej). Tutaj może być podobnie. Formuła filmu bokserskiego realizowana tyle lat przez Stallone’a nie jest już tak odkrywcza i tutaj twórcy naprawdę musieli się natrudzić, by wycisnąć z niej ostatnie soki (Rocky IV to bowiem najmocniejszy punkt zaczepienia, jeśli chodzi o wątek kontynuacji Creeda). Jeśli wynik kasowy i opinie krytyków będą pozytywne, to twórcy raczej dadzą zielone światło dla trzeciej części. A na ten moment kolejną odsłonę widzę raczej jako klasyczne odcinanie kuponów. Creedzie 2, gratuluję walki, ale chyba czas zejść z ringu niepokonanym.

Ocena: 7/10

Paweł Mozolewski

Share With:
Inline
Inline