DEADPOOL

Deadpool – zabić ich śmiechem!

Żeby dowiedzieć się, kim jest Deadpool, koniecznie należy zacząć od tego, kim nie jest. Choć pochodzi z rodziny Marvela, zdecydowanie nie jest superbohaterem. Owszem, można go określić jako super – był obiektem eksperymentów, w wyniku których: 1) zyskał zdolność do niezwykle szybkiej regeneracji, 2) zdecydował się wcisnąć w czerwony lateksowy kostium, 3) oraz przemianować się z Wade’a Wilsona na Deadpoola. Nie nadstawia jednak karku w imię ideałów, nie wierzy w dobro wspólne, ważne jest tylko dobro własne bądź najbliższych. Nie wygłasza wzniosłych frazesów, tylko swoją, przeważnie niecenzuralną, prawdę – bolesną jak cios w splot słoneczny. Nie uznaje żadnych zasad, prócz tych przez niego ustalonych, które z rozpędu też zdarza mu się łamać. Żeby nie było więc żadnych wątpliwości – w lateksie czy nie, Wade Wilson, aka Deadpool, NIE jest bohaterem.

Dobrze, gdy to już jest jasne, możemy przejść dalej.

Deadpool vs Marvel

Co zawsze najbardziej podobało mi się w postaci naszego nie-bohatera, to właśnie ten jego anty-charakter. Samą swoją osobą i zachowaniem burzył cały komiksowy schemat. Nie tylko zrezygnował ze ścieżki superbohatera, ale nie potrafił także zachowywać się jak na postać komiksu przystało. Świadomy swojego fikcyjnego istnienia, nie opuścił żadnej okazji, by zwrócić się do czytelnika z każdym żartem czy przemyśleniem, bez względu na to jak absurdalne, sprośne, okrutne czy autoironiczne by ono nie było. Prócz dostarczania dobrej zabawy, Deadpool pełnił funkcję podręcznego krzywego zwierciadła rozbijającego sztywny garnitur komiksów Marvela.

Ten sam świeży powiew można było teraz poczuć w filmowym świecie Marvela. Choć nie czułam niechęci do ostatnich adaptacji komiksów, brak wiszącego na bohaterze brzemienia potrzeby zbawiania świata był miłą odmianą. Więcej, nie tylko zrezygnowano z typowej już formuły, ale właściwie wyśmiano wszystko po kolei – od wyidealizowania superbohaterów do umieszczania dodatkowej sceny po napisach, której połowa zainteresowanych już nie zobaczy. A to tylko kropla w morzu tego, czego dosięgnął bezlitosny – i bardzo zaraźliwy – śmiech Deadpoola.

Spuścić filmowców ze smyczy

Oglądając film nie można także oprzeć się wrażeniu, że wiążąca się z Deadpoolem samowolka, przypadła do gustu również samym twórcom i dała im spore pole do popisu. Nie mając już ograniczenia w postaci kategorii wiekowej, mogli sobie pozwolić na dużo więcej niż w dotychczasowych filmach tego typu. Wszystko więc było „bardziej” – walka bardziej krwawa, miłość bardziej pikantna, a żart o wiele ostrzejszy i celniej wymierzony. A zaserwowano to w ramach dobrej historii opowiedzianej w bardzo ciekawy sposób. Już od samego początku widz zostaje rzucony w sam środek walki, nie wiedząc tak naprawdę, o co chodzi. Wszystko wyjaśnia dopiero przeplatający się z główną akcją wątek przeszłości Wade’a. Balansując między umowną teraźniejszością a przeszłością, z prawdziwą przyjemnością i niegasnącym zainteresowaniem odkrywamy całą historię niemal do samego finału. I co ważniejsze – opowiedzianej przez świetną postać, samego Deadpoola ze wszystkimi jego najlepszymi cechami. Duża w tym zasługa wcielającego się w tytułowego bohatera Ryana Reynoldsa, którego zaangażowanie i energia jeszcze dodatkowo ubarwiła postać. To wszystko sprawia, że w przeciwieństwie do innych produkcji Marvela, tu rzeczywiście skupiamy się na bohaterze. Deadpool opowiada o sobie i walczy we własnej sprawie – całą swoją osobą zajął nawet miejsce, które przeważnie przypada na rozwiązywanie problemu skali światowej. W przypadku filmu poświęconego jednej konkretnej postaci, wydaje się to być jak najbardziej korzystne – pozwala to stworzyć jeszcze dokładniejszy obraz bohatera, dla którego w końcu widz przyszedł do kina. Daje to wystarczająco dużo czasu, by zdążyć przedstawić oba oblicza postaci – śmiertelnie niebezpiecznego Deadpoola oraz kochającego i zmagającego się z chorobą Wade’a Wilsona.

DEADPOOL

Całość więc można podsumować jako mieszankę wszystkiego – jest walka z krwią i flakami, są żarty wszelkiej maści, jest miłość zarówno ostra, jak i poruszająca. Za co jednak jestem najbardziej wdzięczna, to że mimo całej jazdy po bandzie, wszystkie te elementy połączono, paradoksalnie, w granicach zdrowego rozsądku – nikt na widowni nie ma wątpliwości kiedy wyć ze śmiechu, a kiedy ze smutku czy wzruszenia. W efekcie mamy do czynienia z kawałkiem naprawdę dobrego kina.

Maria Maciaszek

Udostępnij przez: