To my [RECENZJE MAGII KINA]

Agresywna kampania reklamowa sprawiła, że o istnieniu To my ciężko nie wiedzieć. Nożyce, czerwień i Lupita Nyong’o wydają się spoglądać na nas zewsząd, zapowiadając krew i strach. Znając apetyt polskiej publiczności na co głośniejsze filmy grozy, nie powinno to dziwić. Ja jednak uprzedzam – nowy film reżysera Uciekaj! to nie tyle horror podparty komentarzem społecznym, co komentarz społeczny w konwencji kina grozy.

Główne danie, czyli właśne wszelkie kwestie socjologiczno-ekonomiczno-ideologiczne pozwolę sobie jednak zostawić Kamilowi i jego wykształceniu politologicznemu. Ja zajmę się swoistym entrée.

Moja jednostronna znajomość z Jordanem Peelem (ja go znam, on mnie nie) rozpoczęła się za sprawą jego serii komediowych skeczy, tworzonych wraz z Keeganem-Michaelem Keyem, o wdzięcznej nazwie Key & Peele. Parę lat temu kilkuminutowe scenki na Youtubie zdarzało mi się pochłaniać jedna po drugiej, śmiejąc się z kolejnych, głupawo przedstawionych komentarzy i spostrzeżeń na temat amerykańskiego społeczeństwa. Panowie nigdy nie wstrzymywali się w wyśmiewaniu absolutnie wszystkich, bez względu na płeć, pochodzenie, zawód, czy choćby rasę.. No właśnie, rasę. Key i Peele zawsze byli mocno związani z czarnoskórą społecznością i ich twórczość była jej wpływem przesiąknięta – oczywiście również w humorystycznych tonach. [W To my ta kwestia też jest bardzo ważna, ale ja nie będę nic Kamilowi podbierał.]

Zdarzało się jednak, że skecze nie były wyłącznie źródłem śmiechu. Raz na jakiś czas żarty umieszczane były w takich okolicznościach, że mieszały się z ciarkami przechodzącymi po plecach (vide Make-A-Wish). Reżyser w jednym z wywiadów stwierdził, że horror i komedia to dwie strony tej samej monety. I tak jak Key & Peele czasem stawiał na śmiech z domieszką strachu, tak w To my humor jest tylko okazjonalnym posmakiem historii napędzanej strachem.

Najnowszy film Peele’a opowiada historię Adelaidy Wilson, która wraz z mężem i dwójką dzieci przyjeżdża do domku letniskowego. W jego pobliżu, na plaży w Santa Cruz, wiele lat temu doświadczyła traumatycznego spotkania w gabinecie luster. Od tego czasu miewa paranoiczne niepokoje. W nocy na podjeździe posesji pojawiają się cztery, uśmiechające się w przerażający sposób, ubrane w czerwone uniformy postacie, które wyglądają jak ich sobowtóry. Dalej oczywiście nic nie powiem, ale już w ramach tego oszczędnego zawiązania akcji wymieniłem trzy elementy, które wcześniej można było zobaczyć w komedio-horrorowych skeczach reżysera. Gabinet luster i uniform (no dobra, tam niebieski) w Hall of Mirrors a znaczące uśmiechy w Shining. Peele to twórca postmodernistyczny i popkulturowo zaznajomiony, który kolejnymi nawiązaniami (jak widać, również do samego siebie), symbolikami i mrugnięciami okiem stoi. Pierwszy kadr filmu mówi o tajemniczej sieci podziemnych tuneli, rozpiętej na terytorium całych Stanów Zjednoczonych, a już za kilka chwil wśród rekwizytów łatwo można dojrzeć kasety z Goonies i C.H.U.D., których akcja rozgrywa się głównie pod powierzchnią globu. Krwawy obraz po jednej ze scen jako żywo przypomina znany kadr z Lśnienia. Co rusz odnaleźć można powtarzające się oznaczenie „11:11” z Księgi Jeremiasza: „Dlatego tak mówi Pan: Oto sprowadzę na nich nieszczęście, z którego nie będą mogli się wydostać, a gdy będą wołać do mnie, nie wysłucham ich”. Obecne od pierwszego kadru króliki znajdują swe odzwierciedlenie w wietnamskim napisie na bluzie jednej z bohaterek. O tym jak mocno film łączy się z teledyskiem do Thriller Michaela Jacksona z uprzejmości nie wspomnę.

Przypominam przy tym, że to o czym tu piszę to w sumie tylko przystawka przed głównymi ukrytymi znaczeniami narracji. I w ramach tego przypomnienia chcę dojść do mojego największego zarzutu wobec nowego filmu Peele’a. Jego potężne kopanie drugich den i budowanie skomplikowanych konstrukcji symbolicznych sprawia, że choć wszystko na ekranie wydaje się mieć sens alegoryczny, to zdarza się, że cierpi na tym podstawowa historia, którą obserwujemy na ekranie. Gdzieś w połowie film delikatnie wypada z rytmu, okazjonalna „druga strona monety”  ryzykownie zbliża się do parodii, a atmosfera grozy znacznie zanika, co dla wielu osób może być w horrorze niewybaczalne. Oczywiście, nie twierdzę, że obraz przestaje być intrygujący. Absolutnie nie, to nadal wciągające dzieło, po prostu już nie takie straszne.

Na szczęście niepokój zachowuje warstwa techniczna. Bardzo sprawnie zrealizowane zdjęcia lubią pokazać grozę dziejącą się w tle, gdzieś na skraju wzroku. Przestrzeń audio pozostanie mi zaś na długo w głowie za sprawą dwóch elementów – niepokojącej ścieżki muzycznej Michaela Abelsa z podniosłym, łacińsko brzmiącym (choć tak naprawdę złożonym z przypadkowym sylab) Anthem na czele i inspirowanego dysfonią spastyczną sposobu mowy głównego antagonisty.

W ogólnym rozrachunku To my i jego nierówność najlepiej pokazują mi rozmowy poseansowe z dziewczyną i przyjaciółmi. Kolejne interpretacje symbolik jeszcze przez wiele godzin pojawiały się na naszych konwersacjach internetowych. Zaś dyskusje o głównej narracji mój przyjaciel Łukasz zamknął kilka minut po wstaniu z kinowego fotela, mówiąc, że film po pewnym czasie „no nawet się nie starał”. Niemniej jednak najnowsze dzieło Peele’a to naprawdę ciekawy seans, tyle tylko, że mogło być czymś zdecydowanie więcej.

OCENA: 7/10

/R

Jeśli ja oglądałem horror w sali kinowej i niespecjalnie się bałem, to horror ten nie był najpewniej straszny. Atmosfera niepokoju towarzyszyła nam przy okazji oglądania To My od pierwszych minut do… No właśnie, trudno stwierdzić dokładnie do kiedy, ale z pewnością nie do samego końca. Widz, który przyszedł do kina zachęcony gatunkowością, a niezaznajomiony i co za tym idzie nieprzygotowany na kino społecznie zaangażowane, mógł się w pewnym punkcie rozczarować. Sęk w tym, że na poziomie komentarza społecznego Jordan Peele po raz kolejny wchodzi na wyżyny. Nie wiem dokładnie w którym momencie film przestał być straszny (użyłbym słabszego słowa ‚niepokojący’ gdyby nie fakt, że lustra i dopplegangery to moja ogromna słabość) z jednego prostego powodu – film bardzo płynnie przekuł moje zaniepokojenie w czystą ciekawość. Minusem mógłby być fakt, że ciekawość wynikała w dużej mierze z moich oczekiwań, które nie muszą być cechą wspólną wszystkich widzów i nie wynikają bezpośrednio z seansu. Niech jednak wpływa to negatywnie na ich ocenę, nie na moją.

Podstawową symboliką zawartą w filmie jest dualizm – jak z dwóch części złożone są istotne dla warstwy fabularnej nożyczki (w tym przypadku narzędzie mordu, nie krawieckie), tak podwójni są przedstawieni bohaterowie. Poza tym, że ma to znaczenie dla horrorowego schematu historii, jest to (przede wszystkim) główna oś warstwy symbolicznej. O tej drugiej bardzo trudno wyczerpująco mówić bez zdradzania tej pierwszej, co mocno utrudnia formułę recenzji. Na dużym poziomie ogólności jednak, Jordan Peele pokazuje nam dwa światy, dwie warstwy społeczne – ci, których genetyczna loteria nagrodziła dostatnim życiem, oraz ci, którzy takiej szansy nie dostali.  Problemem tych drugich nie jest samo ich istnienie, ale fakt, że tak długo jak nie wyjdą z przysłowiowych tuneli, o których wspomniał Rafał, tak długo jak nie zaczną mordować (w warstwie alegorycznej – nie zaczną dochodzić do głosu w sposób radykalny), pozostają niezauważeni.

Co jednak kluczowe, reżyser wskazuje nam na wpływ otoczenia na nasze życie, obala popularny amerykański mit pokroju ‚od pucybuta do milionera’, który od lat karmi amerykańskie społeczeństwo przeświadczeniem, że każdy ma szansę osiągnąć sukces, niezależnie od pochodzenia społecznego. Nie jest to prawda – paradoksalnie, zwłaszcza w społeczeństwie amerykańskim. W tym społeczeństwie, w którym większość miejsc na prestiżowych uniwersytetach zarezerwowanych jest dla dzieci wysoko postawionych absolwentów, skorych dotować uczelnię z dna głębokiej od pokoleń kieszeni.  W tym społeczeństwie, w którym bieda jest cechą dziedziczną, a w ogromnej części rodzin związana bezpośrednio jeszcze z czasami kolonialnymi, a więc kolorem skóry i pochodzeniem. W tym społeczeństwie, które dotknięte globalizacją środków produkcji tworzy ogromne ilości tzw. zubożałej klasy średniej, której miejsca pracy dawno już uciekły do Azji Południowo-Wschodniej. Ci wszyscy żyjący poniżej średniej, nie mający większych szans na społeczny awans, na co dzień niezauważani, w pewnym momencie po prostu muszą dać upust swojej frustracji, co w filmie Jordana Peele’a kończy się wyjściem z podziemi i mordem, a w świecie realnym może zakończyć się w najgorszym przypadku wyjściem na ulice i…

Dlaczego jednak ci, których przedstawiłem jako alegorię sfrustrowanych i niezauważanych części społeczeństwa Stanów Zjednoczonych, pokazani są jako sobowtóry tych, którym się w życiu powiodło? W dużej mierze dlatego, że taka sytuacja mogło spotkać każdego i nie mamy na to wielkiego wpływu – to swego rodzaju nemezis, jakim zdaje się być otaczający i kształtujący nas świat. Bardzo ważną furtkę interpretacyjną zostawia główny plot twist, którego duża część widzów może się prędzej czy później domyślić. Nie zdradzając go sensu stricto napisze tak – ci ludzie mogą jeszcze dobrze żyć, ich los da się zmienić – pokazuje to jeden z bohaterów. Końcową sekwencją reżyser stawia jednak pytanie, czy nie jest już przypadkiem za późno?

Niewiele napisałem o samym filmie, jego warstwie fabularnej czy technicznej. Dlaczego nie przeszkadzała mi zanikająca w tym horrorze straszność? Bo z biegiem filmu byłem coraz bardziej ciekawy tego, jakie karty odsłoni przede mną reżyser – jak wytłumaczy mi kolejnymi sekwencjami alegoryczną warstwę swojego obrazu. Żeby jednak oderwać się trochę od tego drugiego dna – mnie To My na płaszczyźnie fabularnej wcale specjalnie nie rozczarował. Ot, rodzina walcząca z przeciwnościami pokroju plagi zombie, radząca sobie to lepiej lub gorzej z zaistniałym zagrożeniem. W pewnym momencie może zbyt dobrze, co trochę odziera narrację z emocji, ale cóż – wiem, że nie po to się na tej sali kinowej spotkaliśmy. Peele nie byłby też sobą, gdyby nie zostawił w swoim obrazie całej masy wątków humorystycznych i mrugnięć oka do osób potrafiących odczytać konwencje. I tak grany przez Winstona Duke’a Gabe, czyli ojciec rodziny, rzuca zabawnymi tekścikami w praktycznie każdej nieadekwatnej sytuacji, zbliżając się do granicy irytującego przerysowania. Co ważne – zbliżając się, nie przekraczając ją. Mam też teorię, że Peele napisał w scenariuszu jedną tylko, drobną, epizodyczną postać, pojawiającą się w najmniej spodziewanym momencie i na moment odwracając atmosferę grozy w komizm i napisał ją tylko w jednym celu – żeby zabawić się ze stereotypem horroru. Peele napisał jedną malutką postać tylko po to, żeby czarnoskóry bohater nie zginął pierwszy. Za takie mrugnięcia okiem kocham tego gościa.

Koniec końców to jest kawał świetnego kina. Lubię, kiedy film angażuje mnie na kilku płaszczyznach – w tym przypadku z początku na płaszczyźnie emocjonalnej, później już  społecznej, w międzyczasie sondując moje obycie popkulturowe. Momenty efektywnej grozy, piękna stylistyka i design sił zła, nieprawdopodobnie szeroka warstwa symboliczna, duża ilość kulturowych nawiązań i bardzo subtelna dawka humoru, a to wszystko całkowicie kontrolowane i pełni świadome. W ten sposób Peele nakręcił film, który na pewno trafi do listy najlepszych produkcji 2019 roku i najpewniej będzie bardzo wysoko.

9/10

/K

Rafał Skwarek, Kamil Kucharski

Share With:
Inline
Inline