Początek wieku XX dla Polski i naszego kina to okres bardzo intensywny. Pojawiają się filmy o nacechowaniu typowo politycznym, propaganda odnajduje ujście w kinematografii, a dźwięk staje się bronią nie do pokonania. Historia przedstawiana ma być odskocznią, drugim dnem i przekazem. Film staje się czymś więcej niż tylko obrazem zajmującym czas.

Problematyka reprezentacji Zagłady, czy to literackiej, czy filmowej zajmuje badaczy i artystów właściwie już od czasu zakończenia II wojny światowej. Z początku zastanawiano się nawet, czy w ogóle powinno się nadawać tak traumatycznym doświadczeniom artystyczny kształt, czy przedstawiać je po prostu jako suchą relację faktów, stroniąc od jakichkolwiek zabiegów formalnych. Do dziś nie istnieje żaden uprzywilejowany, jedyny słuszny sposób ukazywania Zagłady.

Filmy dokumentalne dotykające problematyki Holocaustu nie zakorzeniły się tak mocno w świadomości widzów, jak dzieła o charakterze fabularnym. Shoah (Claude Lanzmann), Noc i mgła (Alain Resnais), Młyny śmierci (Billy Wilder) to tytuły, które nie są obecnie tak dobrze znane jak Lista Schindlera, W ciemności, czy Chłopiec w pasiastej piżamie.

Inxeba. Zakazana ścieżka w reżyserii Johna Trengove’a nie jest, wbrew pozorom, historią o zakazanej miłości. Niech nie zmylą nikogo pretensjonalne melodramatyczne sceny – nie chodzi tu przecież o łzy wzruszenia ani święte oburzenie (na tych „złych”, którzy nie pozwalają bohaterom połączyć się na zawsze w miłosnym uniesieniu). Zamiast tego Trengove chłodnym okiem analizuje mechanizm społecznej opresji, w którym zacierają się granicę pomiędzy oprawcą a ofiarą.

Wątki psychoanalityczne w kinie to wątki wzięte z życia i snu. Przykładowo: źle spałem zeszłej nocy. Obudziłem się o trzeciej nad ranem z wrażeniem, że mam za sobą jakiś niezrozumiały sen. Jak zwykle towarzyszyło temu uczucie absurdu i deja-vu, jakbym widział już raz obejrzany film. Zanim zadałem sobie pytanie: „Is this a real life or is this just fantasy?, z widza przeobraziłem się w pacjenta, a moim terapeutą stał się ekran i film.

Jakub Gierszał, syn Marka Gierszała, polskiego aktora grającego w niemieckich produkcjach, smykałkę do aktorstwa ma we krwi. Obdarzony nordycką urodą i zimnym, demonicznym spojrzeniem, wytwarza wokół siebie aurę dostojności. Wdziękiem i talentem osiąga wysokiej klasy grę aktorską. Bogate już doświadczenie zawodowe zgrabnie łączy ze świeżością i siłą młodego wieku.

Rodziny Beksińskich chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Jej specyficzni członkowie stali się już postaciami legendarnymi, a ich niezwykłe losy doczekały się zarówno literackich, jak i filmowych interpretacji. Tajemniczy, jeszcze parę lat temu znani wyłącznie fanom alternatywnej, mrocznej sztuki, Zdzisław, Zofia i Tomek, fascynują coraz szerszą publiczność. Tym razem po ich historię sięgnął w swoim najnowszym dokumencie Marcin Borchardt. Czy Album wideofoniczny to tylko kolejna, powstała na fali popularności Beksińskich produkcja, czy może dzieło pokazujące nieznane dotąd strony ich osobowości?

Historia kinematografii uzmysławia, iż reżyserujący aktor nie jest niczym, ani nowatorskim, ani niezwykłym. Wraz z rozwojem i rozpowszechnianiem kina na początku XX wieku, aktorzy zaczęli stawać po drugiej stronie kamer, próbować swoich sił i… tworzyć dzieła! Wystarczy wspomnieć tutaj Charliego Chaplina i Bustera Keatona. Znakomity warsztat aktorski i śmiała koncepcja reżyserska to składowe ich pracy. Na barkach reżysera spoczywają kwestie formy, języka, konwencji, inscenizacji, scenopisu. Słowem, wszystkie elementy, przez które chce on przekazać treść i ideę filmu. Znajomość warsztatu aktorskiego może być pomocna, np. w zakresie koncepcji gry aktorskiej czy ujęć. Próżno jednak doszukiwać się zależności, pomiędzy udziałem w niezliczonej ilości kreacji aktorskich, a spełnieniem się w roli reżysera.

Inline
Inline