Fuga – Ja ciebie nigdy nie kochałam, prawda? [RECENZJA]

Mężczyzna pamięta, że ocknął się na żwirze obok torów. Podniósł się z trudem i szedł przed siebie tak długo, aż dotarł na Dworzec – jak się później okazało – Centralny w Warszawie. Kiedy próbował zmyć krew z twarzy, nie poznał swojego odbicia. Nie wiedział kim jest, gdzie mieszka, co się właściwie wydarzyło. Człowiek bez nazwiska, bez przeszłości, bez rodziny. Imię ma. Nadali mu je górale – niech Ci będzie Jan. Te trzy litery stanowią jego cały dobytek. Kim jest człowiek, który powstał z torów? To pytanie zadaje sobie wielu Polaków, jednak jak na razie nie znaleziono na nie odpowiedzi, a sam zainteresowany pomimo upływu czasu nic sobie nie przypomina. Jego pamięć uległa całkowitej amputacji. Takie zjawisko nazywamy dysocjacją.

Fuga, z łaciny ucieczka, to nerwicowe zaburzenie osobowości, powstałe na skutek traumatycznych przeżyć. Chorzy cierpią na amnezję psychogenną. Nie są świadomi swojej przeszłości. Dochodzi u nich do zjawiska utraty kontroli nad swoją tożsamością, a także pamięcią. Często ich osobowość diametralnie się zmienia. Ten problem porusza w swoim nowym filmie Agnieszka Smoczyńska, autorka Córek dancingu (2015).

Z uległej nauczycielki do punkowej buntowniczki

Alicję (Gabriela Muskała) poznajemy w momencie, gdy budzi się na torach. Nie wie kim jest, nie pamięta co się stało. Idzie przed siebie i trafia na Dworzec Centralny w Warszawie. Brzmi znajomo, prawda? Muskała, oprócz wcielenia się w główną postać, ujawniła w Fudze swój kolejny talent – zadebiutowała jako scenarzystka. Przyznaje, że inspirację czerpała z książki Wojciecha Tochmana Człowiek, który powstał z torów oraz z zaobserwowanej niegdyś historii kobiety, która nie wiedziała kim jest i zgłosiła się do programu telewizyjnego, aby ustalić swoją tożsamość. Trzeba przyznać, że Muskała świetnie odnalazła się w roli. Mimiką wypowiada to, co ukryte między słowami. Dzięki niej postać jest prawdziwa, bez cienia fałszu i przesady. To sprawia, że  z łatwością wchodzimy w skórę Alicji i razem z nią staramy się dotrzeć do prawdy. Z mężem (Łukasz Simlat) tworzy relację pełną napięcia i emocji. Gęsta atmosfera aż unosi się na sali kinowej. Film, snując rozważania na temat kobiecej natury, stawia dość kontrowersyjne pytania – czy można zapomnieć, że jest się matką? Czy jest możliwe, aby zaburzenia osobowości doprowadziły do poczucia, że nasze dziecko stało się obce? Czy dla kogoś, kto utracił tożsamość, powrót do starej rzeczywistości to faktycznie powrót, czy raczej ucieczka? Kim jestem, a może się stałam; kim chcę być, a kim być już nie chcę – na te pytania szuka odpowiedzi bohaterka. Zmieniłam imię, bo mi się nie podobało – odpowiada synowi Alicja, dawna Kinga.

Chwilę później następuje jedna z najlepszych scen w filmie, która działa na widza z niewypowiedzianą siłą. Alicja gubi się na plaży. Zostaje sama. Poczucie pustki wręcz wyziera z ekranu. Nagle widz zostaje sam ze sobą, przytłoczony wszechogarniającym poczuciem osamotnienia. Uczucie jest tak silne, że aż nie pozwala podnieść się z fotela. Kluczowa scena zdaje się nam mówić, że właśnie Alicja zrozumiała słowa wypowiedziane do syna (swoją drogą znakomity w swej roli Iwo Rajski).

Emocjonalny wybuch

Smoczyńska z genialnym wyczuciem potrafi zamykać emocje w audiowizualnych metaforach. Dzieje się to zarówno przy pomocy zdjęć Jakuba Kijowskiego (nagroda Złotego Lwa w Gdyni), jak i muzyki Filipa Miska, która puentuje całość. Ścieżka dźwiękowa jest nienachalna, ale bardzo wymowna, uderza z wyczuciem w sam środek, punktując to, co warte podkreślenia. Niektóre kadry to prawdziwe perełki, które rodzą w widzu gąszcz emocji. Nie tylko wspomniane wyżej ujęcie na plaży, ale również hipnotyzująca scena tańca, która na chwilę wprowadza widza w trans. Warta uwagi jest również sensualna scena seksu. Ona aż kipi od różnorodnych emocji. Niesamowite, jak za pomocą samych spojrzeń i gestów można oddać tyle odmiennych od siebie uczuć. Alicją i Krzysztofem targają złość i gniew, dzikość i pożądanie, ale też niepewność z nutą obcości, zupełnie jakby ich ciała spotkały się po raz pierwszy.

Nie powinno więc dziwić, że Fuga została ciepło przyjęta przez krytyków na całym świecie. Pokazywano ją m.in. na 71. MFF w Cannes, Katalońskim Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sitges (nagroda dla najlepszego filmu pełnometrażowego), 9. Festiwalu Filmów Awangardowych w Atenach (nagroda dla Gabrieli Muskały za kreację aktorską), czy też na rodzimym 43. FPFF w Gdyni, gdzie otrzymała dwie nagrody – za wspomniane już wcześniej zdjęcia oraz debiut reżyserski. Warto wspomnieć, że Agnieszka Smoczyńska już w 2015 roku otrzymała Złotego Lwa w tej samej kategorii.

Jeśli ktoś spodziewa się, że nowe dzieło Smoczyńskiej będzie utrzymane w podobnej tonacji do jej debiutu, może poczuć się rozczarowany. O ile świat przedstawiony w pierwszym filmie reżyserki łączy elementy baśni i folkloru w ekspresyjną i budzącą wyobraźnię wizję, o tyle drugie dzieło jest wyważone, refleksyjne, bardzo introspektywne. Fuga przypomina czasem marzenie senne. Widz może poczuć się skonfundowany nagłym przeniesieniem w czasie do sytuacji, której wystąpienia scenariusz początkowo nie zdradzał. O ile w pierwszym dziele zakochać by się mógł Quentin Tarantino, o tyle drugie zdecydowanie bliższe byłoby sercu Davida Lyncha.

Natalia Osiak

Korekta: Patrycja Pankau

Share With:
Inline
Inline