Pasażerowie – Miłość to Kosmos
Romans S-F z elementami dreszczowca, w świetnej scenerii i z doskonałymi efektami specjalnymi. Zacznę od warstwy S-F.
Sztuczna inteligencja jest tu traktowana z ogromną rezerwą. Maszyny są piękne, ale głupie. Barman, ze wszystkimi swoimi urokami, jest niczym więcej niż tępą i rozczarowującą sumą powierzchownych cech wszystkich barmanów świata, ze wskazaniem na świat dekadencki. Uczy się, ale nie myśli. Wpływa na uczucia, ale nie czuje. Podobnie jest z wirtualnymi postaciami udającymi doradców. Najpierw zaskakują elastycznością (potrafią słuchać i zwracają się do człowieka mniej oficjalnie na jego prośbę), jednak po chwili zaczynają sztywnieć i nie potrafią niczego, czego w nich nie wdrukowano. Sprawa okazuje się jednak szersza. Cały ten pojazd również tego nie potrafi. Jest niewiarygodnie skomplikowany i „inteligentny”, problem polega na tym, że jest głupi jak but. Zepsuł się i jeśli człowiek go nie naprawi, to się wykończy zgodnie z procedurami awaryjnymi. Jest to więc kolejny akt niewiary w sztuczną inteligencję, która byłaby zdolna do czegokolwiek więcej niż mechaniczne odtworzenie ludzkich działań – bez śladu własnej inwencji maszyny. I jest to, jak się wydaje, optymistyczna warstwa filmu.
Jeśli mowa o akcie niewiary – czy są też akty wiary? Tak. Po pierwsze jest to wiara w miłość (tu dochodzimy to wątku romantycznego). I co ciekawe, nie dostajemy żadnej definicji miłości, chociaż można próbować interpretacji pewnych zachowań. Ważniejsze wydaje mi się co innego. Istnieje dwoje kochanków w całkowitej samotności i izoloacji, a ich miłość rozgrywa się na tle gigantycznego kosmosu; jego skala przerasta wszystko, co można zobaczyć z Ziemi. Te długie i stosunkowo częste ujęcia doskonale podkreślają „nieziemską” perspektywę. Tak bym chyba chciał ten film rozumieć: każda miłość jest oderwana od reszty świata i dzieje się w kompletnej izolacji. Każda miłość jest okruchem na tle nieskończoności, ale nie ma nic poza tym, czym jest ta miłość. Jeśli to jest metafora, to jest to jest znakomita i dająca do myślenia.
Miałem pewne wątpliwości co do portretu psychologicznego głównego bohatera. Dziwnie spokojnie znosił problem, z którym się spotkał. Całkowicie zmieniłem zdanie po wprowadzeniu bohaterki. Ona reaguje zupełnie inaczej. W tym momencie wiarygodność rośnie do poziomu 100%, po prostu ludzie są różni. Kilka drobnych nieścisłości nie zmienia zasadniczego wybrzmienia. Jedni mają tak, inni mają inaczej, udało się to świetnie pokazać.
Aktorstwo w zasadzie jest bez zarzutu. Warto natomiast zwrócić uwagę na wspaniałe scenografie i efekty specjalne. I nie chodzi, bynajmniej, o ich widowiskowość. Są ścisłe, konsekwentne, perfekcyjnie zrealizowane. Wszystkie służą wyłącznie osiągnięciu właściwego wydźwięku obrazu.
Szczególnie ciekawe jest to, że mamy do czynienia przez dłuższy czas z monodramem. Później – z teatrem na dwoje aktorów. I tak właściwie zostaje do końca. Raczej rzadko spotykane rozwiązanie. Nie jest to żadna „space opera”, to w najczystszej postaci dramat.
Akcja sączy się powoli i chwała za to twórcom. Znacząca część filmu po prostu snuje się. To akcja dla kinomanów, którzy nie przewijają, dla tych, którzy są szczęśliwi, że uniknęli skrótów. Nie zmienia to faktu, że rozpęd, którego obraz nabiera pod koniec, jest naprawdę imponujący. Fakt, niektóre sceny są naciągane i nieprzekonujące. Fizycznie, technicznie, logicznie – także pewna ilość zbiegów okoliczności jest mało przekonująca. Wybaczam. Wybaczam też przewidywalność. Oczywiście – ckliwość również, tanie chwyty w postaci „zwierzątek”, robotów sprzątającyh podłogi. Wszędzie i przez cały czas jest tam pełno owych tanich chwytów, ale to przecież jest kino, mało tego – to kino bez ambicji na wielkość. To kino zwyczajne, bardzo dobra opowieść do przeżycia bardzo dobrych emocji. Dlatego – wybaczam.
Na koniec wada dla mnie najpoważniejsza. Ergonomia tego statku kosmicznego jest straszna. Gigantyczna publiczna hala to po prostu kpina z wykorzystania przestrzeni w tak wyjątkowym miejscu jak pojazd kosmiczny zaprojektowany do lotu trwającego 120 lat. Chodzi, jak sądzę, wyłącznie o wątek romantyczny i wprowadzenie „na salony”. Obrzucanie widza „Titanikiem”, epatowanie luksusem. Obeszłoby się bez tego.
Warto pójść do kina i spędzić czas z bohaterami. Ostatecznie wyszedłem mile zaskoczony.
Sławomir Płatek