Majewski Zborowski

Wiktor Zborowski i Janusz Majewski: Czy jesteście excentrykami?

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicyto właśnie ten film zdobył nagrodę Srebrnego Lwa na tegorocznym Festiwalu Filmowym w Gdyni. Choć na jego premierę musimy czekać do stycznia, to w ubiegłym tygodniu mogliśmy go zobaczyć w Gdyńskim Centrum Filmowym. Podczas projekcji gośćmi byli reżyser Janusz Majewski oraz aktor Wiktor Zborowski. Z dwójką ekscentrycznych mężczyzn rozmawiała Paulina Radke.

Czy są Panowie tytułowymi ekscentrykami?

Wiktor Zborowski: Ja na pewno: i tytułowym, i na życie.

To dlaczego w udzielonym kiedyś wywiadzie nazwał Pan siebie malkontentem?

WZ: Trzeba powiedzieć prawdę. Jestem malkontentem i naturą przedwcześnie zgorzkniałą, być może dlatego jestem też ekscentryczny.

A Pan Majewski?

Janusz Majewski: To jest pytanie, na które odpowiadać powinien ktoś z zewnątrz, bo nie sądzę, że wypowiedzi na tematy osobiste mogą być szczere, każdy troszeczkę inaczej siebie widzi. Chciałby być widziany tak, jak to sobie wymarzy, a rzeczywistość jest inna. Czy ja jestem ekscentrykiem? Pewnie tak, ponieważ staram się w jakiś sposób wyróżniać i tak było od zawsze. Gdybym nie miał zakodowanego imperatywu, że trzeba się wyróżniać, to prawdopodobnie nie uprawiałbym tego zawodu. Starałbym się wtopić, a że chciałem się wyróżniać, trzeba było wybrać zawód, który bardziej mi w tym pomoże. Tak to się zaczęło. Kiedy zacząłem uprawiać ten zawód zrozumiałem, że jestem tym, który jest po drugiej stronie kamery. Ci, którzy mają się wyróżniać, są przez nas wyróżniani przed kamerą. Wtedy usunąłem się w cień.

W takim razie, aby osiągnąć sukces w świecie filmowo-artystycznym, zawsze trzeba być ekscentrycznym?

WZ: Nie wiem, czy zawsze, ale to na pewno nie szkodzi, jeśli to jest autentyczne, bo jeżeli jest udawane, to może przeszkodzić.

JM: Granie ekscentryka zawsze wyjdzie na jaw. Trzeba być sobą, a jeżeli to powoduje, że ktoś nas może traktować jak ekscentryka to znaczy, że tacy już naprawdę jesteśmy, i nic na to nie poradzimy.

WZ: Moja córka Zosia np. kiedyś powiedziała mi: „Jak ja mogę być normalna, kiedy ja od dziecka słyszę, że awokado to jest to, co się do dupy wkłado” [śmiech]

JM: No, ale kto jej to powiedział?

WZ: Ja, ale po Adolfie Dymszy!

Wiem, że jest Pan ogromnym fanem Jazzu, czy to właśnie dlatego sięgnął Pan po książkę „Excentrycy” i stworzył jej adaptację?

JM: Oczywiście, gdybym nie przeczytał tej książki, nie nakręciłbym filmu, ale rzuciłem się na ten temat i tę książkę, bo wiedziałem, że to będzie szansa na zademonstrowanie tej mojej ukochanej muzyki z lat 50-tych. Było kilka epok Jazzu, ale ja się wychowałem w tamtej epoce, przypadało to na moją młodość. I to była okazja, aby wrócić do tego Jazzu swingowego, Jazzu big-bandów, to była bardzo silna motywacja.

A jak się Panom pracowało z muzyką na planie? Bo trudną sztuką jest zrobić film, w którym muzyka odgrywa tak ważną rolę, jak w Excentrykach.

WZ: Pracowało się dosyć ciężko, ponieważ myśmy musieli udawać, że my naprawdę gramy. Wszystkie kawałki, które my gramy jako big-band, mam odsłuchane po kilkaset razy. Po to, żeby na tej trąbce te wszystkie palcowania i zadęcia robić w odpowiednich momentach.

Długo się Pan przygotowywał do tej roli?

WZ: Dość długo. Pierwsze rozmowy z Januszem mieliśmy jakieś 3 lata wcześniej. Potem było gromadzenie pieniędzy, cuda, produkcja, a później dostawaliśmy i nagrania, i nuty. Kto umiał, mógł z tych nut czytać, ja średnio, ale rzeczywiście włożyłem strasznie dużo pracy w to, aby opanować ten instrument i aby wszyscy uwierzyli w to, że faktycznie gram. Podobnie zresztą Maciek Stuhr, Adam Ferency, Jurek Schejbal, czy Paweł Królikowski. Wszyscy ciężko nad tym pracowali. Razem z nami w big-bandzie siedzieli zawodowi muzycy, którzy już nie musieli udawać, oni po prostu wiedzieli kiedy wejść, wszystko czytali z nut, a my musieliśmy się pilnować żeby razem z nimi to wszystko równo robić, aby to wyszło synchronicznie. Tutaj robota była ciężka, natomiast ja, kiedy opanowałem już udawanie gry na trąbce, to gra w big-bandzie sprawiała mi wielka frajdę. Nie tylko dlatego, że to jest fantastyczna muzyka, ale że mi się wydawało, że ja naprawdę gram.

Czyli cała ekipa zakochała się w Jazzie?

WZ: No tak. Ja nie musiałem, ponieważ jestem ogromnym miłośnikiem właśnie tego Jazzu swingującego, Jazzu big-bandów, może troszkę bebob, ale jak wszedł free jazz, to już było za trudne dla mojego kółka elektrotechnicznego, ale rozumiem, że mogą być fanatycy tego gatunku.

JM: Ja muszę jeszcze dodać do tego, że w filmie jest scena, kiedy przychodzi Wiktor jako milicjant, do postaci granej przez Macieja Stuhra, a potem okazuje się, że jest Jazzmanem. Ta scena w książce od razu mnie chwyciła za serce i wiedziałem, że trzeba ją nagrać. Ten moment wyszedł niezwykle wiarygodnie dzięki temu, że oni oboje umieli ten numer zagrać i grali go (amatorsko) na planie. I teraz jeżeli widz widzi, że oboje umieją grać to, to uwierzytelnia później ich granie na instrumentach dętych. Było to bardzo istotne, bo niektórzy członkowie ekipy nie dość, że potrafią grać, to nawet nie są muzykalni.

Sonia Bohosiewicz wyznała, że uczyła się śpiewu przez 3 miesiące, aby dobrze wypaść na planie.

WZ: Bo to trzeba tyle czasu poświęcić, aby to pięknie wyszło, a zaśpiewała fantastycznie.

JM: Ale Sonia umie śpiewać i występowała wielokrotnie na estradzie, śpiewając niekoniecznie tego typu muzykę, ale jest obyta z dźwiękiem, ma dobrze postawiony głos, jest muzykalna. Natomiast Natalia Rybicka nigdy nie śpiewała. Poza tym czego jej nauczyli w szkole, to nigdy wcześniej nie występowała. Nie miała okazji, powodu ani chęci, a tutaj musiała się nauczyć.

Pani Natalia Rybicka w pierwotnych planach w ogóle nie miała grać w tym filmie, prawda?

JM: To była sytuacja nieszczęśliwego przypadku. Na dzień przed rozpoczęciem zdjęć, Joasia Kulig łamie nogę, nie było możliwości, aby tańczyła z nogą w gipsie. Musiałem ją zastąpić. A samą Joasie głównie dlatego obsadzałem, ponieważ świetnie śpiewa i teraz biorę dziewczynę, która w ogóle nie śpiewa. Miała kilka dni, aby wejść w rolę. Początkowo zakładałem, że śpiew Natalii się podłoży. Zaśpiewa ktoś inny i w postprodukcji wejdą playbacki. Tymczasem okazało się, że można ją śpiewu nauczyć i ona autentycznie śpiewa!

