Kuba Czekaj

Kuba Czekaj: Jedyne, co powoduje, że filmy się wyróżniają, to szczerość

Niedawnym gościem Uniwersytetu Gdańskiego był Kuba Czekaj. Podczas rozmowy z Olgą Gulińską i Patrycją Pankau opowiedział o źródłach swojej inspiracji oraz o formowaniu własnego języka filmowego, a także zdradził, co jest dla niego najważniejsze w kinie.

Olga Gulińska: Z Twoich filmów widzowie wychodzą albo zadowoleni, albo…

Kuba Czekaj: Niezadowoleni.

Patrycja Pankau (śmiech): Skrajnie.

O.G.: Właśnie. Jak to skomentujesz?

Kuba Czekaj: Myślę, że w czasach, kiedy zalewa nas taka masa tytułów, obojętność jest czymś, co najbardziej by mnie bolało. Dlatego mając świadomość, jak oba te filmy: czy Królewicz Olch czy Baby Bump, polaryzują publiczność, jak często wzmaga to dyskusje, które są albo na plus albo na minus tym filmom, ale są gorące, są szczere – to bardzo to lubię. Może to złe słowo „lubię”, ale bardzo mi to imponuje, bo mimo tego, że mamy różne wrażliwości (publiczność może mieć różną wrażliwość ode mnie), to jednak jest dyskusja, jest rozmowa. Kino stoi na dyskusjach, czyli dalej wierzę, że jest to miejsce, żeby rozmawiać, żeby dyskutować.  Jeżeli jest o czym, to super.

P.P.: Co wpływa na kształtowanie Twojego stylu? Jest dość oryginalny.

Kuba Czekaj: Myślę, że chyba wszystko. Są to jakieś moje doświadczenia, są to pewnie filmy, które oglądałem – filmy, których być może nawet nie pamiętam, a gdzieś się zaplątały w podświadomości. Są to ludzie z którymi przebywam, z którymi pracuję… Jest to bardzo trudne pytanie, bo nie mam na to gotowej odpowiedzi i może całe szczęście, że jest to jakiś nie do końca uświadomiony moment, jak te filmy powstają, dlaczego one powstają… Lubię to dlatego, że jest to ubrane w jakąś aurą tajemnicy.

O.G.: Czy ingerujesz w pracę operatorów i montażystów? Jeśli tak, to w jakim stopniu?

Kuba Czekaj: Jest to nasza wspólna praca. Ja też pracuję z osobami, które są moimi przyjaciółmi, które znam od lat. Mogę powiedzieć, że z większością na przykład specjalnie rozmawiamy o kształcie przyszłego filmu, znamy swoje gusta, znamy swoje smaki. Powiedziałbym, że się właściwie uzupełniamy. Tak jest na przykład z przypadkiem operatora, Adama Palenty – znamy się jeszcze z czasów szkoły. Mamy podobne „zboczenia” filmowe, tak bym to nazwał, takie jak sposób kadrowania, centralnego kadrowania, który obaj uwielbiamy. To są takie rzeczy, które są oczywiste. Oczywiście to też nie oznacza, że wszystkie filmy chcemy robić tak samo. Raczej za każdym razem próbujemy znaleźć indywidualną formę do opowieści. To jednak powoduje to, że jak się kogoś zna, to o wiele łatwiej jest zdobywać nowe rzeczy, otwierać nowe przestrzenie, ponieważ jest to zaufanie. Jest to o wiele, powiedziałbym, szybsze, łatwiejsze, a dodatkowo jeszcze przyjemne.

P.P.: Czyli charakterystyczne zdjęcia i montaż z Baby Bump są bardziej efektem wspólnej pracy, czy Twojego wcześniejszego zamysłu?

Kuba Czekaj: Muszę powiedzieć, że w przypadku Baby Bump miałem pewien zamysł na montaż, który właściwie został przygotowany z operatorem. Bo już na etapie synopisu było bardzo dużo małych, drobnych ujęć, które robią taki patchwork różnych scen, i pomysł na inscenizację  takich „refrenów”, gdzie są wolniejsze ujęcia. Oczywiście to była tylko idea. Potem jeszcze do tego przyszła praca montażystki, Magdy Chowańskiej, która też pracowała nad tempem, nad tym żeby to wszystko pulsowało, a tam gdzie była potrzeba zwolnienia, żeby to dało też jakiś rodzaj brzmienia i oddechu dla widza. Także to są właśnie jakieś naczynia połączone, bo najpierw nasze założenia z Adamem podczas przygotowania filmu, później wprowadzenie tego w życie, a później, że tak powiem, „oszlifowanie” tej idei i dodanie jakichś nowych aspektów przez autorkę montażu.

O.G.: Te zabiegi kojarzą mi się z chwytami Wesa Andersona. Czy masz jakiegoś ulubionego reżysera, którego próbujesz naśladować, którym się inspirujesz?

Kuba Czekaj: Wiesz co, nie mam tego. Pamiętam, kiedyś na takim spotkaniu dostałem pytanie od pewnego producenta, którym z amerykańskich reżyserów jestem. Ja powiedziałem, że jestem sobą. Jestem Kubą Czekajem i to chciałbym pielęgnować. Znaczy, nie trzeba tego pielęgnować. Jak to mówił z kolei polski piosenkarz Michał Wiśniewski: „Jestem, jaki jestem” – bardzo lubię to określenie i się pod nim podpisuję. Ja cały czas buduję język filmowy, którym chciałbym opowiadać historię, i po prostu jestem zgodny z moimi wyborami. Nie mogę powiedzieć, że mam jakichś mistrzów. Dzisiaj opowiadałem na spotkaniu, że oczywiście na pewno ulegam temu, co oglądam, ale nigdy, szczerze mówiąc, nie miałem jakiegoś założenia, żeby kogoś kopiować, albo żeby coś robić tak, jak u kogoś. Z drugiej strony nigdy nie planowałem być na siłę oryginalny, bo też dzisiaj o tym rozmawialiśmy, że wszystko już właściwie było. I teraz jedyne, co powoduje, że filmy się wyróżniają, to jest pewna szczerość, pewne osobiste podejście do tematu. I to powoduje, że nagle pewne tytuły można wyróżnić, chociaż to też bardzo indywidualna kwestia przyznawania takiego wyróżnienia. Jak już dzisiaj rozmawialiśmy o polaryzacji, czy to naszych, czy to innych filmów, jest to trudne do sprawiedliwego osądzenia, bo przecież kino jest strasznie niesprawiedliwe.

P.P.: Chciałabym jeszcze zapytać o wstawki z języków obcych. W Baby Bump i w Królewiczu Olch pojawia się w świadomości bohatera język angielski. Skąd taki zamysł?

Kuba Czekaj: W przypadku jednego i drugiego filmu były to bardzo racjonalne założenia. Jeśli chodzi o Królewicza, było to bardzo pragmatyczne podejście. Mamy trzy różne języki w filmie. Próbowałem w jakiś bardzo prosty sposób znaleźć środek dla tego, żeby ukazać bohatera jako osobę, która jest ponadprzeciętna. Że jest to ktoś, kto włada co najmniej trzema językami, a nie jest to umiejętność, którą posiada każdy z nas. Z drugiej strony niesie to konkretną metaforę. Jeżeli miałbym to teraz określić, to język angielski jest jakby językiem nauki, niemiecki językiem poezji, a polski określa nasze doczesne życie.

P.P.: A jaki jest Twój stosunek do psychoanalizy? Zauważyłam, że Twoje filmy często odnoszą się do teorii Freuda i Lacana. Dlaczego?

Kuba Czekaj: Trochę celowo uciekam od odpowiedzi na to pytanie, bo ja nie wiem, czy to jest pytanie do mnie. W sensie, że ja filmy robię po to, żeby pytania zadawać. Lubię trochę z tym igrać. I teraz cokolwiek nie odpowiem na to pytanie, będę wchodził w ścieżkę, która jest po drugiej stronie, buty osoby zadającej pytania, ponieważ interpretowanie własnych filmów jest trochę… Hm…

O.G.: Czyli wolisz zostawić miejsce dla interpretacji widza, zamiast wszystko określać do końca?

