43. FPFF w Gdyni | Fuga – Kino umysłu i tożsamość odniesieniowa [Recenzja]

Fuga (2018, reż. Agnieszka Smoczyńska)

Idziesz na film. Tytuł – pierwsze skojarzenie z masą wypełniającą szczeliny między kafelkami. O właściwym znaczeniu dowiadujesz się w ciągu pierwszych kilkunastu minut: fuga dysocjacyjna, czyli zaburzenie pamięci. Dotknięta nią bohaterka zjawia się w Warszawie po dwóch latach od zaginięcia. Nie wie kim jest. Milczy słysząc pytania o swoją przeszłość. Ma kłopoty i żyje w zamknięciu do momentu, kiedy w wyniku interwencji mediów dowiaduje się o niej rodzina, która twierdzi, że ma na imię Kinga i jest córką, siostrą, żoną i matką.

Alicja dowiaduje się wiele o dawnym życiu i tożsamości. Jednocześnie zaprzecza jej na każdym kroku. Kłam zaprzeczeniom zadają przede wszystkim nawyki. Właśnie w relacjach z przedmiotami, miejscami i ludźmi przebija się tożsamość Kingi. Tożsamość ta, mając swoje źródło w układzie odniesień, zmienia się w podróż w głąb umysłu bohaterki. W tym miejscu film jest niekonsekwentny.

Mamy wrażenie, że oglądamy oniryczny obraz, ale rozwinięcie i zakończenie temu zaprzeczają. Jesteśmy postawieni przed prawdą w formie bezkonfliktowych scen monologowych lub dialogowych. Wszystkie dotąd dobre momenty nakręcone z jasną wizją zostają przekreślone, a ich miejsce zajmuje kalkulacja – że widz nie zrozumie reszty filmów bez łopatologicznych wyjaśnień samych bohaterów.

Również gra aktorska temu nie służyła – miejscami zbyt teatralna w niczym nie pomagała suspensowi. Dodam, że nagość, fizyczność, cielesność w filmie zostały obdarte z tabu i z prowokacyjnego charakteru, co zaliczam na plus. Kamera, która odsłania więcej ciała dla samego ciała jest zwykłym filmem porno. W Fudze walory artystyczne przejmują ster nad scenami seksu i nagości. Intymność została zachowana, choć jej wizje nakręcono dla pełnych sal kinowych.

Na Fugę idzie się dla nazwiska reżyserki i dla tematyki, o jakiej nakręciła film. Rzeczywistość jest jednolita, powierzchnie relacji i przedmiotów zadbane, choć widać na nich ślad czasu. Zimne, nieprzyjemne barwy dominują. W półmroku ludzkie twarze wyglądają jak martwe lub czekające na śmierć. Nie wiadomo, czy dźwięki dochodzą z głowy, czy z zewnętrznego świata. Przejścia między miejscami i czasem są zaburzone, tak jak podczas snu. Widać między nimi więcej zależności rozwijania tematu niż chronologii. Przyczyna i skutek są obojętne, skoro obraz rozwija się w głąb umysłu, a nie w przód. Prześwietlenie mózgu bohaterki jest niezrozumiale podkreślona abstrakcyjnymi wstawkami, przez co odstaje od reszty filmu i nie wiadomo czemu służy. Chyba, że jest komentarzem twórców co do dalszego schodzenia w głąb – prawda o tożsamości musi przecież leżeć poza pamięcią o przedmiotach, miejscach i ludziach?

Tych, których nie zafascynowały fabuła, bohaterowie, przyciągał ruch kamery i cięcia. Zamiast uczestnictwa, Smoczyńska proponuje zaspokojenie pragnień podglądaczy-widzów. Patrzymy na patrzących twórców i na to, na co patrzą. Nawet to, co jest głęboko ukryte, a co stanowi prawdziwą tożsamość, być może inną od tej, jaką znają nasi bliscy i z jaką występujemy na co dzień.

Smoczyńska zrobiła w Fudze dobre kino umysłu. Szkoda, że z odstającym od reszty zakończeniem i dialogami, które miejscami niszczyły suspens historii.

Jeśli nie jestem sobą, może warto o tym kimś zapomnieć?

Z takim wrażeniem wychodzisz z sali kinowej.

Grzegorz Reiwer

Share With:
Inline
Inline