Pierwszy człowiek [Recenzja]

Pierwszy człowiek to kolejnie dzieło Damiena Chazelle’a, reżysera, którego filmy mają na koncie już niemal dziesięć Oscarów. Przed seansem jego kolejnej produkcji zastanawiałem się, czy na kolejnej gali uda mu się powtórzyć sukces Whiplash i La La Land, czy może presja okaże się zbyt duża. Mamy w końcu do czynienia z twórcą jak na hollywoodzkie standardy dość młodym, bo zaledwie trzydziestotrzyletnim.

W przypadku Chazelle’a zawsze można być pewnym jednego: dźwięk będzie na najwyższym możliwym poziomie. Sprawdziło się to w jego dwóch poprzednich produkcjach, dlatego i przy Pierwszym człowieku można było śmiało założyć, że będzie podobnie. To nie są kolejne Gwiezdne Wojny, gdzie statki zgrabnie lawirują między asteroidami. W nowym filmie Chazelle’a słychać najmniejszy zgrzyt każdej wysyłanej w kosmos metalowej konstrukcji, „skleconej naprędce”, by pokazać wyższość technologiczną nad ZSRR.

Pod względem operatorskim twórcy również nie mają się czego wstydzić. Jedno z ujęć w kosmosie to prawdziwe arcydzieło, zaplanowane z tak ogromną pieczołowitością i dbałością o szczegóły, że widz sam mógł poczuć się, jakby był w przestrzeni kosmicznej. Jednak nie tylko na tego typu “epickie” ujęcia warto zwrócić uwagę, ale też na te bardziej standardowe, w domu Armstrongów. Jest to bowiem film zaskakująco kameralny. Mamy więc do czynienia na przykład ze sceną, w której Neil informuje zebraną przy stole rodzinę, że może nie wrócić z misji. Na koniec widzimy bohaterów oświetlonych tylko jedną lampą. Otacza ich mrok przypominający kosmiczną próżnię, w której później znajdzie się postać grana przez Ryana Goslinga. Motyw przewodni filmu ani na chwilę nie pozwala nam o sobie zapomnieć.

Montaż skutecznie kreuje napięcie w scenach pełnych akcji, ale twórcy umieją też zwolnić tempo, kiedy trzeba. Historia jest prowadzona poprawnie i pod tym względem nie można mieć tej produkcji nic do zarzucenia.

Jeśli chodzi o wady najnowszego dzieła Chazelle’a, to trudno określić, czy są one słabościami tego konkretnego filmu, czy raczej wynikają z tego, że reżyser przy poprzednich produkcjach zawiesił sobie poprzeczkę zbyt wysoko. W Pierwszym człowieku trudno doszukiwać się tak wyrazistych postaci, jak na przykład Terence Fletcher, grany przez J.K. Simmonsa w Whiplash, czy Mia z La La Land, w którą wcielała się Emma Stone. W nowym filmie Chazella zabrakło przede wszystkim jakiejś istotnej postaci z charakterem, podobnej do tych, do których reżyser przyzwyczaił nas w swoich poprzednich produkcjach. Bardzo duży potencjał miała postać Clarie Foy, która wcielała się w żonę kosmonauty, Janet Armstrong. Niestety w ostatecznym rozrachunku było jej zbyt mało w całej historii, żeby miała na cokolwiek wpływ. Kiedy jednak pojawiała się na ekranie, “kradła show”, przyciągając uwagę widza, i to właśnie sceny jej konfrontacji z filmowym mężem i innymi bohaterami były najbardziej angażujące. Scena z lądowaniem na Księżycu oczywiście była bardzo widowiskowa, ale więcej emocji czułem, gdy Janet postawiła się mężowi, zmuszając go, by poinformował dzieci o niebezpieczeństwie podejmowanej misji. Jeśli już natomiast przy dzieciach jesteśmy, to warto wspomnieć, że wypadły naprawdę wiarygodnie, co nie jest łatwe. Podobnie można podsumować występ pozostałych postaci drugoplanowych. Zagrały wiarygodnie, ale żadna z nich nie była choćby w minimalnym stopniu tak porywająca i godna zapamiętania, jak postać Janet.

Główny bohater niestety również nie wypada najlepiej. Nie szukałbym jednak winowajców wśród scenarzystów. Powód takiego stanu rzeczy jest dwojaki. Z jednej strony, znając medialny wizerunek Neila Armstronga, można stwierdzić, że Ryan Gosling odwzorował tę postać naprawdę dobrze. Armstrong był przede wszystkim człowiekiem, takim jak my wszyscy. Miał rodzinę, którą kochał i która się o niego martwiła. Był też osobą, której po wyprawie na Księżyc, mówiąc kolokwialnie, woda sodowa nie uderzyła do głowy. Nie szukał poklasku. Bardzo trudno podsumować kogoś takiego w scenariuszu, a co dopiero zagrać. Jednak mimo że Gosling wydawałby się idealny do roli skromnego kosmonauty, po jego występie można odczuć pewien niedosyt. Trudno zaangażować się w rozgrywające się na ekranie wydarzenia, kiedy na twarzy protagonisty tego zaangażowania nie widać. Postać Goslinga nie była zupełnie pozbawiona emocji, ale z powodu jego sposobu gry w moim odczuciu wypadało to nijako. Taki sam wyraz twarzy miał w La La Land, podobnie też zagrał w filmie Blade Runner 2049, jednak w obu tych kreacjach taki typ gry był bardziej uzasadniony. Natomiast w Pierwszym Człowieku wygląda to tak, jakby Armstronga nudziła ta cała szopka z wyprawą na Księżyc. Jakby tylko czekał, aż to wszystko będzie już za nim, żeby mieć już w końcu święty spokój. Podobne wrażenie odniosłem przy jego konfrontacjach z żoną. Jej argumenty albo odbijały się od niego jak od ściany, albo łaskawie były przyjmowane, wyłącznie dla świętego spokoju. Jak już wcześniej wspomniałem, bardzo dużo straciła na tym sprawczość, jaką miała postać grana przez Clarie Foy. Przez to, mimo jej znakomitego występu, trudno było brać postać Janet na poważnie, jako coś więcej niż urozmaicenie filmu.

 

Po wyjściu z sali kinowej dominującym uczuciem, które mi towarzyszyło, był niedosyt. Filmowi brakowało charakteru, jaki dałby mu wyrazisty główny bohater. Nie potrafię niestety powiedzieć, czy odczucia towarzyszące mi (oraz – jak zauważyłem – wielu innym widzom) były spowodowane tym, że nie spodobała mi się interpretacja Goslinga, czy może tym, że Neil Armstrong po prostu w istocie taki był. Nie żywię żadnej urazy do aktora, wręcz przeciwnie, bardzo podobał mi się przy okazji występów w innych produkcjach. Dlatego też wątpię, żeby była to kwestia nieudanego castingu. Jeśli jednak powodem był rzeczywisty charakter Armstronga, to warto zadać sobie pytanie: Czy taki film w ogóle był potrzebny?

Oskar Wadowski

Korekta: Anna Felskowska

Share With:
Inline
Inline