Dywizjon 303. Historia prawdziwa [Recenzja]

W wielkich bólach rodziła się polska produkcja opiewająca Dywizjon 303, kto choć trochę śledził zmienność wiatrów i prądów tego przedsięwzięcia, wie, że nawet nie ma co się o tym rozpisywać. Dość powiedzieć, że atmosfera wokół filmu stała się nieznośna i mało kto wierzył, że w ogóle powstanie. Jeśli natomiast pojawiała się wiara w jego realizację, natychmiast szła za tym myśl, że może jednak lepiej nie. Budżet nie zapowiadał superprodukcji, doświadczenie też nie było atutem (choć trzeba też pamiętać, że doświadczenie niczego nie gwarantuje, wystarczy przypomnieć potworka w postaci Bitwy Warszawskiej bardzo doświadczonego twórcy). Obawy się więc mnożyły, czas się dłużył, a filmu nie było. W tym samym czasie na chybcika wyprodukowano w Wielkiej Brytanii w miarę udany, choć dość prowizoryczny 303. Bitwa o Anglię (recenzowany tutaj). I dobrze, że wyprodukowano, ale byłoby naprawdę źle, gdyby na tym się skończyło.

Jak z tym scenariuszem?

Polska produkcja zaskakuje bowiem po pierwsze niezłym scenariuszem, który różni się dość znacznie od skąpych zapowiedzi spływających przez ostatnie dwa lata z różnych źródeł. I nie jest rozsądny zarzut, że film jest zlepkiem niepowiązanych epizodów. Po pierwsze – książka Dywizjon 303 jest tak naprawdę zbiorem opowiadań powiązanych wspólnym tematem, a nie fabułą „od – do” i jeśli trzymać się jej, to naprawdę niełatwo przeprowadzić szkolną wersję „wędrówki bohatera”. Mamy tu do czynienia z bohaterem zbiorowym, z którego wyodrębniono kilka postaci, ale nie jest to osobista historia żadnego z nich. Mamy też do czynienia z całkiem przyzwoicie zilustrowaną ekranowo prawdą historyczną, a historia niestety nie jest narracyjna, bliżej jej do owego „zlepku epizodów” niż do opowieści według reguł campbellowskich. Jest więc pewien niedostatek dramaturgii, który można i należy wybaczyć dla innych walorów. Choćby dla samego doboru aktorów i ich podobieństwa do „oryginałów”, a obsada jest międzynarodowa.

Ciekawe jest też ukazanie antagonistów – tu, w przeciwieństwie do 303. Bitwa o Anglię, polscy piloci mają przeciwników. Nie jest to konflikt o wielkiej mocy dramaturgicznej, warto jednak podkreślić, że relacje te są dość złożone. Dwóch niemieckich mistrzów pilotażu poznajemy bliżej – jeden dziedziczy tradycję rycerskości, zanikłą po I wojnie światowej, drugi jest bezwzględnym nazistą. Obaj będą musieli stoczyć pojedynki z Polakami. Są dobrą reprezentacją Luftwaffe – niemieccy piloci byli najmniej znazyfikowaną grupą w tej armii. Wciąż jeszcze, pomimo ordynarnych rządów hitlerowców nie było łatwo dostać się do tych formacji, a część lotników miała pochodzenie arystokratyczne, choć w porównaniu do poprzedniego konfliktu były to już tylko strzępy dawnej świetności (vide – Błękitny Max).

Jeśli już jesteśmy przy bohaterach – w przeciwieństwie do konkurencyjnej brytyjskiej produkcji mamy dokładniej zarysowane charaktery, nie ma ustawicznego poniżania Brytyjczyków (choć wytknięto im historyczne błędy), a romans przebiega burzliwie, jest złożony i ma drugie dno – propagandowe.

Urbanowicz mieści w sobie kilka postaci. Wbrew fabule nigdy nie brał udziału w zawodach lotniczych, ten wątek przypomina jednak dokonania wielu innych, jak Bolesława Orlińskiego czy załóg startujących w Challenge, wielokrotnie pokonujących Niemców na polu sportowym. Jeśli chodzi o wątki przedwojenne, niejednego ucieszą sceny retrospektywne z tego okresu, w krótkich ujęciach nie tylko podkreśla się znakomite kwalifikacje polskich inżynierów, można też zobaczyć PZL P-11 i PWS-26.

