„Córka trenera” - kadr

Śpij, widzu, śpij. Nużąca Córka trenera [RECENZJA]

Po bardzo dobrym, choć może niedocenionym debiucie – Kamperze (2016) – Łukasz Grzegorzek przedstawia kolejny film. Podczas gdy Kamper przeplatał komizm i elementy tak zwanego „feel-good movie” z poważną refleksją, Córka trenera łączy nudę z kiepskimi żartami. Niestety.

Główną postacią filmu nie jest, wbrew pozorom, córka, ale trener – Maciej Kornet (Jacek Braciak). Wozi swoją pociechę i jednocześnie podopieczną tenisistkę – nastoletnią Wiktorię – po kraju, z jednego turnieju na drugi. Wszystkiemu przyświeca oczywiście ambitny plan dotarcia na sam szczyt. Wielki Szlem czy Wimbledon to terminy rozpalające wyobraźnię trenera tak bardzo, że nawet nie śmie wymawiać ich głośno. Wiktoria nie podziela jednak zapału ojca. Pewnego dnia mówi: dosyć.

Sam pomysł fabularny daje nadzieję na dobre, emocjonujące kino. Co otrzymujemy w zamian? Bardzo przeciętny, nużący dramat, dodatkowo z marnym skutkiem pretendujący do miana komedii. Winny jest z pewnością słaby scenariusz: nieciekawe dialogi, brak wyrazistych postaci (oprócz bohatera granego przez Braciaka – o tym za chwilę), brak scen, które mogłyby poruszyć i zapaść w pamięć. Nawet momenty, które teoretycznie powinny zawierać większy ładunek emocjonalny (np. końcowa kłótnia ojca z córką) nie wybijały się na tle pozostałych. Powodem tego stanu rzeczy jest nuda, która „sączy” się z ekranu od pierwszej minuty i zwyczajnie nie pozwala zaangażować się w historię. Córkę trenera można przyrównać do dania bez smaku: ani pikantna, ani słodka ani gorzka. Tak jakby sam reżyser nie był pewny, jaki nadać filmowi wyraz.

Karolina Bruchnicka i Jacek Braciak – „Córka trenera”

Pozytywnym akcentem pozostaje wysokiej klasy aktorstwo Jacka Braciaka. Jego bohater – Maciej Kornet – jest zresztą postacią nieźle napisaną, ciekawą, złożoną. Niestety nie sposób użyć takich określeń w stosunku do pozostałych bohaterów Córki trenera. O Wiktorii (Karolina Bruchnicka) możemy powiedzieć tylko tyle, że jest już znudzona karierą tenisistki (może stąd ta ekranowa nuda?). Poza tym jako postać pozostaje całkiem „bezkształtna”, antypatyczna. I nie wiadomo, czy jest to spowodowane słabą grą aktorską, czy może tym, że Bruchnicka po prostu nie miała szansy się wykazać. Z kolei ukochany Wiktorii, Igor (Bartłomiej Kowalski), jest tak mało wyrazisty, że równie dobrze można by go zastąpić drewnianą marionetką.

W obsadzie Córki… znalazł się również aktor Piotr Żurawski, który wcielił się w lekkoducha, współczesnego hippisa o pseudonimie „Cysorz”. Cysorz, jako postać, prawdopodobnie miał pełnić rolę tego, który pokazuje bohaterce, że „można żyć inaczej”, umacniając ją w decyzji o porzuceniu kariery sportowej. Prawdopodobnie – bo wskazuje na to chłodna analiza scen z jego udziałem (a nie, jak powinno się oczekiwać, emocjonalny wydźwięk tych scen). Nie pastwiąc się już jednak nad scenariuszem, zauważę, że poprzez postać Cysorza reżyser „puszcza oko” do widzów (co akurat należy zapisać na plus). Żurawski zagrał w końcu pierwszoplanową rolę w poprzednim filmie Grzegorzka. A główny bohater Kampera to nikt inny jak lekkoduch, wieczny chłopiec, „niebieski ptak”. Dodajmy, że Cysorz z Córki trenera mieszka w przyczepie – kamperze, co odsyła naturalnie do Kampera (nawet jeśli tytuł ten miał szersze znaczenie). Gry intertekstualne oczywiście zawsze są w cenie. Smuci jedynie, że Grzegorzek nie umieścił ich w lepszym filmie.

Karolina Bruchnicka i Piotr Żurawski – „Córka trenera”

Na koniec muszę wspomnieć o jeszcze jednym mankamencie, tym razem technicznym. Chodzi w zasadzie o pojedynczy błąd, który może nie byłby wart opisywania, gdyby nie to, że pojawia się we wspomnianej już scenie kłótni ojca z córką. Rozmowa, która mogłaby (ewentualnie) kandydować do nielicznego grona „emocjonujących momentów”, traci przez to dodatkowo na wyrazie. Maciej i Wiktoria kłócą się więc w samochodzie; po ostrej wymianie zdań zdenerwowana Wiktoria wysiada. Kamera pozostaje w aucie, co znaczy, że jako widzowie obserwujemy dziewczynę ze środka pojazdu, przez szybę. Po chwili Wiktoria podchodzi do auta, puka w szybę i zadaje ojcu pytanie. Jej głos jest słyszalny dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy jeszcze była w aucie, choć przecież powinny stłumić go zamknięte drzwi… Czytelnik może stwierdzić, że to błahostka. Jednak ta „błahostka” rozbawiła widzów w kinie bardziej, niż wcześniejsze filmowe „żarty”. Możliwe też, że był to śmiech przez łzy (łzy rozczarowania rzecz jasna).

W jednej ze scen Maciej mówi do córki: „Śpij, kochanie, śpij”. Mam wrażenie, że wyraził tym samym przesłanie Córki…. Osobiście nudziłam się na filmie, a nie jestem typem widza, który oczekuje w kinie fajerwerków. Może twórcom wystarczyłoby po prostu więcej odwagi? Zdecydowania? Szczerości? W końcu reżyser – jak sam mówi – oparł filmową historię o własne doświadczenia. Podejrzewam, że doświadczenia te są znacznie ciekawsze, niż to, co pokazał na ekranie. Bądź co bądź, mam nadzieję, że Córka trenera pozostanie tylko wypadkiem przy pracy, a utalentowany Grzegorzek w przyszłości podzieli się ze światem znacznie lepszymi produkcjami.

 

Córka trenera, reż. Łukasz Grzegorzek, scen. Krzysztof Umiński, Łukasz Grzegorzek, premiera w Polsce: 1 marca 2019

Share With:
Inline
Inline