Czyli nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło ?

WZ: Natalia jest osobą szalenie utanecznioną i muzykalną. To jest to, co zawsze powtarzał profesor Aleksander Bardini. Żeby śpiewać, nie wystarczy mieć głos i słuch. Trzeba być M U Z Y K A L N Y M , a i Natalia, i Sonia takie właśnie są, i zaśpiewały świetnie.

Dlaczego zdecydował się Pan wiernie odwzorować plenery? Zarówno książka, jak i film, zostały osadzone w Toruniu, Ciechocinku i okolicach.

JM: Nie chciałem nic zmieniać. Chciałem to zrobić autentycznie, ale pytałem autora książki, dlaczego właśnie tam osadził swoją opowieść. On studiował w Toruniu i właśnie tam się zachwycił klimatem położonego niedaleko Ciechocinka, ale pamiętajmy, że to jest całkowicie fikcyjna historia. Inspiracją do niej była historia zasłyszana przez autora. Mianowicie przyjeżdża z zagranicy, nie muzyk, a starszy pan-tancerz. Osiedlił się w Krynicy i „obtańcowywał” wszystkie panie w uzdrowiskowym kurorcie. Wymyślił on, że będzie to idealne miejsce łowów. I to natchnęło Włodzimierza Kowalewskiego do stworzenia historii Excentryków.

Film zdobył nagrodę na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. Jak Panowie oceniają kondycję współczesnej, polskiej kinematografii?

JM: Mogę tylko powtórzyć to, co powiedziałem odbierając nagrodę. Apelowałam do moich młodszych kolegów, że publiczność już ma dosyć tych dobijających tematów, depresyjnych nastrojów, niekończących się historii walki z chorobą i nieszczęściem. Bo w Polsce jest tak: albo robi się filmy depresyjne i otrzymują one etykietę artystycznych, albo robi się beztroskie, często po prostu głupkowate komedie romantyczne. I taka rozpiętość jest już nudząca, a ja próbowałem zrobić coś pośrodku, bo w moim filmie też widzimy walkę z chorobą i traumę z przeszłości, którą bohaterowie musza przezwyciężyć. To właśnie muzyka pozwala im te problemy pokonać. A kondycja kina jaka jest, każdy widzi.

WZ: Ja myślę, że jest coraz lepsza. Kondycja każdej kinematografii zależy od kondycji widzów. Zauważyłem, że w naszym przemyśle filmowym zaczynają powstawać coraz lepsze i ciekawsze dzieła, ponieważ widz tego po prostu wymaga. Parę lat temu powstała I część, teraz niedawno ukazały się Listy do M. 2.Widziałem I część i jest piękna! Świetne kino, teraz druga być może równie dobra. Widz wymaga coraz więcej, ponieważ ogląda coraz lepsze produkcje amerykańskie zarówno serialowe, jak i fabularne, zachodnioeuropejskie, rosyjskie czy czeskie i poziom bardzo rośnie, i widz zaczyna mieć wymagania. Dlatego twórcy filmowi muszą się dostosowywać do tych wymagań. Oczywiście można robić coś poniżej oczekiwań publiczności i znajdzie się takich widzów, którzy będą zadowoleni. Jednocześnie jest coś takiego w twórcy, w artyście, aby robić sztukę troszeczkę wyższą i pełnym usprawiedliwieniem do jej tworzenia, jest to, że widz się tego domaga!

Jakie Panowie mają rady dla młodych filmowców?

JM: Niech cierpliwie czekają, aż się zestarzeją…

WZ: Moja rada jest bardzo prosta: niech robią filmy, które niosą nadzieję. Niech będzie to najbardziej smutny, skomplikowany psychologicznie film, ale niech niesie nadzieję, a nie zostawia widza w zdołowaniu i atmosferze nieprzyjemności. Musi być nadzieja! O tym głównie pisze i śpiewa Wojtek Młynarski. Trzeba grać w zielone!

Share With:
Inline
Inline