Po drugie – efekty specjalne są o niebo (nomen-omen) lepsze niż w filmie 303. Bitwa o Anglię. To jest jeden z najbardziej newralgicznych punktów, o które było najwięcej obaw i, co tu dużo mówić, defetyzmu – że w Polsce i przy takim budżecie to się nie może udać. Twórcy poszli na jakość, a nie na ilość. Być może właśnie z powodów budżetowych scen walk powietrznych jest niewiele, odtworzono dokładniej tylko dwa typy samolotów, inne pojawiają się epizodycznie. Kiedy jednak mamy już pojedynki w powietrzu, samoloty wyglądają jak prawdziwe, dobra jest też praca kamery, a same starcia są emocjonujące. Trzeba też podkreślić udźwiękowienie. Rozmowy, a nawet oddech pilotów w maskach tlenowych, skrzypienie dźwigarów i wręg podczas manewrów, odgłosy broni pokładowej. Od strony wizualnej i batalistycznej można czuć niedosyt, ale jak wspomniałem, raczej wynikający z ilości, a nie z jakości. To świetne sceny, tylko jest ich mało.

Faktem jest, że film trafi bardziej do widza znającego historię i książkę Fiedlera niż do kogoś, kto nie ma o tym większego pojęcia. Jest to pewna wada, ale w graniach tolerancji. Znajomość historii i techniki lotniczej zdecydowanie podniesie przyjemność podczas projekcji, bo pojawia się wiele „smaczków” począwszy od szczegółów konstrukcyjnych ówczesnych maszyn, przez taktykę walki powietrznej, po aluzje do wydarzeń obyczajowych i nie sposób ich wszystkich wymieniać. Straci więc widz, który niewiele wie o historii, ale i zyska. W niektórych scenach pojawia się bowiem BF-109 z okrągłymi końcówkami skrzydeł i obłą obudową silnika, jest to wersja F lub G, prawdopodobnie stojąca w jakimś muzeum. Te wersje w 1940 roku jeszcze nie istniały i jest to najpoważniejsza wpadka historyczna.

Trochę też zaskakująca jest scena dekoracji, z której wynika, że Dywizjon składał się niemal w całości z obcokrajowców uważających się za Polaków. Niezupełnie rozumiem jej wymowę, poza może sugestią, że II RP była państwem wielonarodowym. Tych pilotów było zaledwie kilku, a nie każdy noszący obcojęzyczne nazwisko jest obcokrajowcem, nawet z pochodzenia.

Wbrew krytyce

Dla pełnej jasności proponuję sobie przypomnieć klasyczne dzieła, w których ukazano wielkie historyczne operacje wojenne i przyjrzeć się, czy przypadkiem nie są „zlepkiem epizodów”. Zacznijmy od brytyjskiej Bitwy o Anglię (1969), a potem można już płynąć: O jeden most za dalekoNajdłuższy dzieńBitwa o Ardeny, wszystkie te klasyki są zrobione dokładnie tak, jak 303.Historia prawdziwa, Bitwa o MidwayTora! Tora! Tora!, można tak ciągnąć długo. Może nie każdy recenzent pamięta, bo mam nadzieję, że każdy oglądał. Nie ma sensu wymieniać drobniejszych wad czy niedoróbek, które zdarzają się przecież i w znacznie droższych produkcjach bardziej doświadczonych kinematografii. Zarzuty, jakie się podnosi, w większości wynikają z samej specyfiki opowiadanej historii. W przeciwieństwie do 303.Bitwa o Anglię pojawia się wystarczająco dobrze zarysowany antagonista, a relacje między postaciami są złożone. Sztucznego, nadmiernego patosu tu nie odnalazłem, odnalazłem natomiast jak najbardziej realistyczne historycznie sprawozdanie o prawdziwym bohaterstwie i prywatnym życiu grupy żołnierzy. Pokazanie tego w inny sposób byłoby pokazywaniem nieprawdy – w imię czego? Odnoszę wrażenie, że nie mamy nawyku oglądania efektownych polskich filmów wojennych. Widz i krytyk w tym kraju (piszę to śledząc na bieżąco recenzje 303) wciąż oczekuje dawki tragedii, głębokiej psychologii i rewizjonizmu. Zrobienie filmu o Dywizjonie 303 opowiadającego o płaczu, klęsce i upadku mitów byłoby absurdem. Otrzymaliśmy zamiast tego naprawdę dobrą produkcję o zwycięstwie, do tego bliską faktom historycznym. Mam nadzieję, że stanie się produktem eksportowym.

Sławomir Płatek

303. Historia prawdziwa, reż. Denis Delić; scen. Jacek Samojłowicz, Krzysztof Burdza, Tomasy Kępski; Polska, 2018. Wyst.: Piotr Adamczyk, Maciej Zakościelny, Maciej Cymorek, Antoni Królikowski; muz. Łukasz Pieprzyk; zdj. Waldemar Szmidt.

7/10

Udostępnij przez: