Marsjanin

Bycie fanem Ridleya Scotta to nie bajka. Z jednej strony darzymy go dozgonną wdzięcznością za arcydzieła pokroju Obcego czy Łowcy Androidów – filmy, które zrewolucjonizowały kino i to nie tylko w obrębie swojego gatunku. Trzeba jednak też pamiętać o licznych wpadkach, których w ostatnich latach widzieliśmy niepokojąco dużo. Choć objechane przez krytyków przeciętniaki pokroju Exodusu czy Adwokata są mimo wszystko dość sprawnie zrealizowanymi filmami, to od Scotta wymagamy dużo więcej. Nawet jego od dawna najambitniejszy projekt, Prometeusz, przez wielu został uznany za dowód na to, iż reżyser Gladiatora w końcu się wypalił. Osobiście nie zgadzałem się z podobnymi obwieszczeniami, podobnie zresztą z krytyką Prometeusza, który, poza kulejącym miejscami scenariuszem, robił duże wrażenie i dawał nadzieję na lepszą przyszłość. Mając te wszystkie myśli w głowie udałem się na przedpremierowy pokaz Marsjanina. Nie miałem wielkich oczekiwań, ale byłem zaintrygowany tematyką, obsadą oraz pierwszymi opiniami, które pojawiły się na świecie. Jak wielkie było moje zdziwienie kiedy zrozumiałem, że to zarówno najbardziej udany obraz Scotta od wielu lat jak i jeden z najlepszych filmów tego roku!

Marsjanin jest adaptacją książki Andy’ego Weira o tym samym tytule. To historia o astronaucie, który zostaje porzucony na Marsie i wbrew wszelkim szansom walczy o przetrwanie. Podczas gdy samotnie mierzy się z niegościnnością Czerwonej Planety sztab NASA próbuje znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Pod względem wagi wydarzeń to obraz zdecydowanie bliższy Grawitacji niż Interstellar. W przeciwieństwie do produkcji Nolana nie uświadczymy tu wielkich teorii naukowych, nieziemskiego patosu czy rozważań na temat istoty człowieczeństwa. I całe szczęście. Przy całej mojej sympatii dla kosmicznej odysei Matthew McConaughey’a brakowało mi filmu, który ukazałby piękny, niezbadany wszechświat i zachował przy tym trochę luzu.

Marsjanin, reż. Ridley Scott

Swoją zaskakującą lekkość produkcja zawdzięcza przede wszystkim kapitalnej roli Matta Damona. Mark Watney, astronauta i botanik, to postać, której kibicujemy już od pierwszych minut. To człowiek czynu, który zamiast pogrążyć się w biernej rozpaczy po prostu bierze się do roboty. Jego determinacja i pomysłowość budzą podziw i sympatię widza. Po pewnym czasie zżywamy się z nim; cieszymy się z sukcesów i ze zgrozą obserwujemy kolejne komplikacje. Nie udałoby się tego osiągnąć gdyby nie pierwiastek ludzki – sporadyczne załamania Marka oraz jego rozbrajające poczucie humoru przekonują nas, że oglądamy człowieka z krwi i kości, a nie konstrukt scenarzysty. To wszystko zasługa nie tylko świetnej gry Damona, ale również ciekawego pomysłu Scotta na ukazywanie astronauty poprzez zapisy z kamer, które go otaczają. Część ujęć to również swoiste „nagrania dla potomnych” tworzone przez bohatera. Są one zarówno przekonującą próbą radzenia sobie z samotnością jak i skutecznym sposobem nawiązania więzi z widzem.

Skoro już wspomniałem o warstwie technicznej, to warto ten aspekt rozwinąć. Strona wizualna to majstersztyk. Każdy kto widział Prometeusza wie czego należy się spodziewać. Imponujące i niezwykle klimatyczne zdjęcia Dariusza Wolskiego, dopracowana do perfekcji scenografia oraz rozsądne użycie magii komputerowych efektów specjalnych – wszystko to owocuje niespotykaną wiarygodnością. Zdecydowanie polecam obejrzenie wersji 3D, dzięki której obraz dodatkowo zyskuje na tym polu. Pochwał nie należy również szczędzić kompozytorowi i dźwiękowcom. Ten pierwszy, Garry Gregson-Williams idealnie wyczuł ton filmu i magiczne, czasem podniosłe utwory przeplótł z hitami disco z lat 70 i 80. Jest to fabularnie uzasadnione i zgrabnie idzie w parze ze wspomnianymi wcześniej elementami komicznymi. Co do reszty odgłosów – cóż, jeśli ktoś potrafi oprawić film science-fiction bezbłędnym udźwiękowieniem, to jest to właśnie Ridley Scott (i George Lucas, naturalnie).

Zazwyczaj ostatni akapit poświęcam mankamentom opisywanej przeze mnie produkcji. Tym razem jednak mam z tym problem ponieważ absolutnie nic nie przychodzi mi do głowy. Historia została przekazana w sposób emocjonalnie angażujący widza, ale i nieoczekiwanie lekki i humorystyczny. Potrafi rozbawić, a także poruszyć czułe struny duszy. Matt Damon zaprezentował najlepszą rolę od lat, być może nawet w całej swojej karierze. Reszta obsady również solidnie wywiązała się ze swoich zadań. Jessica Chastain, Kate Mara, Jeff Daniels, Michael Peña, Sean Bean – Ridley Scott zebrał niezwykle utalentowaną ekipę i należycie nią pokierował. Technicznie Marsjanin jest filmem wielkim – nie spektakularnym, ale dopracowanym i momentami pięknym. Może nie jest to obraz, który dotknie Was do żywego i odmieni postrzeganie ludzkiej egzystencji. To kino czysto rozrywkowe, które niejako przy okazji i nienachalnie porusza kilka istotnych kwestii. Polecam z czystym sercem i choć zdaję sobie sprawę, że moja miłość do niezbadanego bezkresu kosmosu miała wpływ na ogromne wrażenie jakie zrobił na mnie Marsjanin, to zapewniam Was, że nie potrzebujecie jej, by dobrze się bawić.

Mikołaj Lewalski

Share With:
Inline
Inline