„W lesie dziś nie zaśnie nikt” – Za górami, za lasami…

Polscy twórcy sięgają najczęściej po komedię romantyczną i film sensacyjny. To właśnie te gatunki cieszą się dużą popularnością wśród widzów i zwykle osiągają finansowy sukces. Dlatego tak bardzo ucieszyłem się na wiadomość, że twórca kontrowersyjnego Placu zabaw, Bartosz M. Kowalski, przygotowuje pierwszy polski slasher. Horror w całej historii rodzimej kinematografii zawsze stał przecież gdzieś obok – poza głównym nurtem.

Tradycja filmów grozy w naszym kraju jest bardzo uboga. Dość powiedzieć, że prawdopodobnie najsłynniejszym polskim horrorem ostatnich dwudziestu lat jest Pora mroku Grzegorza Kuczeriszki. Przyjęty bardzo negatywnie przez krytykę i publiczność obraz ledwie w zamyśle realizował gatunkowe zadania, będąc przy tym nielogiczną, zwyczajnie durną i pozbawioną fabularnego sensu produkcją.

W lesie dziś nie zaśnie nikt, wyczekiwany horror Kowalskiego, opowiada o grupce nastolatków uzależnionych od technologii, którzy przyjeżdżają na letni obóz survivalowy. Odcięci od świata i zdani tylko na siebie będą musieli zawalczyć o przetrwanie ze śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. Nawet zdawkowe zarysowanie fabuły filmu wyraźnie sugeruje, że omawiany horror jest domyślnie niczym więcej, jak tylko klasycznym slasherem. Jednak „tylko” w tym konkretnym przypadku niekoniecznie musi oznaczać coś złego. Dzięki przekonującej realizacji gatunkowych schematów Kowalskiemu udało się stworzyć nie tylko oryginalny film, ale też zaprezentować rodzimej publiczności nowe spojrzenie na kino rozrywkowe.

To, co ważne, to świadomość reżysera dotycząca konwencji jego filmu. Kowalski uzmysławia nieobytemu widzowi, na czym opiera się istota slashera. Odhacza kolejne elementy, jakie pojawiają się w filmach tego typu: ginące pojedynczo osoby, tajemniczy napastnik, letni obóz i wiele więcej. Ba, jeden z bohaterów wygłasza nawet na ten temat krótki monolog. Widz zatem zostaje przeprowadzony przez festiwal czerwonej posoki pół żartem, pół serio. Dlatego też W lesie… ogląda się tak dobrze.

Na uwagę i pochwały zasługuje także kilka innych elementów. Sceny gore, charakteryzacja, epatowanie wnętrznościami i krwią – wszystko to na poziomie inscenizacji i wykonania wygląda najczęściej obłędnie (scena z Olafem Lubaszenko będzie zapamiętana na długo). Cieszy także fakt, że twórca wplata w tok opowieści aktualne zagadnienie, jakim jest uzależnienie młodzieży od technologii. Niezmiernie szkoda jednak, że wątek ten jest jedynie punktem wyjścia i z czasem trwania historii gaśnie cały jego wydźwięk. Zupełnie jakby w trakcie realizacji reżyser zapomniał o tym temacie.

Nie obyło się oczywiście bez mniejszych lub większych wpadek. Problemem są choćby postacie drugoplanowe grane przez dorosłych aktorów. Bohaterowie w początkowych scenach filmu sprawiają wrażenie złożonych i ciekawych charakterów. Niestety fascynacja ta szybko ginie wraz z kolejnymi scenami. Mniej udaną częścią scenariusza W lesie… są dialogi pomiędzy nastolatkami. Pozbawione polotu i wymuszone rozmowy sprawiają niekiedy wrażenie oderwanych od głównego toku opowieści. Najbardziej niezrozumiałym jest jednak wprowadzenie do filmu wątku science fiction, co czyni W lesie dziś nie zaśnie nikt obrazem jeszcze bardziej banalnym.

Zdaję sobie sprawę, że slashery nigdy nie słynęły z wielopłaszczyznowych, poruszających poważne kwestie fabuł. Zbudowane na prostych rozwiązaniach i schematach miały dostarczać widzom grozę w postaci psychopatycznych morderców, brutalność z tryskającą na prawo i lewo krwią czy rozrywkę obserwowania nieudolnych ucieczek przed sadystami. Na tym tle film Kowalskiego ma zdecydowanie większe aspiracje. Szkoda tylko, że szybko je porzuca. Reżyser mimo braku konsekwencji udowadnia jednak, że bardzo dobrze odnajduje się w stylistyce krwawych filmów grozy. Dlatego fani takiego kina mogą być w dużej części usatysfakcjonowani.

W lesie dziś nie zaśnie nikt jest obrazem wyraźnie wskazującym na fascynację reżysera najsłynniejszymi filmami gatunku. Kowalski inspiruje się klasykiem Wesa Cravena (Wzgórza mają oczy), Piątkiem trzynastego Seana S. Cunninghama czy wreszcie Teksańską masakrą piłą mechaniczną Tobe’a Hoopera. Polski reżyser świadomie polemizuje z prawidłami rządzącymi poetyką slashera. Choć nie zawsze pamięta o rozpoczętych wcześniej wątkach, a wiele scen nie ma odpowiedniego napięcia, to ostatecznie wygrywa radosną zabawą, która udziela się też odbiorcy filmu. Bardzo mocno kibicuję takim produkcjom – nawet jeśli droga na szczyt idealnego polskiego horroru wiedzie przez las, w którym „dziś nie zaśnie nikt”.

Michał Kaszubowski

Korekta: Klaudia Fetta

Share With: