Performer

Z jednej strony to cenny pokaz sztuki performance’u, z pozoru jednej z nowszych (oczywiście ta „nowość” jest dyskusyjna, raczej chodzi o to, że te aktywności istnieją wciąż poza kanonem, bo generacyjnie to dość stara sztuka). Podobnie jak w filmie Jesteś bogiem „skanonizowano” fragment kultury popularnej, awansując ją do kultury wysokiej gestem zaproszenia, błogosławieństwa i wyposażenia w artystowską aurę. Film jako mistrz ceremonii chrzczący „dzikiego” adepta. To cenne, choć nie wiadomo na ile trwałe, bo i sam performance, choćby go nie wiadomo jak nobilitować, jest nietrwały. Wynika to z jego natury, co zresztą podkreślono w dialogach.

Brzmiały te dialogi trochę jak utyskiwanie na to, że sztuka, którą wybrał sobie bohater tego filmu, jest kapryśna i zawiodła go gdzieś na manowce.

Z drugiej strony, choć nie da się odmówić walorów artystycznych tym działaniom, dostaliśmy chyba na talerzu coś więcej niż żywą metaforę, którą – wbrew jej naturze – utrwalono „ku pamięci”. Dostaliśmy też ideologię. Stary mit o artyście, hmm… niezrozumianym, niezależnym, cierpiącym za miliony, artyście, którego zabija jego sztuka. Najpierw zabija powoli – biedą i brakiem aplauzu, a potem – dosłownie. Ta dosłowność jest też oczywiście metaforą i na każdym z pięter sprowadza się do tego samego: ach, ach, ach!

Ja w to nie wierzę. Artysta zabijający się cynicznie jak Jan Potocki (nawet jeśli to legenda – niech żyje!) jest bardziej twórczy niż artysta zabijający się ostentacyjnie tragicznie. Zwłaszcza, że od wiersza Andrzeja Bursy Poeta sprawa jest zamknięta, na postawę cierpiętniczą mogą się łapać jedynie egzaltowane licealistki.

Cała reszta filmu jest podporządkowana tym założeniom i jeśli pod tym kątem się przyjrzeć – zrealizowano to sprawnie. Jedynie ów kąt patrzenia wydaje mi się co najmniej podejrzany. Mam nadzieję, że na tym nie skończą się polskie filmy o zjawisku performance. Bo samo zjawisko warte jest czegoś więcej niż nieco wadliwie zarysowana i w sumie poprawna ideowo historia. Niech będzie niepoprawna i bez wad.

Najlepszym i najbardziej poruszającym momentem nie jest ten, w którym „niezrozumiany artysta” wlewa w siebie płynny metal, a ten, kiedy oddaje hołd mistrzowi, Zbigniewowi Warpechowskiemu. I jeśli chciałbym ten film uznać za ważny, to właśnie jako hołd dla Warpechowskiego.

Sławomir Płatek

Share With:
Inline
Inline