Kuba Czekaj: Tak, tak. Oczywiście, bardzo mnie interesują relacje rodzinne i oczywiście to wszystko ma duże odwołanie do tego, co jest elementarne. Czyli gdy mówimy o Królewiczu Olch, to relacja matka-syn, ale jeżeli bym zrobił film o relacji córka-ojciec, to też jest to coś bardzo archetypicznego i bardzo wpisanego w naszą kulturę, w nasze życie w szerokim aspekcie. Przecież wiadomo, że jeżeli rozmawiamy o tej relacji matka-syn, to matka jest pierwszą kobietą dla swojego syna. Nie będę tu powtarzał różnych o rzeczy, o których pewnie wszyscy mniej więcej wiemy. Oczywiście się z tym bawię, ale odpowiadanie na to pytanie  jest trochę nie po mojej stronie. Stawia mnie w sytuacji, w której nie chciałbym być stawiany.

P.P. (uśmiech): W takim razie zostawmy to.

O.G.: Krąży przekonanie, że reżyserzy w swoich filmach pokazują własne przeżycia, doświadczenia, własne traumy… Zgadzasz się z tym?

Kuba Czekaj: Pokazują?

O.G.: No, większość. Jednak coś w tym jest.

P.P.: I czy Ty też pokazujesz jakieś swoje traumy?

Kuba Czekaj: Może aktorzy, którzy grają w jakichś filmach, są w życiu tymi postaciami, którymi są. Wydaje mi się to bardziej skomplikowane. Oczywiście są filmy, gdzie reżyserzy eksplorują swoje życie na ekranie, jednak to kompletnie mnie nie interesuje. Raczej sięgam po to, co mnie zastanawia. Sięgam po to, czego nie rozumiem. A jestem w tych filmach
z zupełnie innej strony, jak one są robione, w jakim momencie są robione. Jeżeli miałbym odpowiedzieć na pytanie, co jest ze mnie osobistego w Królewiczu Olch, to był taki moment szukania niezależności. Zdałem sobie z tego sprawę zupełnie niedawno, że ja jako reżyser i mój bohater, szliśmy podobną drogą. Czyli jest młody chłopak, który próbuje tę pierwszą niezależność pozyskać gdzieś pomiędzy swoimi rodzicami. Ja jako reżyser, który próbuje zrobić pierwszy film, bo Królewicz miał być pierwszym filmem, próbuję mówić: „słuchajcie, ja wiem, co chcę zrobić i ja chcę zrobić to w ten sposób”, czyli też szukam swojej niezależności, swojego określenia siebie jako reżysera, jako filmowca, więc w tym sensie bardzo jest mi to bliskie. Ale na cały film wpływają różne doświadczenia, i aktorów, naszych wzajemnych relacji. Wiele osób, i to jest bardzo ciekawe, pyta mnie o to. Pamiętam szczególnie, jak na premierze Baby Bump widz do mnie podchodzi i mówi: „Ja też się wychowałem tylko z mamą”. A ja się wychowałem i z mamą i z tatą. Ludzie czasami bardzo skrótowo odbierają filmy. Ale z drugiej strony jest pod tym, powiedziałbym, ukryta nagroda. To znaczy, że jeżeli ktoś naprawdę odbiera nasze filmy bardzo osobiście, identyfikuje mnie jeden do jednego z tymi tytułami, to znaczy, że lekcję, którą wspólnie odrobiliśmy z całą ferajną ludzi… Że to zdanie było co najmniej na cztery. A może nawet na pięć, jeżeli wywołuje to takie, a nie inne konotacje. Przyznam, że na początku trochę mnie to irytowało. Szczególnie, że to się ciągnie od moich krótkich metraży, że jak robiłem Ciemnego pokoju nie trzeba się bać, to mój tata był strażnikiem, a jak robiłem Twist & Blood, to byłem gruby, jak miałem dziesięć lat. Ale nauczyłem się, że to są bardzo ważne głosy, z których powinienem być dumny.

Rozmawiały: Patrycja Pankau & Olga Gulińska

Share With:
Inline
Inline