Nienawistna Ósemka

Nienawistna ósemka – szczury w potrzasku

Tarantino, Samuel L. Jackson, Kurt Russell i Ennio Morricone. Western o ósemce degeneratów zamkniętych w drewnianej chacie. Nie wyobrażam sobie kto mógłby przejść obojętnie obok takiego połączenia. I choć efekt ostateczny nie dorównuje poziomem Pulp Fiction czy Django, to wciąż mamy do czynienia z naprawdę dobrym kinem.

Szczegółów fabuły nie należy zdradzać – dość będzie powiedzieć, że dotyczy łowcy nagród prowadzącego swoją zdobycz na stryczek, spisku wymierzonego we wspomnianego łowcę i kilku niezupełnie przypadkowych uczestników całej tej farsy. Intryga kilkukrotnie zmienia swój kurs, więc jak największa niewiedza przed seansem jest bardziej niż wskazana. Zwroty akcji nierzadko wywracają nasze wyobrażenia na temat historii i jej postaci – próby ich odgadnięcia i weryfikacja naszych podejrzeń dostarczają dużo satysfakcji. Mniej przyjemny okazał się dla mnie zaskakująco silny polityczny wydźwięk filmu. Tarantino w dość nietypowy dla siebie sposób pozwolił sobie na refleksję dotyczącą wojny secesyjnej i jej skutków. I cóż, z jednej strony należy przyznać, iż dodaje to historii głębi, z drugiej jednak gryzie się z jej rozrywkowym charakterem. W Django wątek niewolnictwa był nierozerwalnie związany z tytułowym bohaterem, jego losami i motywacją, dzięki czemu stał się naturalną częścią fabuły. W Nienawistnej ósemce cały ten polityczny komentarz wydawał mi się doklejony nieco na siłę. To również kwestia gustu, jedni będą zirytowani moralnymi kazaniami Tarantino, inni odnajdą w nich ważną dla filmu wartość.

Trudno zaś o jakiekolwiek kontrowersje w kwestii gry aktorskiej. Samuel L. Jackson i Kurt Russell są bezbłędni w swoich rolach. Każda scena z ich udziałem to czyste aktorskie złoto. Chętnie obejrzałbym serial przedstawiający życie tych antybohaterów. Reszta obsady, zwłaszcza wybierająca się na stryczek Jennifer Jason Leigh i rzekomy szeryf Walton Hoggins, nie pozostaje daleko w tyle za główną parą gwiazd. Nie ma tu ani jednej fałszywej nuty, a to niezwykle ważne w filmie, którego większość ma miejsce w jednym pomieszczeniu. Sukces takiego przedsięwzięcia opiera się bowiem na dwóch filarach – aktorstwie i scenariuszu. Pierwszy opisałem w wystarczającym stopniu, pozostaje więc pytanie jak wypada szkielet filmu? Mam wrażenie, że nieco mniej błyskotliwie niż zwykle, ale to wciąż poziom godny reżysera. Pewne sceny i kwestie to absolutne perełki, które pozwalają zignorować kilka niewypałów.

Prawdopodobnie nikogo nie zaskoczy fakt, iż warstwa wizualna zakrawa na arcydzieło. Zakochany w starszym kinie Tarantino skutecznie stylizuje Nienawistną Ósemkę na klasyczny western. Przepiękne panoramiczne kadry, długie ujęcia, fantastyczne stroje i rekwizyty – na każdym kroku widać miłość do dawnych lat kinematografii i dbałość o szczegóły. Zjawiskową stronę wizualną uzupełnia mistrzowska ścieżka dźwiękowa Morricone. Jest ona znacznie bardziej konwencjonalna niż ta z Django, stawiając raczej na orkiestrę niż wykorzystywanie piosenek. Legendarny kompozytor niezwykle skutecznie zasiewa w widzu poczucie niepewności oglądanej sytuacji i świadomości zbliżającej się eksplozji przemocy.

Nienawistna Ósemka

Prawdopodobnie nie wszyscy będą zachwyceni powolnym tempem filmu i przedłużaniem najprostszych czynności wykonywanych przez bohaterów. Częściowo rozumiem też głosy, według których Tarantino popadł w pewne samouwielbienie dla własnego stylu. Komu więc polecić Nienawistną ósemkę? Cóż, każdy fan reżysera po prostu musi obejrzeć ten film i wyrobić własną opinię na jego temat. Cała reszta powinna wiedzieć, że to długa, przepełniona typowymi dla Tarantino manieryzmami, opowieść. Inteligentna i świetnie zagrana, atrakcyjna szczególnie dla fanów intryg zamkniętych na małej przestrzeni. I choć mogą się znaleźć tacy, którzy z powagą orzekną, iż geniusz reżysera się wyczerpał, to zalecam nie zwracać uwagi na podobne rewelacje i sprawdzić Nienawistną ósemkę na własną rękę.

Mikołaj Lewalski

Share With:
Inline
Inline