Obywatel „Mank”

Sześć długich lat – tyle David Fincher kazał czekać na swój kolejny film.  Niestety, dla sporej części jego fanów Mank to tylko wzruszenie ramion i data, od której będą odliczać dni do następnego filmu reżysera. Czarno-białe, stylizowane kino historyczne wydaje się nieprzystępne, a fabularne meandry nie sprzyjają luźnemu, kanapowemu seansowi. Co prawda, Fincher wykorzystuje doświadczenie z kryminałem opierając całość na zagadce, ale tym razem nie spodziewajmy się jednak prostych rozwiązań. Na pytanie, kim był Mank, nie da się odpowiedzieć jednym słowem.

Fabuła Manka kręci się wokół genezy scenariusza do jednego z najważniejszych filmów w historii kina – Obywatela Kane’a. Akcja skupia się na scenarzyście Hermanie Mankiewiczu, jego procesie twórczym oraz wydarzeniach, które pchnęły go do stworzenia tego arcydzieła. To wszystko jest jednak tylko punktem wyjścia. Zarówno Obywatel Kane, jaki i jego słynny odtwórca-reżyser  – Orson Welles – przez większość czasu służą jedynie jako odnośniki  – majaczące na horyzoncie strony lub przyczyny  konfliktów. Jack Fincher nie poświęcił nawet pół strony swojego maszynopisu na roztrząsanie nierozstrzygniętego do dziś sporu, jak powinna wyglądać kwestia autorstwa legendarnego scenariusza. Wykorzystuje jednak tę historię jako pretekst, by przyjrzeć się Mankowi i odszukać powody, dla których ugryzł rękę, która go karmiła.

Mank stosuje podobny zabieg narracyjny, co Obywatel Kane. Akcja dzieli się na dwa plany czasowe – pisanie scenariusza i poprzedzające ten proces retrospekcje. Różnica polega na tym, że całą historię poznajemy tylko z perspektywy Mankiewicza. Nie spodziewajmy się jednak powtórki z jego scenariusza. Na początku filmu z jego ust padają słowa: „Nie da się pokazać czyjegoś życia w dwie godziny, można tylko zrobić takie wrażenie”. To zdanie jest clou całej zagadki. Nie dostaniemy na końcu „różyczki”, która wyjaśni motywacje bohatera. Możemy jedynie układać rozrzucone przez Fincherów puzzle, które finalnie układają się w okrojony obraz Hermana J. Mankiewicza.

Dużą częścią tej układanki są, odbywające się w 1934 r., wybory na gubernatora Kalifornii – metaforyczna bitwa o duszę Ameryki, która w latach trzydziestych nie wiedziała jeszcze, czy chce być ostoją kapitalizmu, czy socjalizmu. Z perspektywy Manka wygląda to jednak jak pojedynek Dawida z Goliatem. Przy czym jeden to system oparty na wspólnym czerpaniu zysków, a drugi to potwór o wielu głodnych głowach, który zrobiłby interes nawet z diabłem, o ile miałby wystarczająco duży rynek zbytu. Pod tym względem Mank, mimo że jego scenariusz powstał dwie dekady temu, wpisuje się w ostatnio coraz częściej poruszany temat nierówności społecznych. Kapitalizm w Hollywood początku XX wieku jawi się jako wilk w owczej skórze. Demokratyczne wybory to tylko konkurs popularności, napędzany fake newsami, strachem i chciwością. Natomiast naczelnym producentem propagandy jest fabryka snów, a może raczej fabryka kłamstw.

Film Finchera, w przeciwieństwie do innych obrazów przedstawiających Hollywood dawnych lat, bardziej niż list miłosny przypomina donos. Jest to oskarżenie rzucone w stronę struktur fabryki snów, gdzie każda gruba ryba pływa w kieszeni jeszcze grubszej ryby, ostatnich idealistów przekupiono perspektywą reżyserowania filmów, a hierarchię ustala się miejscami przy stole Williama Randolpha Hearsta, dla którego Mank pełni rolę nadwornego błazna. Fincher, portretując w ten sposób branżę filmową, demonstruje jej wpływ na rzeczywistość i wskazuje, że wyznaczony w ten sposób kierunek nie zawsze musi służyć wspólnej sprawie. 

Zabawne, że do demaskowania filmowej fikcji używa tak nierealistycznej formy. Mank stylizowany jest na podobieństwo Obywatela Kane’a, co udało się wyśmienicie. Zdjęcia, nie licząc cyfrowej ostrości, oddają ducha amerykańskiej klasyki. Muzyka, w wykonaniu Trenta Reznora i Atticusa Rossa, którzy tym razem posługiwali się tylko instrumentami z tamtej epoki, idealnie dopełnia obrazek. Do plusów należy dopisać obsadę, która gra na modłę kina klasycznego i spisuje się w takim wydaniu rewelacyjnie. Ciekawy za to jest casting Gary’ego Oldmana w tytułowej roli. Aktor, na specjalne życzenie reżysera, występuje bez charakteryzacji, a w dodatku jest od swojego bohatera prawie dwadzieścia lat starszy, co widać.

Ostatecznie nie wiadomo, czy Mankiewiczowi chodziło o zemstę, stracone ideały, niespełnione ambicje czy kobietę. Może nie poszło o żadną z tych rzeczy, a może o wszystkie. Mank to film bardzo hermetyczny. Sprawia wrażenie kameralnego przypisu do opus magnum Mankiewicza. Premiuje znajomość tematu i uważne oglądanie. Mimo znanych nazwisk i premiery na popularnym serwisie streamingowym nie zdobył i już nie zdobędzie szerokiej publiczności. Nie pod nią został jednak skrojony, na to brakuje brawury i rozmachu. Gdyby nie Netflix, taki film na pewno by nie powstał. Tymczasem Fincher dostał budżet i wolną rękę, a to łudząco przypomina historię powstawania pewnego arcydzieła. 

Tomasz Cekała

Korekta: Klaudia Dzierugo

Udostępnij przez: