Zjawa – Wszyscy jesteśmy dzikusami
Zjawa jest jednym z najważniejszych filmów roku. Nawet nie dlatego, że to obraz zdobywcy ostatniego Oscara, który miał w tym roku rozbić bank z nagrodami. Miliony widzów na całym świecie zastanawiały się czym zaskoczy nas kwartet: Inarritu, Lubezki, DiCaprio i Hardy. Według mnie otrzymaliśmy symfonię kinowego piękna, które przenosi nas w inny, mistyczny wymiar.
Starcie gigantów
Zjawa łączy w sobie jak się może wydawać sprzeczne tendencje- sensacyjną fabułę i oniryczność przypominającą arthouse. Z jednej strony jest trzymającym w napięciu westernem, a z drugiej dramatem o wyniszczeniu Indian. Śledzimy losy Hugha Glassa – europejskiego trapera, który rywalizuje z naturą o swoje życie i na gruncie moralnym z Johnem Fritzgeraldem. W rolę mężczyzn wcielili się Leonardo DiCaprio i Tom Hardy, wskutek czego przez trzy godziny oglądamy wyrównany pojedynek aktorski. Nie szkodzi on dziełu, a nawet jeszcze bardziej przyciąga naszą uwagę. Gwiazdorzy zamiast śmieszyć drwalomodną stylizacją, pozwalają uwierzyć w realność swoich kreacji. Tom Hardy swoimi naturalnymi warunkami dobrze wpasowywał się w rolę XIX-wiecznego myśliwego, jednak zazwyczaj pedantyczny DiCaprio naprawdę szokuje daleko idącą transformacją.
Na równi z aktorami charakter obrazowi nadał Emmanuel Lubezki, Jack Fish i Hamish Purdy. Pierwszego pana nie trzeba przedstawiać – dwukrotny laureat Nagrody Akademii, współpracownik: Tima Burtona, Alfonso Cuarona, Martina Scorsese czy Michaela Manna. Długie ujęcia amerykańskiej przyrody to monumentalny pomnik, przekraczają minimum percepcyjne i pozwalające rozsmakować się widokami. Operator nie pokazuje jednak tylko spokojnych obrazków, wprowadzająca scena batalistyczna powinna być pokazywana w szkołach filmowych jako przykład wirtuozerii fachu. Jak na rozmiar produkcji raczej skromna potyczka, wskutek dynamicznych ujęć ze steadicamów i kranów zamienia się w pułapkę bez możliwości ucieczki. Razem z bohaterami czujemy strach i nieuchronność indiańskiej machiny wojennej. Dwaj pozostali panowie, których wymieniłem u góry mogą już nie być tak dobrze znani (zazwyczaj bagatelizujemy rolę scenografów). Dostali oni, przez tematykę filmu, trudne zadanie przedstawiania ran szarpanych, poparzeń i blizn. Efekt pracy jest znakomity, i mimo, że nie jest to wdzięczna praca (cała scenografia ma naturalistyczny charakter) zasługuje na uznanie.
Zjawa – Śmierć Indian
W oscarowym zgiełku i gradzie nazwisk nie możemy zapomnieć o wymowie filmu. Inarritu stawia pytania: o wyższości szeroko rozumianej kultury zachodu. Czy biały człowiek przybywając do Ameryki nie zgubił Boga? Czy rzekomo wyższe wartości nie są dla nas abstrakcją? Czy zniszczona kultura Indiańska nie była lepsza od naszej ? Autor nie tylko naprowadza na problemy, ale udziela często trudnych odpowiedzi. Film można interpretować nie tylko przez pryzmat historii, ale nawet dzisiejszej buty zachodu. W czasie projekcji Zjawy mamy czas się nad tym zastanowić, a towarzyszy temu mistyczna aura – równolegle z głównym wątkiem fabularnym oglądamy sceny przedstawiające momenty śmierci i snu. Przypominają one wcześniejsze dzieło meksykanina- Biutifull. Zjawa pokazuje jego najwyższą formę i, moim zdaniem, przyćmiła ubiegłorocznego Birdmana. Aby się o to tym przekonać należy wybrać się do kina, gdzie po seansie wielu z nas odkryje swoją przynależność plemienną i na chwilę stanie się Indianinem.
Mateusz Deryło